Recenzja komiksu "Biocosmosis: Emnisi - Antologia" #1
Edvin Volinski i Nikodem Cabała, autorzy serii Biocosmosis, postawili sobie ambitne zadanie. W kraju, w którym nieliczni mają siłę co jakiś czas wydać pełnometrażowy album komiksowy, oni rzucili się na głębokie wody kosmicznej sagi i to z rozgałęzieniami, których pierwszym przykładem jest Antologia Biocosmosis #1.
Czarnobiały dodatek liczący 36 stron i przeznaczony jest wyłącznie dla posiadaczy przynajmniej pierwszego albumu - Enone. Ja akurat zacząłem swoją styczność z Entirum od Antologii i zupełnie nie mogłem się połapać w akcji, a tym bardziej w nowomowie, dopóki nie nadrobiłem zaległości. Więc nie ma sensu kupować omawianego tu zeszytu jako taniej próbki, po której się zdecyduje, czy warto kupić serię właściwą.
Zeszyt dzieli się na dwa krótkie epizody. Pierwszy, siedemnastostronicowy, jest sceną rozgrywającą się w trakcie akcji pierwszego albumu, trochę na zasadzie gry Enter the Matrix względem filmu Reaktywacja. Drugi, dziesięciostronicowy, dzieje się około sto lat przed akcją Enone i ukazuje nam sylwetki dwojga emnichów - wykładowczyni Gojimiry i ożywiciela Urla Kobolta. Te dwa silne indywidua zderzają się w ostrym konflikcie światopoglądowym, a zakończenie jest otwarte, co można albo przeczytać jako zaproszenie czytelnika do opowiedzeniem się za którąś ze stron, albo, co niestety bardziej prawdopodobne w space operze - zapowiedzią walki dwóch śmiertelnych wrogów, którzy mają po prostu popchnąć akcję do przodu.
Pomijając wszelkie inspiracje, którymi zajmują się recenzenci głównej serii, Volinski miewa ciekawe pomysły. Ale wykonanie przypomina mi aż zanadto sesje roleplayowe, które urządzaliśmy z kolegami, mając 15 lat. Dialogi są drewniane i czasem aż nazbyt dziecinne, albo język skacze z wysokiego do potocznego. Niektóre imiona też brzmią, jakby wymyślone zostały kwadrans przed sesją. Jest tu wiele odniesień do państwowych i wojskowych struktur Rzymu i do greckiej filozofii. Może lepiej byłoby skupić się na tych podstawach, a nie robić taki kogiel mogiel.
Mimo tych uwag, epizod Tolaki uzupełnia naszą wiedzę o świecie przedstawionym dużą ilością nowych faktów i, będąc komiksem akcji, trzyma w napięciu. Do tego, może dlatego, że to postacie trzecioplanowe, Volinski jest bezlitosny dla swoich bohaterów, więc do ostatnich chwil nie wiemy jak się walka z "demonem" rozstrzygnie. Komiks spuentowany jest cliffhangerem, który mimo nieporadności dialogu każe nam niecierpliwie czekać na ciąg dalszy.
Epizod Url Kobolt, w przeciwieństwie do Tolakiego polega wyłącznie na rozmowie. Ale tym razem i w tej materii Volinski staje na wysokości zadania, znów trzymając nas w napięciu do samego końca. Obydwie strony wykładają swoje racje, których nie da się ująć w kategoriach czarnych i białych. Bardzo bym chciał, by filozofia Emnichów dalej tak mocno wpływała na rozwój wypadków, jak to miało miejsce i w Enone i w Savas. Cały czas boję się, że w pewnym momencie okaże się tylko elementem mozaiki, a nie trzonem wyróżniającym tę serię pośród innych. Mam nadzieję, że jestem w błędzie.
Cabała w swoich rysunkach wciąż popełnia te same błędy. Gdy postać siedzi, ręce zaczynają być tragicznie nieproporcjonalne względem nóg, a nawet względem siebie; w jego postaciach jest jakaś drewnianość, ograniczoność nie do końca naturalnych ruchów. Dwa pierwsze kadry ze strony 16. ukazują nam dwie postacie z tą samą twarzą, tak samo zakomponowane. To, co najbardziej drażni w twarzach Cabały, to ich dziwne rozciąganie, albo ściskanie. Wszystkie te cechy wychodzą na wierzch, gdy nie ma kolorów Krysińskiego. Na szczęście wychodzi też umiejętność Cabały w działaniu światłem i cieniem, co przy rysowaniu komiksu Tolaki było warunkiem koniecznym. Inspiracja japońską dbałością o szczegóły techniczne i dynamizm scen bardzo dobrze wychodzi rysownikowi i harmonijnie współgra z europejskimi i amerykańskimi elementami jego stylu. Wciąż są eksperymenty z poziomo zorientowanymi planszami, chyba trochę niefortunne, bo to powoduje, że trupa i strach dziewczyny, które są puentą jednego z ujęć, widzimy od razu po przewróceniu kartki.
Żałuję, że praktycznie nie ma operowania czernią w Urlu Kobolcie, tak jakby pierwotnie miał być w kolorze, ale w ostatniej chwili zdecydowano się go wrzucić nie jako dodatek do serii właściwej, a tutaj. Z tego powodu wygląda jak kolorowanka. Jak jeszcze dodamy do tego brak zróżnicowanej kreski oddzielającej plany, poziomo zorientowane strony obok pionowych i obfitujące w szczegóły tła, odbiorca może dostać oczopląsu. Gdyby grano czernią, albo dodano szarości, to też jedyna pojawiająca się tu kolorowana komputerowo scena nie straciła by na efektowności, a byłaby bardziej zespolona z resztą.
Zeszyt nie składa się tylko z komiksów. Dodano chronologię zdarzeń prowadzących do Wielkiej Wojny o Jedność Entirum, galerię pojazdów z opisami i ich historycznym kontekstem i trzy rysunki innych autorów składające się na bardzo dobrą galerię. Fanom nie pozostaje nic poza skserowaniem i zawieszeniem na ścianie. Wszystkie te dodatki są przemyślane i mogą mieć poważne skutki. Bo dają podstawy fanom do rozbudowywania uniwersum, pisania własnych opowiadań, itd, itd. Jeśli autorzy sami się postarają o poziom dalszych tomów, zapewniając sobie wystarczającą ilość czytelników, to te zabiegi mogą im dopomóc w bardzo ciekawym zjawisku.
Kupić, nie kupić? W tym wypadku odpowiedź jest prosta. Jeśli jesteś choćby umiarkowanym fanem, tak. Bo tanie, bo dużo wnoszące, bo powyższa krytyka odnosi się praktycznie do wszystkich tomów w serii, więc jeśli Wam wymienione wady nie przeszkadzały dotychczas, to i tu nie przysłonią walorów.
Biocosmosis: Emnisi - Antologia #1
Rysunek: Nikodem Cabała
Wydawnictwo: Pro-Arte
Rok wydania polskiego: 10/2007
Liczba stron: 36
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-924721-9-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 10 zł
Sklep
Forum















