Jerzy Wróblewski

Autor: Marcin Jaworski
Ur.: 7 sierpnia 1941 , Inowrocław
Zm.: 10 sierpnia 1991

Miesiąc sierpień szczególnie zapisał się w biografii Jerzego Wróblewskiego - z jednej strony wyznaczając początek bogatego w twórczość życia, a zarazem określając jego koniec pół wieku później. W tym właśnie miesiącu miłośnicy twórczości tego klasyka polskiego komiksu powojennego obchodzą dwie rocznice związane z osobą zmarłego rysownika; 7.08-go - urodzin, zaś 10.08-go - jego śmierci.
Urodzony w 1941 r. w Inowrocławiu Jerzy Wróblewski zadebiutował jako komiksiarz bardzo szybko. Miało to miejsce w 1959 r., na łamach bydgoskiej popołódniówki "Dziennik Wieczorny", a pierwszą pracą zamieszczoną przez niego w tej gazecie była historia szpiegowska pt. Tajemnica czarnej teczki. Rysownik miał wtedy zaledwie 17 lat i uczęszczał do bydgoskiego liceum plastycznego - tego samego, w którym później kształcili się m.in. współtwórcy "Produktu"; A. Janicki i M. Śledziński. Jednak w przeciwieństwie do wymienionych twórców J. Wróblewski nie ukończył edukacji w liceum. Stało się tak z powodu trudnej sytuacji materialnej młodego adepta komiksu, choć swoją wagę miała też pewnie nieprzychylna atmosfera panująca w owych zamierzchłych czasach w szkołach artystycznych, a która dotyczyła sztuki przedstawieniowej w ogóle w tym także komiksu. Trzeba też pamiętać, że mimo politycznej "odwilży" roku 1956-go z komiksu dopiero zdejmowano odium zakazanej, "imperialistycznej" rozrywki. J. Wróblewski należał zatem do tego pokolenia polskich autorów komiksów, które mimo niesprzyjających warunków zewnętrznych towarzyszących uprawianej przez nich działalności twórczej za wszelką cenę starali się ją realizować. H. J. Chmielewski, J. Christa i wreszcie J. Wróblewski byli ludźmi zafascynowanymi zachodnią kulturą popularną; muzyką, modą, kinem. Pragnęli w szarzyznę PRL-u wnieść nieco kolorytu. Nie było to zadanie łatwe z przyczyn politycznych, o których wspominałem wcześniej (istniała też oczywiście cenzura), ale i status rysownika komiksów artystycznie i finansowo był mało atrakcyjny. Trudno było wyżyć i utrzymać rodzinę jedynie z pensji rysownika stąd J. Wróblewski podejmował się rozmaitych prac będąc m.in. szyldziarzem, fotografem, zecerem... Oprócz codziennych trudności materialnych, które polegały również na prozaicznym niedoborze odpowiednich materiałów kreślarskich, papieru do rysowania etc, rysownicy, którzy debiutowali w drugiej połowie lat 50-tych zetknęli się z dodatkową niedogodnością wynikającą z przerwania przez wojnę tradycji rozwoju komiksu polskiego oraz wyrugowania go z rzeczywistości PRL-u w okresie stalinowskim w latach 1949-1956. Konsekwencją tego stanu rzeczy było to, że debiutującym wtedy rysownikom brakowało mistrzów, których twórczością mogliby się inspirować. Roli tej nie mógł przecież spełnić sędziwy autor rysunków do Przygód Koziołka Matołka M. Walentynowicz. Sytuację pogarszało odcięcie polskich komiksiarzy od swobodnie rozwijającego się komiksu na Zachodzie. W tej sytuacji trudnej sztuki rysowania historyjek obrazkowych trzeba było niejako uczyć się od nowa, kierując się raczej własną intuicją artystyczną i, co nieodzowne, nieustannie doskonaląc umiejętności rysunkowe.
Dla J. Wróblewskiego miejscem, w którym przez wiele lat mógł poświęcić się swojej pasji był wspomniany wcześniej "Dziennik Wieczorny". Gazeta ta należała do prężnie rozwijającej się po 1956 r. prasy bulwarowej i stanowiła, tak jak inne tego rodzaju tytuły, swoisty azyl dla redaktorów nie chcących bezpośrednio uczestniczyć w oficjalnym, zakłamanym dziennikarstwie. W redakcjach tych pism unosił się jeśli nie duch wolnomyślicielstwa to na pewno pewnego dystansu do pełnej frazesów ideologicznych rzeczywistości. Przykładem niech będzie postać pomysłodawcy "Dziennika" Wiktora Malskiego, który choć należał do partii znany był z tego, że podczas zebrań partyjnych czytał pod stołem w oryginale francuskie kryminały. Oczywiście doprowadzał w ten sposób pozostałych do białej gorączki. Podobnego pokroju człowiekiem był J. Wróblewski. Również nieufny wobec oficjalnego optymizmu epoki, z oryginalnym poczuciem humoru, fantazją, która ujawniała się choćby poprzez niekonwencjonalny ubiór (pierwszy nosił w rodzinnym Inowrocławiu dżinsy!), niedbałą pozę autsajdera z nieodłącznym papierosem w kąciku ust. Służąc w armii poborowy Wróblewski zakpił sobie ze swego dowódcy, zapalonego miłośnika ogrodnictwa i musztry przemalowując na czerwono niedojrzałe pomidory, które ów dowódca uprawiał w ogródku. Przed poważnymi konsekwencjami tego żartu uchroniło go piastowanie funkcji grafika w jednej z wojskowych gazet.
Przez lata J. Wróblewski konsekwentnie doskonalił swój warsztat rysownika dostarczając codziennie do gazety kolejny pasek komiksowy. W sumie do 1978 r. kiedy przestał regularnie współpracować z "Dziennikiem Wieczornym" narysował dla pisma 71 tytułów. Stopniowo zyskał lokalną, a później ogólnopolską popularność.
W latach 60-tych rządzący dostrzegli możliwość wykorzystania kultury popularnej dla celów propagandowych. Temu właśnie celowi miało służyć powstanie w 1968 r. słynnej serii o przygodach kpt. Żbika - oficera MO, wzorcowego obywatela PRL-u. Dodatkowo wydawcy serii zwietrzyli możliwość sowitego zarobku ze sprzedaży "kolorowych zeszytów", a politycy sposób, aby przypodobać się bitej w czasie Marca 1968 r. młodzieży. W latach 70-tych do tych założeń doszło jeszcze programowe (konsumpcyjne i na kredyt) otwarcie państwa na Zachód, optymizm epoki gierkowskiej - czego znakiem była zgoda decydentów na druk "Magazynu Opowieści Rysunkowych Relax". W zaistniałej sytuacji wydawcy zaczęli poszukiwać rysowników komiksów. Szybko dostrzeżono Wróblewskiego i w 1971 r. wydawnictwo "Sport i Turystyka" zleciło mu dokończenie serii wojennej pt. Podziemny front. Następnie kontynuował on po Rosińskim i Polchu serię o kpt. Żbiku. W 1977 r. Wróblewski dołączył do grona twórców współpracujących z "Relaxem". Byli to m.in.: SZ. Kobyliński, G. Rosiński, T. Baranowski, J. Christa, M. Szyszko. Rzecz jasna komiks wciąż musiał spełniać “wyższe", ideowe cele dlatego w "Relaxie" nie brakowało opowieści o charakterze propagandowym. Nie powinny więc dziwić historie o dywersantach z LWP G. Rosińskiego, o "czerwonej Woli" Parzydły, czy o szpiegu radzieckim Sorge autorstwa J. Wróblewskiego (scen. B. Sokalówna, M. Uspieński). Na szczęście fabuła tego ostatniego tytułu była ciekawa, a rysunki bydgoskiego twórcy charakteryzujące się jemu właściwą elegancją i precyzją reprezentowały jego najlepsze dokonania. W latach 80-tych Wróblewski oprócz współpracy z "SiT-tem" nawiązał szereg innych kontaktów. W 1983 r. zawarł umowę z niezwykle wtedy popularnym pismem harcerskim "Świat Młodych", na łamach którego publikował przygody szeryfa Binio Billa. Wkrótce też zaczął pracować dla innego potentata wydawniczego "Krajowej Agencji Wydawniczej". Współpraca z "KAW-em" zaowocowała wydaniem serii albumów komiksowych o tematyce sensacyjnej, historycznej, czy popularno-naukowej. Był to "złoty" okres twórczości J. Wróblewskiego - jego prace ukazywały się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Warto w tym miejscu chociaż wspomnieć, że autor Binio Billa był bardzo znany w środowisku polskich rysowników satyrycznych. Jego żarty rysunkowe ukazywały się w wielu pismach w tym w dwóch wtedy najważniejszych; "Szpilkach" i przede wszystkim "Karuzeli". Regularnie brał on udział w najważniejszych wystawach rysunku prasowego w kraju a także zagranicą. Można powiedzieć, iż bardziej znany i poważany był jako autor rysunków satyrycznych niż twórca komiksów, choć jego największą pasją do końca pozostało tworzenie historyjek obrazkowych. Mimo sukcesów, stałej obecności na polskim rynku wydawniczym J. Wróblewski przez długi czas nie mógł doczekać się oficjalnego, urzędowego uznania go za twórcę profesjonalnego (pamiętajmy, iż formalnie rzecz biorąc nie ukończył liceum plastycznego). Dopiero po wieloletnich staraniach w 1986 r. ministerialni urzędnicy przyznali temu profesjonaliście z krwi i kości uprawnienia zawodowego grafika. Po 1989 r. rysownik mógł wreszcie realizować własne projekty. Niestety nagła śmierć w 1991 r. przerwała pracę nad kolejnym (trzecim) tomem komiksowej wersji Biblii (wyd. "Glob"), nowym albumem z serii Binio Bili (Binio Bili i Szalony Heronimo) oraz komiksem o agencji detektywistycznej Allana Pinkertona pt. My nigdy nie śpimy, do scenariusza A. Janickiego. W jednym z warszawskich wydawnictw na wydanie czekał gotowy inny tytuł o historii statku Titanic.
Wielka szkoda, że J. Wróblewski nie doczekał dzisiejszych czasów kiedy zauważalne jest zainteresowanie czytelników klasykami polskiego komiksu, kiedy widać pewne ożywienie na rodzimym rynku wydawniczym. Rysownik mógłby osobiście opowiedzieć o swojej twórczości, odpowiedzieć na pojawiające się czasem zarzuty o dyspozycyjność wobec partyjnych wydawców, czy "wtórność", "schematyczność" jego stylu rysunkowego. Dla mnie J. Wróblewski pozostanie czołową postacią powojennego komiksu polskiego, wzorem profesjonalnego komiksiarza, twórcy, który pozostawił po sobie ogromną spuściznę komiksową, graficzną i rysunkową. Chociażby na tym polu przewyższa wiecznie niezadowolonych z jego twórczości malkontentów.

artykuł pierwotnie zamieszczony był w magazynie "Produkt" #5/2001


Komiksy:




blog comments powered by Disqus