Recenzja komiksu "Batman i syn"
Pytanie, jakie najczęściej mnie nawiedzało podczas lektury komiksu Batman i syn brzmiało: Po co?
Po co Grant Morrison to napisał? Po co Egmont to wydał? Po co ja to czytam? Chyba tylko po to, by ktoś, komu udało się nie trafić na jakąkolwiek inną recenzję tego albumu, przeczytał tę, nim straci 40 złotych.
Jak inne, niedawno wydane u nas historie o Mrocznym Rycerzu - Hush i Rozbite Miasto - tak ta miała swój debiut w wychodzącej co miesiąc zeszytowej serii Batman, pełnej przyciągającego fanów mordobicia i cliffhangerów. Lecz tamte dwie historie, zebrane w albumy, tworzą zamknięte, spójne całości - a przecież taki chyba jest cel zbierania zeszytów w formie noweli graficznej. Morrison postanowił widocznie złamać konwencje i stworzył coś, co pod każdym względem wydaje się wyrwanym z całości fragmentem. Przeczytałem opinię amerykańskiego fana, iż ten pozorny bałagan jest wielką, przemyślaną rewolucją - gdy przeczytamy dalsze historie Morrisona i wrócimy do Batmana i syna, zobaczymy wszystko w zupełnie innym świetle. Może faktycznie tak jest. Może Szkot szykuje nam zupełne przewartościowanie, jakim był millerowski Powrót Mrocznego Rycerza dwie dekady temu. Ale czym innym jest zazębiająca się wielowątkowość (vide Strażnicy Moore'a), a czym innym grafomaństwo.
Hush było pełne intryg i zbirów wszelkiej maści, choć tam akcja podszyta była wątkiem kontemplacyjnym. Morrison, w rewolucyjnym szale, wyciął wszystkie momenty wytchnienia i zaszczuł czytelnika szaloną kawalkadą bodźców. Słynne słowa Hitchcocka - "Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie" - scenarzysta potraktował z całą dosłownością. Tak więc po otworzeniu komiksu widzimy otrutego przez Jokera komisarza Gordona lecącego z dachu na strażacką trampolinę. Odwracamy stronę, a tam, na oczach grupy dzieci przywiązanej do unoszącego się nad miastem helikoptera, Joker zabija Batmana, ale... gdy odwracamy kolejną stronę, okazuje się, że Batman żyje, wyciąga pistolet i strzela Jokerowi w twarz w tej samej chwili, gdy inny Batman wyskakuje zza gzymsu. Odwracamy stronę - dzieci są prowadzone do wozu policyjnego, roześmiany histerycznie Gordon dostaje zastrzyki uspakajające, a Batman niesie ciało Jokera. Właściwie nie ciało, bo... Joker wciąż żyje, choć twarz wygląda jak zmiażdżony pomidor. A jeśli żyje, to Batman przestaje odczuwać skrupuły i ciska nim z całej siły w śmietnik. Cały rozdział nazywa się adekwatnie do akcji, czyli: "Nowy, lepszy Batmobil."
Jeśli wciąż żądacie więcej atrakcji, proszę bardzo. Czeka Was jeszcze kilka walk z armią zmutowanych nietoperzo-ninja-ludzi, duchy a la Scooby Doo, wybuchające obcięte głowy, Robin zmasakrowany przez dzieciaka, bat-rakieta, super-nietoperzo-ninja-boss i wybuchające łodzie podwodne. Relacji damsko męskiej nie liczę, bo przysłoniły mi ją te wszystkie trzepoczące skrzydła. W ogóle relacje między postaciami są tak abstrakcyjne, że trudno uwierzyć, iż wyszły z pod pióra autora Azylu Arkham. Czytając kwestie Wayne'a, odnosiłem wrażenie, jakbym słuchał trzeciorzędnego aktora z nędznego sitcomu, próbującego swych sił w poważnej roli. W jednej z nielicznych scen, gdzie nikt nie biega i się nie bije, Alfred mówi: "Musisz odpocząć, wyjedźmy do Londynu." Bruce odpowiada bez namysłu: "Dobra, jedźmy tam." Wpada Robin i mówi: "W mieście spokojnie, mówią tylko, że Batman strzelił Jokerowi w twarz." Bruce odpowiada: "Dobrze, niech w to wierzą" bez odrywania się od swoich robótek ręcznych. Wychowywanie syna, wydawałoby się oś całego komiksu, nie ma jakiegokolwiek oparcia w rzeczywistości. Zresztą więcej miejsca poświęciłem tej kwestii w swojej recenzji, niż Morrisom w swoim komiksie.
Po innych wydanych w Polsce komiksach autora, rysowanych/malowanych przez Quietly'ego i McCeana, album zilustrowany przez Andy'ego Kuberta prezentuje się poprawnie, ale nic ponadto. Efektowny, ciekawie kolorowany, ale nic, czego byśmy nie oczekiwali od komiksu akcji. Zawdzięczamy jednak Kubertowi jedną faktycznie udaną scenę. Ma ona miejsce podczas balu w Londynie, gdzie obrazy przypominające popartowe dokonania Lichtensteina komentują walkę Batmana z armią ninja-nietoperzy. Ale to puszczanie oka nie pasuje tu, a wręcz marnuje scenę, którą można by wykorzystać w lepszym komiksie. O ironio, Batman podczas tej walki rzuca myślą: "Naprawdę nienawidzę sztuki pozbawionej treści".
Wspominałem na początku o uczuciu, że nie dostajemy zamkniętej historii, tylko wyrwany skądś fragment. Strona wizualna nie pomaga pozbyć się tego wrażenia. Rzadko kiedy historie mające być zebrane w formie albumowej są tak skomponowane, by pozostawały w nich dziury po reklamach. Nawet, gdy są rozkładówki, to tak wszystko zostaje przemyślane, by poprzedzały je dwie strony reklam. Tak więc, gdy wyrzuci się reklamy, to nawet jeśli pojedyncze plansze będą sąsiadowały inaczej, to rozkładówka nie zostanie rozbita, a jednocześnie nie będzie potrzeby na wypełnienia. Batman i syn nie został tak skomponowany. I przez to mamy co jakiś czas mozaikową planszę z bohaterami komiksu. Jedną, jedyną planszę. Ciągłe natrafianie na nią boleśnie przypomina nam, że mamy do czynienia z fragmentem zwykłej, zeszytowej serii.
Skoro już o fragmentach mowa, to trzeba jeszcze wspomnieć, że dostajemy tylko połowę oryginalnego albumu. Może Egmont uznał drugą część historii za tak tragiczną, że lepiej ją obciąć i zainwestować w coś innego. Ale jak mamy się wtedy przekonać o "wielkiej rewolucji" Morrisona? Tym złośliwym pytaniem retorycznym zakończmy. A jeśli komuś się nie chciało czytać całej recenzji i od razu zjechał do ostatniego akapitu, oczekując zwięzłej wskazówki, czy kupić, wyjdę naprzeciw i odpowiem bez pytań retorycznych: Nie.
Batman (Egmont) - Batman i syn
Rysunek: Andy Kubert
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 6/2008
Tytuł oryginalny: Batman and Son
Wydawca oryginalny: DC Comics
Rok wydania oryginału: 2006
Liczba stron: 104
Format: 170x260 mm
Oprawa: miękka
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-237-2463-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 39 zł
Sklep
Forum















