Artykuł "Klasyka polskiego komiksu: Funky Koval"


Myślę, że większości czytelników Funky Koval jest na tyle dobrze znany, że wystarczy im zapewnienie, że komiks został ładnie wydany, aby umieli samodzielnie podjąć decyzje o ewentualnym zakupie. Niezdecydowanym dodam, że album opatrzony został dwoma wstępami Macieja Parowskiego i czterema czarno-białymi stronami czwartej części, choć akurat w tym wypadku nie ma się na co napalać. Plansze wyglądają jak wypadkowa starego Funkiego i Wiedźmina, a treściowo wnoszą tyle co przeciętny trailer (czyli miłośnicy trailerów i wszelkich przedpremier mogą poczuć się zaspokojeni, pozostali raczej nie). Jeśli nadal, drogi czytelniku, nie umiesz dokonać wyboru, czuję się zmuszony napisać, co to w ogólejest Funky Koval.
Otóż seria ta została stworzona przez działających w magazynie (Nowa) Fantastyka Macieja Parowskiego i Jacka Rodka (scenariusz) oraz znanego wszem i wobec Macieja Polcha (wiadomo co). Początkowo komiks ukazywał się w odcinkach drukowanych w czerni i bieli na łamach "Fantastyki", lecz wraz z inauguracją serii "Komiks-Fantastyka" pojawił się kolorowy album Bez oddechu. Po nim przyszły dwa następne, czyli Sam przeciw wszystkim i Wbrew sobie, a seria zyskała olbrzymią rzeszę miłośników i jest uważana przez wielu za najlepszy czysto polski komiks w historii. Dlaczego? Mógłbym wskazać kilka przyczyn: dobre rysunki, ciekawy scenariusz, liczne odniesienia do rzeczywistości i last but not least sentyment. Ale po kolei.
Bogusław Polch, który zaczynał od Kapitana Żbika, a potem stworzył serię Daenikena oraz Wiedźmina, (ten ostatni ma jednak raczej złą opinię), zasłynął jako twórca niebywale precyzyjnie oddający realia techniczne, więc Kovala zwykło się uważać za jego szczytowe dokonanie. Do legendy przeszła opowieść o tym jak to na monecie rzucanej na początku przez głównego bohatera umieszczone zostały wszystkie szczegóły oryginalnej amerykańskiej jednodolarówki. Szczegółów, rzecz jasna, nie widać w druku, ale daje to pojęcie o ilości serca jakie Polch wkładał w swoją pracę. Ponieważ czystość posunięta do pewnego punktu, przeradza się w sterylność, zarzucano mu niekiedy sztuczność, ale tak wykreowany świat zapada głęboko w pamięć i uważam, że broni się wyśmienicie, nawet pomimo manierycznych zniekształceń twarzy w trzecim albumie. A propos twarzy, zwróćcie uwagę na to, że większość z nich jest prawie non stop uśmiechnięta. To bardzo sympatyczne i dodaje nieco popartowskiego sznytu.
Maciej Polch i Jacek Rodek, stworzyli wartką opowieść, która zawiera wszystko co należy umieścić w dobrej przygodowej historii SF, przede wszystkim charakterystycznego bohatera, który, z niewielka pomocą przyjaciół, radzi sobie w każdej sytuacji. Wikła się on w polityczną intrygę na skalę międzyplanetarną, lata, strzela, obraca się wśród adorujących go kobiet i śmiertelnych wrogów. Zapewniam, że jest to wszystko bardzo wciągające, pomimo zdarzających się, typowych dla SF naiwności, jak np. komputer przewidujący społeczne skutki zmian w kosmosie. Podobnych elementów nie ma jednak zbyt wiele, a te które są, przypominają, że nie należy całego komiksu traktować śmiertelnie poważnie i lepiej skupić się na dobrej rozrywce, którą zapewniają nam mocno zawikłane wątki i niespodziewane zwroty akcji, świadczące o sporej wyobraźni autorów.
Wyobraźnia ta, mimo iż mocno rozwinięta, nie przesłoniła im jednak własnego otoczenia. Funky Koval zaczyna jako typowy kosmiczny detektyw, a kończy jako barometr sytuacji społeczno-politycznej w kraju i przeniesienie obaw i rozterek autorów. Historia rozgrywana w dekoracjach SF, choć w swej wierzchniej warstwie typowo awanturnicza, zawiera mnóstwo odniesień do ówczesnych rzeczywistych wydarzeń (a chodzi o okres niemal dziesięciu lat, począwszy od okolic roku 82-ego), choć dzisiaj większość z nich jest trudna do wyłapania, zwłaszcza dla osób urodzonych w okolicach lat osiemdziesiątych i później. Mało kto przypomni sobie wybory miss, które zainspirowały scenarzystów do napisania historii z temporystami, ale z drugiej strony chyba każdemu uda się trafnie wskazać ówczesnego rzecznika prasowego rządu, Jerzego Urbana. Ta historyczno-aluzyjna warstwa opowieści, mimo upływu czasu na pewno nadal sprawi wielu czytelnikom frajdę, zwłaszcza że w obu wstępach Parowski o wielu powiązaniach pisze.
Na koniec zostaje parę pytań. Przede wszystkim, skąd na okładce wziął się Thorgal? Wbrew pozorom, kwestia powinna zmusić do poważnych rozważań. Przecież umieszczenie w tak istotnym miejscu bohatera zupełnie innego komiksu, ew. bohatera tego samego komiksu, ale we fryzurze w jakiej nikt nigdy go nie oglądał, nie mogło być przypadkowe. A skoro tak, to jak rozumieć zawarty tu komunikat "bez pomady!"? Mam nadzieję, że pytanie powyższe nie zajmie miejsca obok słynnych nierozwiązanych zagadek literatury (np. czy Szekspir istniał naprawdę).
I jeszcze dwie kwestie. Trzy albumy zawarte w tym tomie to nie koniec planowanej historii i autorzy powzięli mocne postanowienie, aby rzecz po tylu latach skończyć. Niestety mam mieszane uczucia co do tego pomysłu. Z jednej strony, warto byłoby zamknąć pozostawione wątki, z drugiej zaś istnieje obawa, że kontynuacja narysowana przez Polcha, który już dawno nie rysuje tak jak to robił kiedyś okaże się podobnym niewypałem co Wiedźmin. Szkoda byłoby takiej legendy...
A czy Funky Koval może się podobać komuś kto go nie czytał kiedyś? Sądzę, że wręcz powinien, a nawet jeśli nie, to jest to klasyka i po prostu nie wypada jej nie znać.

Klasyka polskiego komiksu - 6 - Funky Koval

Scenariusz: Maciej Parowski, Jacek Rodek
Rysunek: Bogusław Polch
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 10/2002
Liczba stron: 160
Format: A4
Oprawa: twarda
Papier: matowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie
ISBN: 83-237-9603-3
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus