Od Rotmistrza Polonii do Kapitana Polski - historia super-bohatera

Autor: Łukasz Kowalczuk
20 sierpnia 2010

Od Rotmistrza Polonii do Kapitana Polski

to podsumowanie historii i ewolucji jedynego polskiego super-bohatera z prawdziwego zdarzenia. Rotmistrz Polonia powstał już w 1919 roku. Kiedy młody rysownik Jan Marwicki tworzył pierwsze ilustracje z Rotmistrzem dla „Wieści Warszawskich” nie przypuszczał, że wyprzedzi całą epokę.

Dzieje Rotmistrza są burzliwe, biorąc pod uwagę zarówno fabułę jego przygód (ogromna ilość wątków i galeria postaci jakiej nie powstydziłoby się żadne komiksowe uniwersum), ich formę (od pojedynczych ilustracji w gazecie aż po osobno wydawane zeszyty) jak i perypetie o poza-komiksowym charakterze.

„To nie Amerykanie stworzyli superbohaterów, oni jedynie skopiowali moje pomysły!” 

Wypowiedź Jana Marwickiego dla Polskiej Kroniki Filmowej (dokładna data nagrania materiału nie jest znana, reportaż datuje się na przełom lat 60. oraz 70.)

Na samym początku chciałbym zaznaczyć, że niniejszy referat nie odpowiada na pytanie dlaczego Rotmistrz Polonia wraz ze swoimi późniejszymi wcieleniami – Sierżantem oraz Kapitanem Polską, mimo stosunkowo dużej popularności, zostali niemal wykreśleni z kart historii polskiego komiksu. Chciałem zebrać i podsumować w jednym miejscu najważniejsze dane dotyczące tego, na wskroś polskiego, superbohatera. Brak wielu materiałów i dość trudny dostęp do tych, które istnieją spowodowały, że zadanie nie należało do łatwych. Chciałbym w tym miejscu podziękować Łukaszowi Godlewskiemu oraz Jackowi Frąsiowi za pomoc w gromadzeniu informacji na potrzeby tej prezentacji.

POCZĄTKI

Pierwszy polski super-heros zadebiutował na łamach „Wieści Warszawskich”, niedługo po odzyskaniu niepodległości przez Rzeczpospolitą. Nie był to jeszcze komiks (nawet w formie sekwencji podpisanych wierszem kadrów), a jedynie seria pojedynczych, drukowanych raz w tygodniu ilustracji z rozbudowanymi podpisami. Ilustracje były połączone wątkiem przygodowopolitycznym. Na rysunkach autorstwa niespełna 20-letniego Jana Marwickiego, Rotmistrz Polonia ośmieszał byłych zaborców i aktualnych, najbardziej zajadłych przeciwników państwa polskiego.



Rotmistrz przegania zaborców przy pomocy swojej szabli

W związku z brakiem informacji, trudno powiedzieć coś więcej o twórcy Rotmistrza, poza tym, że Jan Marwicki był rodowitym warszawiakiem o robotniczym rodowodzie (to okazało się zbawiennym w latach powojennych atutem postaci, ale o tym później).

To co wyróżniało Rotmistrza na tle występujących wówczas w gazetach postaci komiksowych, był fakt, że nie był on typem cwaniaka czy safanduły narysowanym humorystyczną kreską jak np. Antek Cwaniak czy Bezrobotny Froncek. Heros pozbawiony był nadprzyrodzonych mocy, wystarczyło jednak doskonałe wyszkolenie, spryt i wdzięk. Nie było jeszcze mowy o kostiumie, ale pewne jego elementy pojawiały się już na pierwszych ilustracjach z Rotmistrzem w roli głównej – Stefan Janowski zwany Rotmistrzem Polonią nosił uproszczony mundur, pelerynę godło w widocznym miejscu, na rogatywce. Oczywiście, nikt wówczas nie używał wobec niego pojęcia super-bohatera, dzisiaj, po tylu latach, trudno o inny odbiór tej postaci.

Wraz z nadejściem konfliktu z bolszewikami, zadanie Rotmistrza było jasne – powstrzymać czerwoną nawałę. Cykl przygód, w których Polonia walczył z radzieckimi wojskami trwał dłużej niż sama wojna (aż do 1923 roku!) – jego publikacja była jedną z przyczyn sukcesu „Wieści Warszawskich”, czytelnicy bowiem z ogromnym entuzjazmem przyjmowali kolejne historyjki, w których armia radziecka ponosiła kolejne, sromotne porażki. Co ważne, Rotmistrz występował już na czterech kadrach a jego przygody zajmowały raz w tygodniu całą stronę dziennika.

Poniżej jedna z ostatnich historyjek wchodzących w skład cyklu wojennego, ukazująca najważniejszy epizod konfliktu – cud nad Wisłą i jednocześnie pierwszego arcy-łotra. Postać ta pojawiała się już wcześniej (mogliśmy ją zauważyć choćby na pierwszej prezentowanej ilustracji), ale wcześniej był to bezimienny rosyjski żołdak.

Pierwszy czarny charakter otrzymuje imię. Wszystko rzecz jasna opisane wierszem.

Iwan Czerwony, mimo że odniósł bardzo poważne rany, powrócił niejednokrotnie na łamy komiksów o Rotmistrzu i był praktycznie jego najbardziej zaciekłym wrogiem, obok rosnących w siłę od połowy lat 20. nazistów. Tuż po zakończeniu cyklu wojennego przyszedł czas na rewolucję w zakresie formy. Marwicki jako jeden z pierwszych (o ile nie pierwszy) zaczął konsekwentnie używać dymków, choć należy zaznaczyć, że nie przychodziło mu to z łatwością, nawet w okresie powojennym.

Historyjki z udziałem Polonii ukazywały się więc nadal w „Wieściach” z niewielkimi przerwami a sam bohater miał ręce pełne roboty w obliczu zagrożeń ze strony odwiecznych wrogów kraju. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że Marwicki nie pozwolił na uwikłanie swoich postaci w wewnętrzne polskie konflikty polityczne, których przecież nie brakowało. Osobom gorzej zorientowanym w historii Polski wypada jedynie przypomnieć, że był to bardzo burzliwy okres dla naszego kraju – ciągłe zmiany w rządzie, udany zamach na prezydenta, przewrót majowy etc. Nie odnoszące się do wewnętrznych wydarzeń historyjki miały stanowić odskocznie dla zmęczonych polityką Polaków. Rotmistrz stał się z biegiem lat ulubionym bohaterem czytelników, niezależnie od opcji światopoglądowej, jaką prezentowali (może za wyjątkiem zwolenników skrajności).

Po prawie kilkunastu latach udanej współpracy z Marwickim wydawca „Wieści Warszawskich” Jan Kosecki, zdecydował się na kolejną inwestycję – chodzi o przełomowy „Tygodnik ilustracyjny dla dzieci i młodzieży ROTMISTRZ i Przyjaciele”, którego pierwszy numer ukazał się w 1932 roku i formą przypominał Gazetkę Miki, która ujrzała światło dzienne ponad 6 lat później. Przygody Rotmistrza (niektóre drukowane w kolorze, w ogóle w tym właśnie czasopiśmie Janowski pojawił się po raz pierwszy w barwnej wersji) były gwoździem programu w każdym z numerów i praktycznie dorównywały poziomem przedrukom historyjek zagranicznych, od których roiło się wówczas w prasie. Niestety, tygodnik nie cieszył się za dużym powodzeniem – wysoka jakość druku i edycji pisma oznaczała wysoką cenę. Po niemal 10 numerach tygodnik zakończył żywot, można powiedzieć, że wyprzedził swoje czasy.

Numer czwarty pisma z Rotmistrzem w roli głównej. Egzemplarz w niemal idealnym stanie.

Historyjki z udziałem Rotmistrza ukazywały się w najlepsze do lata 1939 roku – ogólnie można je określić mianem stosunkowo realistycznych, sensacyjno-przygodowych opowieści z nienachalnymi elementami propagandowymi (udało się np. Marwickiemu uniknąć tanich, antysemickich chwytów – bolszewicy i faszyści byli traktowani równie brutalnie). Celowo unikałem dotychczas pewnego tematu, ale wypada o nim wspomnieć. Jeśli chodzi o psychologiczny portret bohatera, tak naprawdę trudno tu mówić o jakimkolwiek stopniu skomplikowania Janowskiego pod tym względem. Bronić kraju, karać przestępców, pilnować porządku – dokonywać bohaterskich czynów z uśmiechem na ustach i raz na jakiś czas skomentować słabość przeciwnika. Co prawda znamy personalia Rotmistrza, znają je też wszyscy wokół, nie ma potrzeby ukrywania swojego imienia i nazwiska. Wydaje się, że nie jest on ani trochę Stefanem Janowskim – całe życie poświęca służbie. Koniec kropka.

Tym razem Rotmistrz rozprawił się ze zwykłym oprychem.

Potem, z wiadomych przyczyn, nastąpiła przerwa trwająca dekadę. Marwicki z powodu słabego zdrowia nie trafił na front. Przeżył okupację w stolicy. Kiedy po 10letniej przerwie wracał do rysowania komiksów, jego postać uległa ogromnym zmianom podyktowanym przez okoliczności, które trudno nazwać artystycznymi.

PERYPETIE POWOJENNE

Okres powojenny Marwicki spędził na projektowaniu plakatów, ulotek i ilustracji prasowych o charakterze propagandowym („Wieści Warszawskie” nie miały szans na reaktywację, redakcja została zbombardowana w czasie okupacji, zginął twórca tytułu Jan Kosecki poza tym jawnie anty-radziecka postawa gazety przed wojną byłaby ogromnym problemem już po jej zakończeniu). Zdając sobie sprawę z tego, że Rotmistrz nie miałby szans na druk po wojnie, Marwicki skupił się na pracy grafika w stołecznych pismach, a o Rotmistrzu starał się zapomnieć.

Część partyjnych dygnitarzy, szukając form przekazu idealnych dla propagandowych celów władzy ludowej przypomniała sobie o przedwojennych historyjkach Marwickiego. Komiks nie był zresztą na tak straconej pozycji, jak się powszechnie uważa, np. w 1948 roku ukazał się album o przygodach Wicka i Wacka (o wyraźnej, anty-niemieckiej i pro-radzieckiej wymowie). Twórcę Rotmistrza zaproszono na Zjazd Literatów w Szczecinie w 1949 roku i przedstawiono mu następujący pomysł: wskrzeszenie Stefana Janowskiego, ale na warunkach podyktowanych przez cenzorów (to, że bohater ten zwalczał bolszewików z całą zaciętością okazało się jednak faktem mniej istotnym od wspominanego robotniczego rodowodu autora). Warto zaznaczyć, że niebagatelną rolę w przypadku ocalenia polskiego super-bohatera odegrała chronologia. Skoro powstał on wcześniej od amerykańskiego Supermana, nie mogło być mowy o plagiacie czy czerpaniu wzorców z zachodu.

Marwicki nie miał za dużego wyboru – mógł odmówić i w ogóle stracić pracę, albo pójść na ustępstwa i nadal robić to co kochał – tworzyć przygodowe historyjki obrazkowe. Nastąpić więc miał zabieg zwany restartem serii, bardzo popularny wśród amerykańskich wydawców w późniejszych latach (np. marvelowski Heroes Reborn) albo producentów gier komputerowych restartujących wątki fabularne w swoich grach.

Na początku 1950 roku na łamach nowego pisma, „Tygodnika Młodych” pojawił się stary-nowy bohater. Stefan Janowski – młody i nadludzko silny mężczyzna, który po latach wojny spędzonych w Armii Ludowej trafił do zniszczonej Warszawy i tam, jako zwykły robotnik, zaczął przyczyniać się do jej odbudowy.

Debiut nowej wersji bohatera Marwickiego.

W pierwszym epizodzie, rozgrywającym się na terenie budowy w centrum stolicy, Stefan odkrywa, że część robotników obija się i, co gorsza, kradnie cegły. Postanawia zareagować, kiedy spuszcza manto przeważającym siłom złożonym z uzbrojonych w narzędzia oszustów, na scenie pojawia się funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej. Postawa Janowskiego i jego nadludzka siła ujawniona w czasie bójki sprawiają, że zostaje zaproszony do siedziby Urzędu Bezpieczeństwa a tam funkcjonariusze namawiają go do pracy na rzecz kraju. Ma stać się bohaterem ludu pracującego miast i wsi o pseudonimie Sierżant Polska.

(ZASUGEROWANA) METAMORFOZA

Stopień rotmistrza w Wojsku Polskim używany był aż do roku 1947. Kiedy władze ludowe zezwoliły na kontynuowanie serii przygód polskiego herosa, przemianowanie go na Sierżanta Polskę było podstawowym warunkiem. Po pierwsze rotmistrz jako taki kojarzył się ze szlachtą (zresztą w XVII wieku rotmistrzami chorągwi husarskich i kozackich (potem pancernych) byli cywilni dygnitarze, a nie zawodowi oficerowie), po drugie słowo Polonia mogło przywodzić na myśl rząd na emigracji czy ogólnie Polaków znajdujących się poza granicami ojczyzny. Nawet wąsy dla cenzorów były mało fortunnym elementem imydżu. Swoista degradacja do stopnia Sierżanta jest całkowicie zrozumiała – Sierżant był już przecież jakimś stopniem dla Janowskiego (w czasie wojny był on zwykłym szeregowcem) a zrobienie go natychmiastowo kapitanem byłoby demoralizujące.

Zmienia się wizerunek postaci – w miejsce krzyżówki munduru i kostiumu oraz peleryny pojawia się bardziej sportowy strój, ale wyróżniających się majtko-spodenek, charakterystycznych dla zachodnich herosów. Razem z wąsami znika również korona z godła. Nowe państwowe godło zajmuje centralne miejsce w kostiumie Sierżanta. Pojawia się też niewielka maska, przypominająca tą, którą nosił Zorro lub Robin. Tożsamość Janowskiego jest ukryta, to kolejna istotna różnica.

Zmianie nie ulegają moce, tzn. fakt, że nasz bohater takowymi nie dysponował. Tężyzna fizyczna nabyta przy odbudowie zniszczonej wojną stolicy oraz lata treningów w milicyjnym klubie sportowym Gwardia wystarczyły, żeby rozprawić się nawet z najgorszym wrogiem. Nie potrzebował on też żadnych specjalnych pojazdów ani gadżetów (to kolejny atut w porównaniu np. z Batmanem) – wystarczyły zdobycze polskiej techniki i np. komunikacja miejska. Wspominałem bardzo niewiele o psychice Rotmistrza. Po przemianowaniu go na Sierżanta w służbie Polski ludowej niewiele się zmienia w tym temacie. To nadal prosty facet z jasno wytyczonymi celami, dowcipny, nieco szarmancki. Z ukrywaniem tożsamości radzi sobie bez problemów (dopiero w późniejszych latach problemy ukryciem prawdziwego nazwiska będą stanowiły oś fabularną niektórych przygód).

Pierwszą misją nowego herosa jest rozprawienie się z gangiem bikiniarzy terroryzujących warszawską Pragę.

Groteskowi bikiniarze dostają łupnia od Sierżanta.

Po jakimś czasie pojawia się potrzeba wprowadzenia pomocnika Sierżanta, klasycznego side-kicka. W związku z tym, że „Tygodnik Młodych” był pismem harcerskim Marwicki nie musiał się zbytnio wysilać. Tak powstał należący do komunistycznej Organizacji Harcerskiej, harcerz Marcin, który w późniejszych historyjkach odwalał gro detektywistycznej roboty, ale nie unikał też walki wręcz. Szlachetny, waleczny, znajacy na pamięć wszystkie możliwe przepisy państwowe. Najlepszy pomocnik super-bohatera jaki może być.

Co zrozumiałe, postaci pokroju Iwana Czerwonego nie mogły pojawić się na łamach „Tygodnika Młodych”. Marwicki zaczął jednak tworzyć zastęp nowych super-łotrów, z których pierwszym i najważniejszym stał się dr Gotenhafen – mistrz zbrodni stojący na czele niedobitków nazistowskiej organizacji Werwolf.

Przyjaciele i wrogowie: Harcerz Marcin oraz Dr Gotenhafen

Pracę nad kolejnymi przygodami Sierżanta Polski przerwał w 1959 roku wypadek, z którego Marwicki cudem wyszedł cało. Kraksa okazała się na tyle groźna, że Marwicki nie mógł już rysować (trwałe kalectwo – poważne uszkodzenia rąk). To smutne, ale twórca Rotmistrza i Sierżanta umarł w zapomnieniu na początku lat 80.

AWANS I ROZMACH

Komiksy o Sierżancie cieszyły się tak dużym powodzeniem, że mimo wszystko postanowiono kontynuować serię. Nowy autorem przygód Polski został mało znany rysownik Roman Borek a nowe epizody poza tym, że ukazywały się w tygodniku zaczęły być drukowane w wydaniu zeszytowym (Marwicki niestety nie doczekał się wydania swoich komiksów o Sierżancie w tej formie, KAW co prawda miała wznowić część historyjek w wydaniu albumowym, ale plan nie został nigdy zrealizowany...). Sierżant po wielu latach służby został Kapitanem a jego przygody nabrały rozmachu. Nadal rozwiązywał problemy lokalnej społeczności (coraz rzadziej), ale zaczął pojawiać się w wielu zakątkach świata zagrożonych przez siły imperializmu – Kuba, Wietnam itp. Młodzież trzeba było uświadamiać globalnie, zresztą w zeszytach z przygodami Kapitana zawsze znalazło się miejsce na swoistą „publicystykę”.

Epizody drukowane w gazecie nie zawsze pokrywały się z tymi ukazującymi się w osobnych zeszytach. Trudno więc ustalić konkretną chronologię wydarzeń. Co gorsza problem stanowi skompletowanie wszystkich przygód Kapitana autorstwa Borka. Historyjki nie ukazywały się regularnie, ale czytelnicy mogli liczyć rocznie na przynajmniej jedną dłuższą historię w „Tygodniku Młodych” i 2 lub 3 zeszyty. Z upływem lat powiększała się galeria postaci – nowi złoczyńcy, nowi sprzymierzeńcy. Mocno zainspirowanemu amerykańskim komiksem (szczególnie tym wydawanym przez Marvela – fakt ten był, rzecz jasna, skrzętnie ukrywany) Borkowi z czasem zaczęło brakować pomysłów. Pojawiły się problemy charakterystyczne dla komiksów amerykańskich (idiotyczne gadżety itp. i niedorzeczne, nawet jak na warunki tego komiksu, wątki). Borek ożenił Stefana Janowskiego z milicjantką Marzeną (należało uniknąć oskarżeń o homoseksualizm w związku ze współpracą Kapitana i harcerza Marcina), wysyłał go w coraz dziwniejsze miejsca i, przede wszystkim, nie kończył wątków. Mimo komunikatów typu „ciąg dalszy nastąpi” w następnym zeszycie ukazywała się całkiem nowa historyjka – trudno odnaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy – być może cenzura ingerowała w niektóre wątki, ale to hipoteza naciągana biorąc pod uwagę jak politycznie poprawne były wówczas przygody Kapitana w połowie lat 70.

Czy to możliwe? Gotenhafen chce zatopić Polskę Ludową!

Borek kończy rysować przygody Kapitana na ponad 10 lat (co gorsza, na jakiś czas przed tym, kiedy zaczął ukazywać się „Relaks”). Tymczasem w 1985 roku do kin weszła ekranizacja przygód Kapitana (konkretnie „Zemsty Gotenhafena”), w Od Rotmistrza Polonii do Kapitana Polski – historia super-bohatera której główną rolę zagrał Marek Perepeczko a w rolę Gotenhafena wcielił się Piotr Fronczewski. Niemal godzinny film miał być w zamierzeniu pilotem serialu telewizyjnego. Jeszcze w latach 80. wszyscy chcieli o nim zapomnieć. Tak wspomina tą produkcję Jacek Frąś: „Krótki film fabularny o Kapitanie, naprędce skręcony dla potrzeb propagandowych w radzieckich studiach filmowych, nigdy mi się nie podobał. Nie widziałem w nim nic szczególnego i nudziłem się strasznie podczas projekcji w kinach w roku 85, gdzie wciśnięto go na siłę jako atrakcję dla dzieci, między Polską Kronikę Filmową a Gwiezdne Wojny, na które chodziłem wielokrotnie.”Film na dobrą sprawę nie mógł się podobać. Za całokształt odpowiedzialny był ten sam zespół filmowców, którzy wkrótce zaatakował polskie kina swoją „Klątwą Doliny Węży”... kto widział ten film, może też sobie wyobrazić jak wyglądała ekranizacja przygód Kapitana Polski.

Marzena, żona Kapitana i Agent Stonka.

To sprawiło, że „Tygodnik Młodych” jeszcze raz zaprosił do współpracy Borka. Ostatnia historyjka, w której Kapitan i Harcerz Marcin udają się na ciemną stronę Księżyca, żeby zniszczyć bazę CIA ograniczyła się tylko do jednej planszy. Był to jednocześnie ostatni numer tygodnika.

Ostatnia, nieskończona misja.

Klimat nie sprzyjał już ani takim historyjkom ani tym bardziej archaicznemu, nadal socjalistycznemu Kapitanowi, który, gdyby mógł – pełniłby swoją misję jeszcze przez długie lata (ponieważ jak każdy szanujący się super-bohater, nie ulegał starzeniu).

Graffiti na elewacji jednego z bloków przy ul. Słonecznej w Poznaniu

Przemiana ustrojowa nie była łaskawa dla Kapitana Polski, jednak próby reaktywacji serii oraz jej ekranizacji to temat na osobną prelekcję.

Na koniec pozwolę sobie zacytować raz jeszcze Jacka Frąsia: „To niesamowite, że postać Rotmistrza i Kapitana niejako na oczach czytelników, głównie dzieci i młodzieży, zmieniała się wraz z przedziwnie wiejącym wiatrem historii. Po latach nadal z chęcią sięgam do starych wydań Kapitana, a te ze względów na okres dzieciństwa w którym je czytałem, są mi bliższe niż te najstarsze, o Rotmistrzu. Mam prawie wszystkie powojenne pierwsze wydania komiksów o Kapitanie Polska, jeszcze z niekompletnym kolorem (kolor, często mocno poprzesuwany, pojawiał się co dwie strony), w poziomych wydaniach i na fatalnym papierze.Natomiast zeszyty komiksowe o Rotmistrzu Polonii znalezione na babcinym strychu są dla mnie czymś znacznie ważniejszym li tylko dziecięcą rozrywką. Zajmują wyjątkowe miejsce w domowej kolekcji komiksów. Starannie obłożone w ochronne okładki, ze względu na ich stan rzadko przeglądane, są ukryte przed wzrokiem ciekawskich oczek mojego synka. Dostanie je do przeczytania, gdy przyjdzie na to najodpowiedniejszy czas. Na równi z nauką ze szkolnych książek, będzie uczył się z tych komiksów prawdziwej historii o wolnej Polsce i tak jak ja kiedyś, będzie rozprawiał się z jej wrogami u boku Rotmistrza Polonii i Harcerza Marcina. I przenigdy nie sprzedam ich na Allegro.”



blog comments powered by Disqus