Spongebob, Star Trek i Metallica - wywiad z Simonem Bisleyem

Autor: Maciej Szatko
13 marca 2016

Kolejny raz gościem Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi był brytyjski rysownik Simon Bisley. Ponieważ zadanie mu pytań dotyczących postaci Lobo, czy nad czym aktualnie pracuje groziło śmiercią, jak zwykle w jego przypadku rozmowa zboczyła na inne, bliżej nieokreślone rejony.

MS: Witaj, Simon! Czego aktualnie słuchasz w swojej pracowni?

SB: Kompletnie nie wiem co się dzieje teraz w świecie muzyki – w naszym fachu kiedy jesteś zajęty, rok trwa równie długo jak mrugnięcie okiem. Dochodzi do sytuacji, że jako fan muzyki metalowej dowiaduję się całkiem przypadkowo, że np. mój ulubiony zespół Behemoth wydał nową płytę. I to rok temu! Rozumiesz?! Tak przy okazji to koniecznie muszę się z nią w końcu zapoznać, a jeszcze chętniej wybiorę się na ich koncert, bo słyszałem, że robią naprawdę niezłe show.

MS: Pamiętasz kwestię zrobienia dla nich T-shirta?

SB: Jasne! Powiedz im, że nie ma najmniejszego problemu! Robię naprawdę wiele takich rzeczy, głównie zaprzyjaźnionym muzykom. Ostatnio ukazała się  EPka Danziga, zatytułowana Devil's angels z moją okładką. Szybka sprawa – dostałem szkic i w 6 godzin stworzyłem grafikę. Lubię takie prace zarobkowe. Współpracuję z Glennem Danzigiem już 20 lat, to świetny facet i przyjaciel, bardzo lubimy swoje towarzystwo.

MS: Co możesz powiedzieć o swojej współpracy z jego wydawnictwem Verotik?

SB: Świetna firma! Nie zrobiłbym tyle dla nich, gdyby coś było nie tak. Wydają to, co chcą i mają z tego wielki ubaw, bardzo cenię ich za to. To bardzo ważne robić to co się lubi, mogę dla nich tworzyć postaci, które lubię i nieźle się przy tym bawić. Często zdarzają się sytuacje w stylu "O cholera, jak ja to narysuję?! To naprawdę popieprzone!" (śmiech). Często jestem w ten sposób zaskakiwany i muszę prosić o dodatkowe wyjaśnienia, choć mam przecież bardzo bujną wyobraźnię. Glenn to cichy i skryty facet, nie zadzieraj z nim jednak, ani nie przeginaj. Jeśli spełnisz te dwa warunki, nie masz się czym martwić.

MS: Czy myślisz, że masz wśrod swoich miłośników więcej fanów muzyki metalowej, niż komiksów?

SB: Tak, zdecydowanie! Często zdarza się, że moi fani wielbią obie te dziedziny. Ciekawe pytanie, bo faktycznie często zdarza mi się, że znają mnie ludzie, którzy w ogóle nie czytają komiksów. Te dwa światy zresztą często się przenikają, pamiętam jak rysowałem swój pierwszy komiks w 1988 roku i słuchałem Metalliki, a ich Master of puppets był dla mnie wtedy wielką inspiracją. Potem mój dobry przyjaciel John Dolmayan (perkusista zespołu System of a Down i znany miłośnik komiksów, który m. in. nabył pierwszy numer Action Comics z Supermanem za 317 200 $) przedstawił mnie ich gitarzyście Kirkowi Hammetowi, który też przyznał się do bycia wielkim fanem mojej pracy. Tak to właśnie działa, jest to pewnego rodzaju symbioza – ja czerpię inspirację z ich muzyki, a oni z moich rysunków. Dostajesz to, co sam dajesz. Sam zresztą zacząłem grać na basie, bo rzuciłem gary w cholerę - granie na perkusji bylo dla mnie za techniczne, poza tym dźwiganie ich ze sobą to był koszmar. Wiesz co było w tym najgorsze? To, że absolutnie nikt nie pomoże ci z nimi po koncercie! Wszyscy już dawno są w barze, a ty się dalej męczysz z ich pakowaniem, a potem z noszeniem ich w częściach kilometry do samochodu. Kiedy mnie odwozili z tym całym bałaganem w końcu do domu, zostawałem z nimi jeszcze sam na chodniku! Wtedy powiedziałem sobie: "Pieprzyć to!" i wziąłem się za bas. Uwielbiam grać na nim kawałki w rodzaju Paranoid Black Sabbath, choć zaczynałem od dużo wolniejszej jego wersji w wykonaniu Type O'Negative, żeby dobrze go opanować.

MS: Jesteś trzeci raz na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier, ale dopiero pierwszy raz, od kiedy ta impreza odbywa się w Atlas Arenie. Co uważasz na temat tej zmiany?

SB: Bardzo dobry krok organizatorów, bo dużo więcej się tu dzieje - jest większe show, a ta dziedzina zasługuje na naprawdę duże show. Ja jestem do niego przecież wprost stworzony (śmiech). Artyzm to dzisiaj tylko malutka część tego biznesu. Tutaj jest już zupełnie jak w San Diego na Comic-Conie, nawet mam wrażenie są te same stoły i krzesła! Tam wszystko jest perfekcyjnie zorganizowane – w jednym kącie są komiksiarze, w drugim aktorzy, a wszystko inne pośrodku. Tu jest oczywiście ciaśniej – tamten konwent jest pewnie ze 20 razy większy, więc możesz sobie wyobrazić jego skalę, wszędzie jest gigantyczny tłum. Patrzysz i widzisz Spongeboba obok kapitana Kirka ze Star Treka. Kupisz tam ciuchy, komiksy, zabawki, skórzane kurtki, co tylko chcesz. To świetny miks potrzeb wszystkich ludzi. Czasem są takie sytuacje, że wpada do mnie przez cały konwent raptem z 50 osób, a potem siedzę, a wielu patrzy na mnie z miną "Kim jest u licha ten facet z długopisem?". Lubię takie sytuacje, bo nie muszę wtedy nic robić (śmiech). Dzieciaki zazwyczaj są ciekawe co rysuję, przyprowadzają swoich rodziców, którzy sami zaczynają się interesować tym co robię. To bardzo fajna droga do szerzenia tego medium. Gdzie jednak bym nie pojechał, tam jest może i inaczej, ale też fajnie. Kiedy przyjeżdżam do Polski to cały czas mam przed oczami moją rodzinę – braci i siostry – co sprawia mi duży komfort. Jest tu też świetna okazja do zabawy, relaksu i komunikacji między ludźmi i bardzo ją z tego powodu lubię. Poza tym to właśnie dzięki mojej pracy poznałem moich najlepszych przyjaciół.

Lobo - Portret bękarta

Scenariusz: Keith Giffen, Alan Grant
Rysunek: Simon Bisley, Sam Kieth
Tłumaczenie: Michał Zdrojewski
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 7/2015
Liczba stron: 256
Format: 180x275 mm
Oprawa: twarda w obwolucie
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 9788328110472
Wydanie: I, zbiorcze
Cena z okładki: 89,99 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus