Wstęp Hugo Pratta do "Corto Maltese: Bajka Wenecka"

Autor: materiały prasowe
10 grudnia 2008

Moja wenecka babka
Hugo Pratt

Corto Maltese - 7 - Bajka weneckaMiałem cztery, pięć, może sześć lat, gdy na prośbę mojej babci zacząłem towarzyszyć jej w wyprawach aż do Starego Getta w Wenecji. Chodziliśmy tam z wizytą do jednej z dawnych przyjaciółek babci, pani Bory Levi, która mieszkała w starym domu. Wiodły do niego drewniane schody, zwane Szalonymi Schodami, Schodami Szczurów Kanałowych albo Schodami Tureckimi. Pani Bora Levi dawała mi cukierka migdałowego, filiżankę gęstej, wrzącej czekolady i dwa niesłodkie herbatniki, których ani trochę nie lubiłem. Następnie babcia i gospodyni, jak zwykle, zasiadały do gry w karty, uśmiechając się i szepcząc do siebie zdania, które były dla mnie niezrozumiałe.

Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko starannie obejrzeć każdy ze stu przyglądających mi się zza owalnych szkieł medalionów, zawieszonych na ścianie z ciemnoczerwonego aksamitu. Mówię, że przyglądały mi się, bo te medaliony przedstawiały stare portrety surowych panów w mundurach imperium Habsburgów lub rabinów z cienkimi czarnymi pejsami i w filcowych kapeluszach o szerokich brzegach. Wszyscy oni zdawali się we mnie wpatrywać uporczywie, prawie niedyskretnie.

Hugo PrattNieco zaniepokojony, szedłem do kuchennego okna i spoglądałem w dół na mały trawiasty placyk oraz pokrytą bluszczem cembrowinę znajdującej się tam studni. Nazywano go Sekretnym Dziedzińcem lub Dziedzińcem Tajemnych Sposobów. Aby na niego wejść, należało otworzyć siedmioro drzwi. Na każdych z nich wyryto imię jednego z szedów, demonów z kasty Szedim, poczętej przez Adama, gdy został oddzielony od Ewy po akcie nieposłuszeństwa. Poszczególne drzwi otwierały się na magiczne słowo, które było imieniem demona. Przypominam sobie jeszcze te straszliwe imiona: Sam Ha, Mawet, Aszmodai, Szibeta, Ruah, Kardeyakos, Naama.

Pewnego dnia pani Bora Levi wzięła mnie za rękę i zaprowadziła na Sekretny Dziedziniec. Drogę oświetlała menorą, kandelabrem o siedmiu ramionach. Za każdym razem, gdy otwierała jedne drzwi, zdmuchiwała jedną świeczkę. Dziedziniec pełen był rzeźb i ściennych malowideł: król uzbrojony w łuk i strzały przebijający boga, noworodek, łowczyni, także z łukiem i strzałami, krowa z jedynym okiem, gwiazda o sześciu ramionach, naga dziewczyna tańcząca w wyrysowanym na ziemi kręgu, imiona upadłych aniołów - trucizny Boga: Samael, Satael, Amabiel. Żydowska dama mówiła mi o tym wszystkim i odpowiadała na moje pytania. Otwierała następnie drzwi w głębi dziedzińca i prowadziła mnie wąskim przejściem, w którym rosły wysokie rośliny, do innego cudownego zakątka. Ujrzałem taki zakątek, pełen kwiatów, znacznie później, w pewnym domu w kordobańskiej dzielnicy Judería. Przypominam sobie, że na Sekretnym Dziedzińcu przebywała bardzo piękna kobieta, zawsze otoczona dziećmi i dorastającymi dziewczynkami, które bawiły się wokół wielkiego motyla z kawałków kolorowego szkła. To była Aurelia, gnostyczny motyl. Sama gnoza przedstawiała się jako niewyczerpane źródło mądrości, ofiarujące każdemu w tysiącu barwnych refleksów to, czego pragnął.

Te dwa niewielkie połączone ukrytą uliczką zwaną Wąskim Pasażem nostalgii, stanowiły bajeczne centrum, w którym stapiały się dwa sekretne światy: jeden, który wyłonił się z dyscyplin talmudycznych, i drugi z judeo-grecko-orientalnych dyscyplin filozofii ezoterycznej. Ten labirynt schodów, uliczek, podwórzy, placyków zwał się Serajem Pięknych Idei lub Serajem Hebrajczyków. W owym wspaniałym miejscu bawiłem się z żydowskimi dziećmi, które potrafiły równie dobrze opowiadać o dawnych czasach, co przełazić przez zakazane mury. Dziewczynki uśmiechały się w dodatku niepokojąco, a te uśmiechy odczytywałem z ich oczu w złotym cieniu strychów. Te dzieci były pierwszymi osobami, które odkryły przede mną abraxas Bazylidesa* i symbole pitagorejskie, węże w półksiężycu i rysunki Menandra i Saturninosa. To tam, między nimi, pierwszy raz usłyszałem imiona Szymona Maga, Maniego [Manesa], Orygenesa, Ariusza, Walentyna, Justyna, Karpokrata, Epifana, Tertuliana, Augustyna, Hypatii i wiele innych. To w tym urzekającym świecie powiedziano mi także o Obojczyku Salomona i Szmaragdzie Szatana, który, według tradycji hermetycznej miał się oderwać z czoła anioła zła, aby pomiędzy ludźmi stać się symbolem "nauki przeklętej".

Po pewnym czasie moja babka decydowała, że czas już na powrót do domu (mieszkaliśmy z drugiej strony miasta, w Bragorze) i z prawdziwym fizycznym bólem opuszczałem moich tajemniczych przyjaciół. Byłem jeszcze za młody, żeby moi rodzice pozwolili mi włóczyć się samemu, więc na powrót do getta musiałem czekać cały tydzień, a czasem nawet dłużej. W drodze powrotnej przechodziliśmy z babcią przez Rio Della Sensa, obok kościoła Madonna dell'Orto, gdzie znajdują się posągi trzech arabskich braci o imionach: El Rioba, Sandi i Afani, osadzone w murach starożytnej Fontego degli Arabi. Gdy pytałem, kimże mogą być te ubrane "po grecku" postaci, moja babcia odpowiadała, że to Maurowie, tureccy mamelucy. Dawała mi wyraźnie do zrozumienia, że takich pytań się nie zadaje. Po czym szła obstawić numer w lotto według zasad weneckiej kabały zajmującej się loterią. Pytania bez odpowiedzi na temat Turków, Saracenów i Arabów podsycały moją ciekawość do tego stopnia, że licznych członków mojej rodziny zaczynałem prosić o wyjaśnienia. Dowiedziałem się w ten sposób, że rodzina ze strony mojej matki, Genero pochodziła z hiszpańskiego Toledo i że byli oni sefardyjskimi Żydami, maranami, w konsekwencji krwawych prześladowań w 1390 roku z Hiszpanii siłą nawróconymi na chrześcijaństwo. Genero spokrewnieni byli z rodami Toledano, Greggyos i Azim (ci ostatni byli bizantyjskimi rzemieślnikami wydmuchującymi szkło na wyspie Murano).

W rodzinie rozmawiano często o arabskich kupcach i szpiegach przybyłych do Wenecji w poszukiwaniu tego, co skradli im weneccy piraci. Był to wręcz temat codziennych rozmów w naszym domu. Przypominam sobie, że pewnego dnia, jeden z wujów poszedł ze mną na niewielki, ukryty plac w pobliżu San Marsiliano i pokazał mi zielonego, marmurowego nietoperza w alabastrowej wnęce. Wyjaśnił mi, że był to symbol sekty saraceńskich awanturników, sprzymierzonej z templariuszami i Krzyżakami. Czas mijał. Sam już chodziłem do getta żydowskiego i coraz chętniej odwiedzałem przyjaciół z dwóch małych podwórek i ich dom.

Później wydarzenia zaprowadziły mnie do Afryki. Klimat Wenecji odnalazłem w Etiopii, w Adis Adebie, we wspólnocie grecko-armeńsko-judeo-egipskiej. W bibliotekach w Debra Markos, Debra Giorgis i w Debra Mariam, w książkach i w koptyjskich wizerunkach królowej Saby i króla Salomona odkryłem, że w życiu ludzi, którzy chcą posiąść wiedzę, pojawia się zawsze siedmioro tajemnych drzwi. Zobaczyłem, że jest zawsze siedem magicznych formuł, że diabły są identyczne, że sekretne księgi są bardzo do siebie podobne, a upadłych aniołów jest tu trochę więcej. Koptyjska literatura zawiera starożytne opowieści z apokryficznymi uzupełnieniami. Moi nowi przyjaciele ze Wschodniej Afryki, trochę starsi ode mnie, opowiadali mi cudowne historie o podróżach Enocha i o Edenie. Młode dziewczęta miały takie same niepokojące uśmiechy, jak małe dziewczynki z getta żydowskiego, ale ich majolikowe oczy różniły się od oczu wenecjanek.

Trwała wojna i spędziłem trochę czasu w Danakil i w Ogaden, wśród wielbłądów i przemytników. Danakilski wielbłądnik nauczył mnie, że aby wejść do Al-Hannah al-Adn (ogrodu Edenu) należy otworzyć na pustyni siedmioro drzwi, do czego trzeba znać imiona siedmiu straszliwych aniołów plemienia Szejtanów albo udać się na pustynię w towarzystwie poety, który miałby złoty klucz pod językiem. Później pewien Arab z Erytrei uświadomił mi, że Adriatyk nazywał się Giun Al-Banadiquin - "Zatoka Wenecjan",i że Egipcjanie nazywali Wenecję Al-Bunduqiyyah.

Gdy wróciłem do Włoch, wojna jeszcze się nie skończyła: domy w weneckim getcie były zamknięte, a Żydzi, którzy z nich uciekli, ukrywali się u wenecjan. Nocą cicho opowiadano sobie od nowa dawne historie arabsko-hiszpańskie, mówiono o mieście Safed leżącym w Palestynie, mistycznym mieście kabały, w którym znajdował się grób Szymona Ben Jochaja, domniemanego autora Zohar, Księgi Blasku. I znów w dni świąteczne jadłem niesłodkie ciastka, których tak nie lubiłem.

Nadszedł koniec wojny. Odtąd wędruję przez świat prawie bez celu. Ale zawsze wracam do Wenecji. Przechadzam się po uliczkach, przekraczam kanały, zatrzymuję się na mostach i spostrzegam, że na ich brzegach nie ma już krabów, które po południu leniwie wygrzewały się na słońcu. Zniknęły już dawno. Szukam miejsc, które znałem jako dziecko, ale często ich nie poznaję. Nie ma już Szalonych Schodów i nie ma także już pani Bory Levi. Okna jej domu zamurowano, a otoczenie się zmieniło. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na moje pytania. Młodzi nie wiedzą, a starsi nie chcą sobie przypomnieć.

Pewnego dnia odnalazłem imię starej Żydówki, która częstowała mnie migdałowym cukierkiem i filiżanką gorącej czekolady. Było wyryte na marmurowej tablicy blisko frontowego wejścia starej Schola Espańola razem z nazwiskami innych deportowanych Żydów, którzy nie wrócili po wojnie. Te nazwiska nie są bardzo liczne, gdyż podczas wojny, Wenecja ukryła swoich Żydów. Mieszkańcy miasta dali im schronienie wśród własnych Sekretnych Dziedzińców, własnych Tajemnych Sposobów. Ukryte podwórka do dziś chowają się za zazdrosnymi murami, a umieszczone na nich numery zmieniają się pod zbyt natarczywym spojrzeniem niewtajemniczonego. Pozostają tylko płowiejące nazwiska, które widnieją na wielkich białych prostokątach, obramowanych na czarno jak klepsydry oraz pręgowane koty, które wyglądają jakby zamierzały zadać jakąś zagadkę i zasugerować, że wszystko jest tutaj tak jak dawniej. Trzeba tylko chcieć to odnaleźć. Bez wątpienia można na to jeszcze natrafić po przeciwnej stronie Ponte Ebreo, w bistrach, w których gra się jeszcze starymi arabskimi kartami w Saracenkę, Mahometankę albo w Piękną Żydówkę - w gry rodem ze Wschodu i Hiszpanii. Żydzi - marani, zachowali swoje karty oraz na futrynach swoich weneckich drzwi stare klucze do swych hiszpańskich domów jak obietnicę dla diaspory stworzonej przez hiszpańską Inkwizycję. W moim domu zachował się także hiszpański klucz z Toledo. Odziedziczyłem go w spadku po babce, wraz z jej ironicznym fatalizmem i talią arabskich kart, które z pewnością są magiczne. Na nabrzeżu w kierunku Madonna dell'Orto i San Marsiliano, znajduje się pałac z krzyżem teutońskim, różą i kamiennym wielbłądem. Wielu ludziom zapewne nic one nie mówią, ale jeśli ktoś ma serce wenecjanina, to natychmiast zrozumie, że za krzyżackim symbolem kryje się na pewno tajemnica; a róża, która oplata krzyż, dodaje mu jeszcze więcej zagadkowości. Obecność wielbłąda zaś uwiedzie duszę wenecjanina, która bez końca zmierza w stronę tego, co intrygujące.

Hugo Pratt
Tłum. Marta Dworzak

* Nazywano tak talizmany wytwarzane przez uczniów gnostyka Bazylidesa, na których było przedstawione bóstwo Abraxasa.

Corto Maltese - 7 - Bajka wenecka

Scenariusz: Hugo Pratt
Rysunek: Hugo Pratt
Tłumaczenie: Marta Dworzak, Monika Gurgul
Wydawnictwo: Post
Rok wydania polskiego: 12/2008
Tytuł oryginalny: Fables de Venise
Rok wydania oryginału: 1977
Liczba stron: 72
Format: 220x295 mm
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 9788392442660
Wydanie: I
Cena z okładki: 31,50 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus