Recenzja komiksu "Kobieta mego życia, kobieta moich snów"

Autor: Jerzy Szyłak
2 października 2008

Komiks Pedra Brito i Joao Fazendy składa się z pospiesznie nagryzmolonych, czarno-białych rysunków, które dodatkowo zostały pomazane jaskrawo czerwonym tuszem i to tak nierówno i niedbale, że niejednokrotnie zabieg ten utrudnia czytanie. Akcja opowieści jest wątła: bohaterowie więcej gadają niż robią. Całość ożywiają jedynie sceny erotyczne, które jednak zostały narysowane zdecydowanie niepodniecającą kreską. Niewątpliwie wydawca popełnił błąd nie umieszczając na okładce ostrzeżenia, że jest to komiks "tylko dla dorosłych", to jest takich, którzy mają już pewien zasób wiedzy o świecie, życiu i sztuce, nie tylko znają słowo "konwencja", ale także je rozumieją i wiedzą, że nie jest mistrzem ten, kto potrafi narysować konia i plecy kobiety, ale ten, kto potrafi dobrać właściwe środki wyrazu do tego, co ma do opowiedzenia.

Brito i Fazenda opowiadają historię pospolitą, można by rzec banalną: małżeństwo z trzyletnim stażem przeżywa w swoim związku tzw. "trudne chwile". Jednocześnie zaś oboje przeżywają kryzys twórczy: ona maluje obrazy, które - jej zdaniem - wyglądają "całkiem gównianie", on próbuje napisać scenariusz komiksu dla Marvela (W tym wypadku Marvel to imię przyjaciela komiksu, krótkowzrocznego rysownika, a nie znanej amerykańskiej firmy wydawniczej), ale ma pustkę w głowie. Ona wyładowuje swoją frustrację w wybuchach gniewu i złośliwościach, których nie szczędzi swojemu partnerowi, on ucieka w marzenia i impertynencje, jakie prawi jej znajomym. Jedyną rzeczą, która ich jeszcze łączy jest udany seks, ale w naszych czasach seks to za mało, by stworzyć prawdziwie udany, oparty na intymności związek, a poza tym tak łatwo znaleźć kogoś, z kim seks będzie jeszcze bardziej udany...

Komiks jest ewidentnie opowiadany z męskiego punktu widzenia, a w dodatku poprzez podjęcie wątku autotematycznego (jest to komiks o tworzeniu komiksu) zawiera sugestię, iż mamy do czynienia z opowieścią autobiograficzną (komiks, który czytamy, jest historią, którą bohater napisał, ale bohater ma na imię Thomas). Nie patrzmy jednak na Kobietę mojego życia, kobietę moich snów aż tak naiwnie. Komiks opowiada przede wszystkim o tworzeniu. Nie tylko o robieniu komiksów, ale o uprawianiu działalności artystycznej w ogóle. I opowiada o tym przy pomocy wszystkich elementów, z których się składa. A jest tych elementów niemało, choć na pozór mamy tu tylko rysunki, słowa i tylko jeden kolor dodany do czerni i bieli. Tylko, że rysunki stopniowo przechodzą od przedstawiania do znaczenia, słowa z kolei znaczenie tracą, a kolor czerwony raz służy do dopełniania treści obrazków, innym razem zaś ustanawia w ich obrębie znaczące opozycje.

Słowa służą do najbardziej skonwencjonalizowanego przekazywania informacji: układają się w zdania, przekazują informacje, dopowiadają sensy, których nie da się tak po prostu zobaczyć na obrazkach (czasem dopowiadają także to, co doskonale na obrazkach widać, ale nie w tym komiksie). Komentarze narracyjne w komiksie służą przede wszystkim do tego, by opowieść zdynamizować i ujednoznacznić. Tymczasem w Kobiecie mojego życia komentarzy narracyjnych praktycznie nie ma. Pojawiają się dopiero na ostatniej stronie, w czymś, co można nazwać dowcipnym epilogiem, poakcją lub dopowiedzeniem, bez czego jednak sens komiksu nie wybrzmiałby w pełni. W pierwszej części są tylko dialogi, czasem na tematy oderwane, a czasem urwane w połowie. Potem pojawiają się monologi głównego bohatera, zawierające fragmenty opowieści, którą pisze. Ale pisze ją po to, by powstał komiks, a więc opowieść składająca się z obrazów, a nie słów. W przepyszny sposób przypominają o tym plansze na stronach 43-45. Widzimy na nich bohatera idącego przez miasto: jego postać jest namalowana czerwonym tuszem na tle stochastycznie rozrzuconych na stronie szkiców (mogłem napisać "obrazków", ale według mnie to ewidentnie są rysunki ze szkicownika - pospiesznie nakreślone, niejako "na żywo" zarejestrowane w trakcie przechadzki). Na następnej stronie wszystkie naszkicowane wcześniej obrazki zostają zastąpione słowami - układ słów na stronie jest identyczny z ukladem obrazków na poprzedniej (tj. są rozrzucone na stronie bez ładu i składu). Na trzeciej stronie wszystkie słowa zostają umieszczone na czerwonym tle - czyli na sylwetce bohatera. Niejako zostały uwewnętrznione, przyswojone, a może przetrawione.

Wcześniej napisałem, że komiks jest opowiadany z męskiego punktu widzenia i że owej opowieści nie powinniśmy przyjmować na sposób naiwny. Rzecz w tym, że obrazki demaskują tę opowieść, choć robią to w sposób bardziej wyszukany niż czynili to Dore lub Mleczko, którzy doprowadzili do perfekcji metodę "co innego widzisz, co innego czytasz". Tu częściej mamy do czynienia z przemilczeniem i niepokazaniem, ale pomiędzy poszczególnymi scenami widać przerwy w ciągłości zdarzeń i możemy (a nawet powinniśmy) zadać pytanie: "czego nie mogliśmy zobaczyć i właściwie dlaczego". Do zadania tego opowiadania wręcz zachęcają nas słowa Thomasa, wypowiedziane pod koniec opowieści: "Podkolorowałem trochę fakty, żeby całość była bardziej spójna i wciągająca". Słowa te prowokują do zapytania, na czym polega podkolorowanie (poza użyciem koloru czerwonego) i do zwątpienia w prawdziwość opowiedzianych zdarzeń.

Mówiąc, że historia, którą przeczytaliśmy, jest spójna i wciągająca dzięki temu, że nie do końca jest prawdziwa i szczera, chociaż jej największa siła bierze się z sugestii, iż mamy do czynienia z opowieścią autobiograficzną, "z życia wziętą". Pytanie o granicę między życiem i tworzeniem (w znaczeniu fantazjowania, podkolorowywania zdarzeń, uspójniania historii i pospolitego kłamania) prowokuje do przeczytania tej historii jeszcze raz i jeszcze raz. I do zobaczenia, że jest ona przede wszystkim opowieścią o artystce, która przemieniła swoje życie w widowisko, a dopiero potem o człowieku, który nie chciał dalej z nią iść tą drogą. A jednak poszedł.

W zależności od tego, jak odczytamy rozsiane w komiksie znaki i symbole, dostrzeżemy w Kobiecie mego życia, kobiecie moich słów albo historię ocalenia, albo ostatecznego upadku, opowieść o kochankach prostytutek lub kochankach obłoków, o przeznaczeniu lub o przypadku. Jedno jednak jest niewątpliwe: jest to rzecz opowiedziana ironicznie i bez złudzeń, choć udaje historyjkę sentymentalną i z happy endem (a nawet dwoma).

Kobieta mego życia, kobieta moich snów

Scenariusz: Pedro Brito
Rysunek: João Fazenda
Wydawnictwo: Taurus Media
Rok wydania polskiego: 9/2008
Tytuł oryginalny: Tu és a mulher da minha vida, ela a mulher dos meus sonhos
Liczba stron: 96
Format: B5
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-60298-33-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 38 zł


blog comments powered by Disqus