Wywiad z Pawłem Gierczakiem - "Komiks ulicy"

Autor: W. Leszczyńska
27 maja 2007

Magazyn fantastyczny - 10 - (1/2007)Zajmujesz się różnymi dziedzinami sztuki: grafiką, malarstwem sztalugowym, animacją, ale to komiks jest Twoją największą pasją?

Na pewno wpływ na to miało wiele czynników. Na początku lat 80. rozrywek dla maluchów było znacznie mniej niż obecnie, może więc dlatego ja i większość moich rówieśników interesowała się komiksem. I w sumie cieszę się, że jako szczyl nie miałem w domu kompa z masą pedalskich gier dla niedorozwiniętych, 30 kanałów z różnymi vivami sriwami czy innym szajsem typu TVNsiedemsetpięćdziesiątosiem z repertuarem dla ludzi inteligentnych inaczej. Ograniczony dostęp do ogłupiaczy w tamtych czasach na pewno wpływał pozytywnie na rozwój intelektualny młodego człowieka.

Odkąd pamiętam rysuję i czytam komiksy. Nie wiem, kiedy to przerodziło się w życiową pasję, może było nią od zawsze, trudno powiedzieć. Po prostu megawypierdoleńczo zajebiście uwielbiam komiks, nie zastanawiałem się nigdy, dlaczego.

Czy pamiętasz swój pierwszy kontakt z komiksem?

Naturalnie, miałem wtedy pięć lat i nie umiałem jeszcze czytać, znałem tylko kilka liter. To był Tytus, Romek i A'tomek, odcinek, w którym Tytus poprawiał łana z geografii. Zacząłem znosić do domu stosy komiksów. Najpierw oglądałem obrazki, ale dzięki komiksom dość szybko posiadłem sztukę czytania i pisania, nawet zanim poszedłem do szkoły (zresztą w żadnej szkole niczego się nie nauczyłem; no, może tylko w liceum przepijać wódę piwem).

Jakich rysowników komiksowych cenisz najbardziej?

Moje pokolenie wychowało się na Papciu Chmielu, Rosińskim, Chriście, Polchu i to ci właśnie twórcy kształtowali moją komiksową świadomość. Z naszego podwórka wymieniłbym jeszcze artystów takich jak Ozga, Truściński, Gawronkiewicz, Michalski. Jeśli chodzi o zachodnich twórców, spory wpływ na moją kreskę miał swego czasu Simon Bisley. Mistrzostwem świata jest dla mnie seria "100 naboi" Azarella i Rissa. Lubię grafę Mika Mignoli, Anreas też jak najbardziej mi odpowiada, tak jak Miller czy Bilal. Nie sposób wymienić wszystkich. Lubię różnorodność, więc u wielu artystów znajduję coś dla siebie.

Jak myślisz, co jest takiego w Twoich ilustracjach, że autorzy tekstów z "MF" proszą naczelnego, abyś to właśnie Ty je ilustrował?

Pochlebia mi, że część czytelników "MF" zwraca uwagę na moje ilustracje do opowiadań. No w sumie trudno mi mówić, co ludzie w nich widzą, zresztą mam nadzieję, że po prostu każdy odnajduje tu coś dla siebie. Lubię ilustrować opowiadania, to zupełnie inny rodzaj roboty niż np. komiks, gdzie trzeba trzymać się określonych reguł i kanonów, tak by opowiadana historia była czytelna dla odbiorcy. Przy ilustrowaniu naczelny "MF" daje mi zupełnie wolną rękę, mogę sobie całkiem odpłynąć, puścić wodze fantazji. Nie lubię dosłowności w takich przypadkach, staram się, żeby grafa luźno nawiązywała do treści opowiadania, tak aby pozostawić pole do popisu dla wyobraźni czytelnika.

W "Wędrówkach" zaprezentowałeś bardzo zróżnicowane prace. Czy możesz je pokrótce scharakteryzować?

Album składa się z czterech odrębnych epizodów, zaś łączy je luźno miejsce akcji - tytułowe miasto cyborgów. We wszystkich czterech epizodach zastosowałem podobną technikę: tusz, piórko, patyk, emulsja, korektor. O ile dwie pierwsze nowele "Chloe" i "Remo" są graficznie dopracowane, to w "Rumplogłowych" rysunki są punkowe, machane momentami na kolanie. W "Tojflu" obok dopracowanych grafik znalazły się jakieś odzyski z przed 10 lat, więc szata graficzna bywa tam różnorodna.

Do postaci Tojfla mam wyjątkowy sentyment. Bardzo lubię film "Tanie pieniądze" (w roli Tojfla wystąpił Bogusław Linda), skąd zaczerpnąłem postać głównego bohatera i niektóre dialogi.

Gangi RadomiaW marcu ukazała się Twój drugi komiks "Gangi Radomia". Skąd pomysł?

Mogę powiedzieć, że "Gangi" powstały przypadkowo. Na kacu machnąłem rysunek faceta w różowym dresie i wbrew moim oczekiwaniom zrobił on furorę wśród użytkowników digarta (oczywiście, nie wszystkich, opinie były czasem skrajnie różne). To mnie zachęciło do dalszej zabawy. Opowieść o gangu motocyklistów również podbiła serca digartowiczów, nie inaczej było z epizodem o mojej dzielnicy. Gdy zaproponowano mi wydanie tego całego szajsu w kolorze, miałem już praktycznie dwie trzecie gotowego materiału.

Gangi zostały wydane przez jednego z najzajadlejszych krytyków "Wędrówek", a komiks w środowisku został przyjęty z dużą życzliwością. Jak sądzisz, co przez ten niedługi czas dzielący te dwie publikacje zmieniło się w świadomości sporej grupy komiksiarzy?

"Wędrówki" spotkały się z bardzo ostrą krytyką na Gildii komiksu, pamiętam jak dziś burzę, jaka się wtedy rozpętała. Właściwie to przy okazji mojego debiutu zaatakowano po raz któryś z rzędu wydawcę "MF", dla mnie była to kłótnia dla samej kłótni. Osobiście nie preferuję uczestnictwa tego typu inicjatywach, więc temat oszczałem równo, po bezowocnej próbie nawiązania z kimkolwiek sensownej dyskusji. Zresztą ja o wiele bardziej wolę się trzaskać, niż tracić czas na bezsensowne wymiany zdań i poglądów, zadymy na forach są dobre dla bab i pedałów (przy czym nie mam nic naprzeciw mniejszościom seksualnym, nie jestem z LPR-u). Nie wnikam w anse na płaszczyźnie zawodowej miedzy Timofem i Robertem Zarębą. Ja równie dobrze mogę być wydawany przez Zarębę, jak i przez Timofa (w danej chwili nasz magazyn "B5" współpracuje z obydwoma wydawcami i to jest według mnie zdrowy układ). Jeśli chodzi o "Gangi", no to oprócz dobrego przyjęcia przez pewną liczbę odbiorców komiks ten spotkał się z ostrą falą krytyki (patrz Aleja Komiksu - za te pseudorecenzje dupki mają ode mnie wpierdol, niech mi nawet żaden pod łapę nie podchodzi, mają fart, że nie wiem, jak który wygląda). Nie wiem nic o świadomości komiksiarzy, mogę jedynie zauważyć, że "Cyborgi" i "Gangi" są skrajnie różniącymi się od siebie pozycjami, tak treścią jak i formą, dlatego fan "Gangów" raczej "Cyborgi" oleje i na odwrót. Być może stąd różne opinie na temat obu pozycji. Tak czy siak nie chcę uczestniczyć w jakichś gildiowych klikach i kołach wzajemnej adoracji i nie wnikam, czym dana osoba się kieruje, pisząc taki a nie inny komentarz. Szkoda mi czasu na bzdury.

Wędrówki po Mieście CyborgówNie do końca się z tym zgadzam. W epizodzie "Tojfel i zaklęta kotłownia" prezentujesz sposób narracji charakterystyczny dla "Gangów", zaś "Rumplogłowi" stanowią jakby preludium do Twojego drugiego komiksu. Prace te są także zbliżone pod względem graficznym.

Być może te opowieści mają ze sobą trochę wspólnego (np. to, że opowiadają o ludziach marginesu społecznego), ale nie wiem, czy fan "Gangów" znajdzie coś dla siebie w którymkolwiek z epizodów Cyborgów. "Tojfel" i "Rumplogłowi" to komiksy w stylu S-F, ich akcja toczy się w bliżej nieokreślonym miejscu i czasie. Fabuła "Gangów" umiejscowiona jest za to w konkretnej polskiej rzeczywistości. "Gangi" są opowiedziane w bardzo, ale to bardzo prosty sposób, za to "Cyborgi" to moje że tak powiem odpłynięcia, często zrozumiałe tylko dla mnie, stworzone całkowicie spontanicznie pod wpływem muzyki Kata czy Dimu Borgir.

No i "Gangi" to z założenia komiks humorystyczny, czego o "Cyborgach" powiedzieć raczej się nie da.

Od pewnego czasu modny staje się termin "powieść graficzna". Czy "Gangi" są właśnie czymś takim? Wszak spełniają wszystkie warunki.

Sam termin "powieść graficzna" nie jest chyba zbyt udany i oddający istotę rzeczy. Alan Moore twierdzi, ze nazwa komiks mówi o wiele więcej i powinna w zupełności wystarczyć i ja się z tym generalnie zgadzam. Zresztą nazwa taka czy inna ma dla mnie drugorzędne znaczenie.

Zamierzam kontynuować epizody z "Gangów", w szczególności skupić się na odcinkach "Ołtsajderów". Co mogę powiedzieć o tym komiksie? Są to opowieści z życia wzięte, wszystkie osoby i wydarzenia są w stu procentach realne (oczywiście to tylko ciekawostka, no bo takie sytuacje mogą się wydarzyć wszędzie). Materiału mam na 10 lat rysowania, a życie wciąż dostarcza mi nowych tematów.

Tak czy inaczej jeszcze za wcześnie, by próbować klasyfikować czy szufladkować ten komiks. Na razie się rozkręcam, sam nie wiem, w jakim kierunku to wszystko zabrnie, na ile rysuję dla siebie, a na ile kieruję swoją twórczość do konkretnych odbiorców. Dlatego może za jakiś czas, przy okazji piątego z kolei albumu wrócimy to tego pytania.

Skąd czerpiesz inspiracje do swojej pracy?

No, z tym jest różnie. Duży wpływ miały na mnie kino, literatura i komiks. Za młodu chodziłem do kina na rozmaite terminatory, madmaksy i robokopy, zaczytywałem się "Conanami" Howarda, potem "Wiedźminami" Sapkowskiego. Komisy połykałem w całości, wszystko jak leci, a swego czasu najbardziej się jarałem klimatami Yansa Rosińskiego i "Tajfunami" Raczkiewicza.

Jak wcześniej wspominałem, nieraz inspiruje mnie muzyka (swego czasu słuchałem sporo zespołów metalowych, które mnie nakręcały do przelewania swoich porąbanych wizji na papier). Obecnie tematy czerpię z życia, nasza Rzeczpospolita Numer Któryś Tam dostarcza ich sporo, co zauważyło i wykorzystuje wielu naszych twórców. I myślę, że taka tematyka najbardziej interesuje polskich czytelników.

"Wędrówki" są komiksem postapokaliptycznym, czystą fantazją. "Gangi" z kolei to komiks realistyczny aż do bólu. Skąd taki rozrzut zainteresowań?

To, co robię w tej chwili, to bieg na orientację. Próbuję różnych stylów, różnych technik, różnych motywów. Myślę o znalezieniu jakiegoś kanonu, w którym mógłbym się swobodnie poruszać. Na razie jest o wiele za wcześnie i mam zbyt mało publikacji na koncie, by zawężać swoje zainteresowania do konkretnych tematów, wprost przeciwnie, cały czas staram się poszerzać "horyzonta".

Jeszcze dziesięć, piętnaście lat temu podobna sytuacja miała miejsce na rynku fantastyki. Rocznie ukazywało się zaledwie kilkanaście książek rodzimych autorów (nierzadko pod pseudonimami), a hurtownicy na widok książki z polskim autorem reagowali nerwowym śmiechem. Dziś książki Sapkowskiego czy Pilipiuka biją rekordy popularności, a w zeszłym roku ukazało się ponad 40 premierowych pozycji polskich pisarzy. Jeśli dodać do tego kilkaset opowiadań w kilku branżowych magazynach, to liczby robią wrażenie. Jak uważasz, co należałby uczynić na komiksowym poletku, by powtórzyć ten sukces? Czy jest to w ogóle możliwe?

Możliwe to jest wszystko, tylko kto miałby to robić? Z tego co widzę, wydawcy są bardziej skłonni wydawać albumy kolekcjonerskie w limitowanych edycjach, a oprócz Mandragory nikt nie próbuje trafić do szerszej grupy czytelników, wydając albumy czy zeszyty w większych nakładach i po przystępnych cenach. To samo dotyczy twórców - bardzo mało powstaje komiksów tzw. środka, klasycznej sensacji, przygody itp., które mogłyby zainteresować większą liczbę odbiorców niż kilkuset maniaków i kolekcjonerów. Przez taką postawę wydawnictw spada jeśli nie czytelnictwo, to na pewno liczba kupujących, bo szary zjadacz komiksu nie jest zainteresowany nabywaniem kolekcjonerskich albumów za powiedzmy 100 zł. Na razie nie wygląda, aby sytuacja miała się zmienić. I nie ma się co dziwić, bo nikt nie będzie ryzykował czasu i pieniędzy, inwestując w mały, nieprzewidywalny rynek, skoro da radę wyjść na swoje, kierując ofertę do konkretnej, wąskiej grupy koneserów.

Ale przecież były próby wprowadzenia na rynek taniego, szeroko dostępnego komiksu. Próbował "Twój komiks" z amerykańskimi superbohaterami, próbowała (i nadal próbuje) Mandragora między innymi z komiksem polskim. Niestety, pierwsze wydawnictwo wycofało się z rynku, drugie w sposób zdecydowany spowolniło ekspansję. Może więc to nie wina wydawców, a czytelników?

Tak, pamiętam rzeczy typu Streetfigter czy Soulsaga itp. Ładnie wydane, po przystępnej cenie, tylko o czym to był komiks i dla kogo? Co ludzi obchodzą jakieś problemy i rozterki mistrzów Wu Szu, czy inne porąbane historyjki dla dzieci? Jak widać, nasi czytelnicy nie są zainteresowani tego typu pozycjami. Trudno też mówić o jakiejkolwiek winie czytelników. Wszak żyjemy w epoce kapitalizmu i to klient decyduje, co ma kupować. Zadaniem wydawców jest trafić w gusta odbiorców, skoro tego nie potrafią, no to niech zwijają majdan, kogo to obchodzi. Wilcze prawa rynku, z którymi jak widać na razie mało kto sobie radzi w tej branży. Można gdybać do woli, no ale ja wydawcą nie jestem i na mechanizmach rynkowych słabo się znam, to w sumie nie mam się co tutaj produkować i uzewnętrzniać, tym bardziej biadolić.

Zarówno seria zeszytowych "Osiedli", jak i nowy "Żbik" czy "Strażnicy orlego pióra" to porażki. Może więc odpowiedzialność za znikome zainteresowanie komiksem rozkłada się też na twórców?

Jak wspominałem, wydaje mi się, że polskiego czytelnika najbardziej interesują komiksy o naszej rzeczywistości. Komiksiarz (także pisarz czy filmowiec) ma tu bardzo szerokie pole do popisu, jako że życie nie oszczędza nam atrakcji. I powstało na ten temat już sporo dobrych komiksowych pozycji, (Wilq, Likwidator, produktowe OS, "Ucieczka do miasta", "Opowieści na sygnale" itp.). Autorzy powinni chyba skupić się na takich właśnie historiach ("Ucieczka do miasta" to dla mnie jedna z bardziej udanych serii). Śledziu ma na koncie kilka dobrych komiksów, dlatego nie mam pojęcia, dlaczego w zeszytowym OS poszedł w takim kierunku. Dla mnie jest to komiks o niczym (choć pewnie ta seria ma swoich zagorzałych fanów, w końcu Śledziu to dla niektórych guru i choćby puścił pawia, to mu będą bić brawo). "Żbika" nie czytałem, to się nie wypowiadam, podobno ta jego ostatnia pozycja, zapomniałem tytułu, jest git, jeśli tak, no to może guru zacznie znowu dziabać fajne rzeczy, a nie jakąś popelinę.

Co do "Strażników orlego pióra", to rzecz wygląda szczególnie nieciekawie. Z tego co wiem, zeszyty te były skierowane do młodzieży szkolnej w celach edukacyjnych, a tu wyszła dupa zbita. Chyba dzieciaki wolą obejrzeć kolejną ekranizację lektury, niż czytać to w komiksie, że o książce nie wspomnę. Bardzo źle wróży to komiksowi.

Zajmujesz się również animacją. Widziałam Twoje filmy "Stepy akermańskie" i "Polskie drogi". Prosta kreska w animacji przypomina nieco kreskę z "Gangów". Czy jest szansa, że zobaczymy kiedyś animowane "Gangi", np. dołączone jako bonus do komiksu?

Przygodę z animacją zacząłem kilka lat temu, na piątym semestrze bodajże. To było nowe doświadczenie, strasznie się wtedy pamiętam napaliłem i przy tej okazji powstało kilka moich sztandarowych pozycji krótkometrażowych, którymi do tej pory szpanuję przed laskami. Ale z czasem przerodziło się to w zwyczajną zabawę, hobby, do którego sobie wracam od czasu do czasu, tak dla odprężenia. Nie mam w tej dziedzinie wielkich aspiracji i osiągnięć jak Bagiński czy Dumała. Zresztą nie jestem nawet jakimś grafikiem komputerowym czy flaszowcem.

Animacja jako dodatek do komiksu? Czemu nie? Jak się wyrobię, to na MFK powinienem mieć jakiś krótki filmik czy dwa.

Jaki jest Twój stosunek do coraz liczniej pojawiających się w kinie ekranizacji komiksów? Które ekranizacje uważasz za udane?

Uwielbiam filmy Tima Burtona, dlatego jego dwa "Batmany" to dla mnie prawdziwa uczta dla zmysłów (zwłaszcza Michelle Pfeiffer w stroju kobiety kota, che, che). Od razu zaznaczę, że nie bardzo lubię bohaterów w trykotach (tak w filmie jak w komiksie), ale Batmana jako tako trawię. No i Burtonowa wizja Gotham bardzo mi podeszła, nie wspominając o zajefajnej obsadzie (Nicholson jako Joker i De Vito jako Pingwin są super bez dwóch zdań). Pozostałe trzy nie-Burtonowe ekranizacje Batmana to gnioty, na czele z Begins, nie chciało mi się tego do końca oglądać. To samo powiem o Speidermanie - Piter Parker (czy jak mu tam) dla mnie zawsze była cipa, filmy i komiksy z nim są dobre dla średnio rozgarniętych dzieci.

Punisher to zupełnie co innego, tego kolesia bardzo lubię. Najbardziej mi się podobał film z lat 80. z Dolphem Lundgrenem (tam zrezygnowano z trupiej czachy na klacie i Lundgren śmiga w skórzanym stroju motocyklisty - jest to najlepszy wizerunek Paniszera, jaki widziałem. Ta nowsza ekranizacja mniej mi się podoba, choć aktor miał fajną furę a la Mad Max.

Sin City i 300 to w pytę pozycje (zwłaszcza Rourke jako Marv). Nie przyczepiam się do Hellboya, (Ron Perlman w roli głównej to strzał w dychę), choć filmowi trochę brakuje klimatu, jaki panuje w komiksach Mika Mignoli. Liga niezwykłych dżentelmenów nie podeszła mi ani trochę. To samo "Immortal" Bilasa - film słaby, za to komiks - wprost przeciwnie.

Przemilczę różne X-Meny, Hulki czy "Fantastyczne czwórki", dla mnie szkoda na to oczu.

Jaki komiks najbardziej chciałbyś zobaczyć na ekranie?

Na pewno "Ranxerox". Podobno były na ten temat jakieś rozkminki, coś gdzieś czytałem, ale na razie widzę, że jest cisza. Tak czy inaczej, może ten projekt zostanie wznowiony. W roli głównej widziałbym Mickeya Rourke'a, a reżyserować mógłby np. Luc Besson.

Zastanawiam się, jak na dużym ekranie wyglądałby "Yans". Oczywiście, ten komiks też wymaga raczej niekonwencjonalnego podejścia, typowe kino Made In Holiłud by się tu raczej nie sprawdziło.

No i czekam na kolejne części "Sin City".

Co dalej z Gangami"? Kiedy kolejne albumy?

Jak wspominałem, trwają rozmowy z Timofem o drugiej części, na tegoroczną MFK-ę. Może coś się uda druknąć w międzyczasie, ale nie wiem, czy jest sens (trzeba to potem gdzieś opchnąć), a w Polsce nasz ćwierćświatek komiksowy żyje od WSK-i do MFK-i i większość pozycji przygotowywana jest na te dwie imprezy.

Jesteś jednym ze współtwórców magazynu komiksowego "B5". Skąd pomysł?

Jadąc na WSK-ę roku pańskiego 2005, spotkałem w pociągu Oszina i Lecha. Zaczęliśmy przy piwie napierdalać na całe polskie środowisko komiksowe i z tej rozmowy wypełzła idea zapełnienia luki na rynku po upadku sławnego "Produktu". Mieliśmy wizję stworzenia ogólnopolskiego magazynu komiksowego na wysokim poziomie, ale wyszła dupa zbita. Przez rok spotykaliśmy się u mnie co tydzień (dołączył do nas Sambor i Wiśnia), były gadki o nakładzie, iesbeenach, iesesenach. kolportażach, chujach-mujach i na tym się w sumie skończyło. Ledwo nam się udało sklecić jakiegoś zina. Program mieliśmy słuszny, ale z takimi ludźmi trudno go realizować.

Jeśli chodzi o ludzi, to w drugim numerze poszerzyliście bazę autorską, a z tego co wiem, akces do projektu zgłasza coraz więcej rysowników. Może problem w tym, że brakuje wam cierpliwości?

Problem naszej ekipy to brak czasu (u większości chłopaków praca, żona, dzieci i do tego nadgodziny w pracy). Trudno w takich warunkach cokolwiek kombinować na dłuższą metę. Udało nam się zaprosić do drugiego numeru sporo artystów z całej Polski, mniej lub bardziej znanych. Być może część z nich da się namówić i do trzeciego numeru, kto wie.

Magazyn "B5" zbiera pozytywne opinie. Prace są na przyzwoitym poziomie, czasem trafi się jakaś perełka. Skąd ten nihilistyczny ton?

Nie wiedziałem, że "B5" zbiera pozytywne opinie, z tego co widzę, to pies z kulawą nogą się nie interesuje tematem (względnie to ja się mało interesuję losami magazynu, w końcu mam ważniejsze rzeczy na głowie, np. jak dużą krechę zrobiłem w knajpie w ostatni piątek i kto to teraz odda). Poziom drugiego numeru na pewno zawyżają nasi goście, w tym sławy polskiego komiksu jak Cabała, Pałka czy Pyzik. No, ale co dalej wyniknie z tego projektu, nie wiadomo.

Mówisz o braku zainteresowania "B5", ale równie małe zainteresowanie wzbudzają inne ziny, takie jak "Tfur", "Jeju" czy "Kolektyw". Jak sądzisz, z czego to wynika?

"Jeju" czy "Tfur" na pewno mają jakąś grupę fanów, może ich liczba na razie nie powala na kolana, no ale nie od razu Kraków zbudowano. Generalnie w Polsce jest bardzo małe, wręcz znikome zainteresowanie komiksem, tak rodzimym, jak i zagranicznym. Z czego to wynika? No cóż, nad tym problemem głowią się ludzie związani z komiksem już od upadku PRL-u, kiedy to jeden po drugim zaczęły padać czasopisma i wydawnictwa. Polacy po prostu przestali interesować się komiksem. Ale z tego co wiem, to większość naszych rodaków nie czyta również książek. Teatry, muzea, filharmonie itp., podobno też nie są tłumnie nawiedzane. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, może ma na to wpływ sytuacja socjalno-bytowa? Społeczeństwo jest poirytowane, zwykli obywatele częściej zaglądają do kieliszka, niż oddają się wyszukanym rozrywkom kulturalnym (wiem po sobie, che, che).

A może po upadku wszystkich magazynów komiksowych nadeszła pora na rzeź zinów? Może nie są już nikomu potrzebne?

Aż tak czarno tego nie widzę. Co prawda w Polsce nie ma co inwestować czasu i pieniędzy na wysokonakładowe czasopisma i albumy komiksowe, ale 100-200 sztuk takiego czy innego zina zawsze można opchnąć. Dlatego grupy mniej lub bardziej znanych twórców bez problemu mogą od czasu do czasu skrzyknąć się i wydać coś we własnym zakresie, choćby tylko jednorazowo. Koszt druku czarno-białego nie jest duży, rysować ostatecznie można z doskoku w wolnej chwili, kilku entuzjastów rodzimej twórczości na pewno się znajdzie. W końcu jakieś tam zainteresowanie komiksem u nas jest, mimo ogólnie nieciekawej sytuacji dla tego medium.

W ciągu kilku pierwszych miesięcy tego roku do redakcji "MF" spłynęło kilkaset opowiadań i tylko trzy (!) shorty komiksowe. Teraz Ty mówisz o problemach z wypełnieniem zawartości "B5", a z tego co się orientuję, inne pisma także nie cierpią na nadmiar materiałów. Jeśli dodać do tego, że na WSK premierę miało zaledwie kilka albumów polskich autorów, to pytanie nasuwa się samo: czy to już agonia polskiego komiksu?

Z tego co wiem, wspomina się o renesansie polskiego komiksu. Fakty jednak zdają się wskazywać na coś wręcz przeciwnego, ale z tą agonią jeszcze bym się wstrzymał. Prawda, że ukazuje się coraz mniej tytułów, ogólnopolskie konwenty coraz bardziej podupadają ze swoją ofertą. No, ale jeszcze coś tam polskiego się wydaje i to na profesjonalnym poziomie (choćby taki "Biocosmosis"). Czyli dna jeszcze nie osiągnęliśmy.

Jeśli chodzi o materiał do "B5", to może nie tyle mamy problem z zapełnieniem 80-100 stron, tylko nie ma kto poszukiwać i werbować ludzi, składać tego na kompie do druku, łazić po drukarniach itp. To wymaga czasu, a ktoś, kto pracuje i utrzymuje rodzinę, nie ma go za wiele. Problem polskich twórców polega głównie na tym, że komiks jest dla większości pracochłonnym hobby, a na pewno nie jest źródłem stałego dochodu. Czyli każda inicjatywa prędzej czy później jest skazana na śmierć naturalną, w momencie gdy twórca musi się zająć po prostu życiem, zmaganiem z twardą rzeczywistością. Nic nie wskazuje na wielkie a pozytywne zmiany w najbliższym czasie w tej dziedzinie. Wiem, że kilku rysowników olało naszą ojczyznę i robi furorę na zachodzie Europy, i wydaje się to na razie jedynym sensownym rozwiązaniem, jeśli ktoś poważnie myśli o działalności komiksowo-zarobkowej. Czyli komiks polski rules, ale nie w Polsce.

Mimo dobrej passy fantastyki w ostatnich latach wyłącznie z jej pisania utrzymuje się w Polsce zalewie kilku pisarzy. Jeden z nich, Andrzej Pilipiuk, w ubiegłym roku wydał trzy powieści, kilka opowiadań, garść felietonów. Zanim do tego doszedł, minęło wiele lat ciężkiej pracy. Wytłumacz mi proszę, jakim cudem z komiksów ma się utrzymać rysownik, który tworzy jeden album na kilka lat (większość naszych rysowników w ogóle nie zadała sobie trudu, by narysować choć jeden pełnometrażowy album czy ze dwa nie do końca przemyślane shorty na krzyż).

Taki rysownik w żaden sposób nie może się utrzymać z komiksu, to oczywiste. Ale nawet jakby wydawał trzy-cztery razy w roku, nie ma możliwości na tym zarobić. Z tego co wiem, standardowy nakład komiksu to 200-500 egzemplarzy (jeśli autor ma nazwisko, nakład może być nieco większy). Ile wydawca może zapłacić rysownikowi w takiej sytuacji, żeby nie dołożyć do interesu? Na pewno nie tyle, żeby obaj mogli na tym wyjść do przodu, nawet jeśli większość nakładu sprzedadzą. Nie wiem, czy komukolwiek się udała taka sztuka, nawet z tych znanych i uznanych. Po prostu koszt druku jest zbyt wysoki, a zbyt mała jest liczba kupujących. Jak to mówi ludowe przysłowie: wyżej dupy nie podskoczysz.

Czy jest coś takiego jak środowisko komiksowe?

Jeśli jest jakieś środowisko komiksowe w Polsce, to bardzo niewielkie. Byłem na konwencie w Łodzi i w Wawie, to widziałem już wszystkich polskich twórców i większość czytelników, che, che. Nie wiem, czy można tę nieliczną grupę ludzi nazwać środowiskiem w pełnym tego słowa znaczeniu. No, ale spotkałem się z takim określeniem (na Gildii zdaje się jest nawet jakiś temat o tymże zjawisku), więc w sumie nazwa dobra, jak każda inna. Na pewno wiele dobrego nie mam do powiedzenia o tych ludziach (kiedy przypomnę sobie ataki na mój debiutancki album). Zauważyłem, że wszyscy w kółko łażą i płaczą, że nikt nic nie rysuje, nie wydaje, itd. itp. Gdy natomiast pojawi się zapowiedź jakiegoś mało znanego twórcy, wtedy wszyscy rzucają się jak psy, by mu równo dopierdolić z każdej strony. Nie wiem, czemu ma służyć taki proceder, ale ludzie tego pokroju nie wzbudzają u mnie sympatii, ze Śledziem na czele, który już dwukrotnie był łaskaw wyrażać nader krytyczne opinie na temat mojej komiksowej działalności (a nawet moich spraw prywatnych), tak jakbym z zapartym tchem oczekiwał, co powie "guru" i mistrz wszelkich dziedzin, których się tknie.

Może dlatego, że komiksiarze (twórcy, recenzenci, fani) to rozproszona grupa, jest przez to pozbawiona jakiejkolwiek siły?

Problem tej grupy to bezustanne antagonizmy i antypatie wśród określonych osób i kół, jakie obserwuję. Trudno, żeby takie towarzycho miało jakąkolwiek siłę przebicia w jakiejkolwiek dziedzinie. Raczej przyczynia się to do rozpierdalania polskiego komiksu, który i tak jest w marnej kondycji.

B5 - 2Czy to możliwe, aby wokół "B5" zacząć integrować przynajmniej część środowiska?

Jak powiedziałem, polskie środowisko komiksowe to mi lata koło pyty. Interesują nas zdrowe relacje z ludźmi zajmującymi się komiksem, a nie tworzenie nowej kliki. Przy okazji drugiego numeru "B5" czy "Gangów" miałem okazję poznać kilka osób, z którymi można było wypić piwo i normalnie porozmawiać. Wspominałem, że Maćkowi Pałce zawdzięczam wydanie "Gangów" przez Timofa, jesteśmy w kontakcie i na pewno jeszcze coś razem będziemy dłubać (z tego co wiem, to ostatnio Pałka z Samborem kombinują jakąś współpracę). Poznałem obu braci Zychów, być może uda się ich namówić do publikacji w trzecim numerze "B5". Paweł Pyzik być może też pojawi się u nas. Z Nikodemem Cabałą znamy się już od jakiegoś czasu, tylko on cały czas narzeka, że za dużo chlamy.

Słowem, z kilkoma twórcami układy mamy nie najgorsze, myślę, że jeszcze coś z tego pozytywnego wyniknie. I jebać polskie środowisko komiksowe (zwłaszcza Aleję Komiksu mam bardzo głęboko w dupie.

Jakie warunki musiałby być spełnione, aby taka integracja miała miejsce i abyśmy, powiedzmy za kilka lat mieli Radomskie Spotkania Komiksowe?

To jest raczej bardzo mało realne. No, chyba że byłaby z tego jakaś kasa, w miarę sensowna. Wszystko rozbija się o pieniądze. Mało kto będzie marnował czas i siły charytatywnie i dla idei. Po drugie, należy sobie zadać pytanie, czy jest aż tak wielkie zapotrzebowanie na tego typu imprezy, żeby organizować jeszcze jedną w Radomiu? Z tego co pamiętam, kombinowano coś swego czasu w Lublinie i chyba niewiele z tego wyszło. Oczywiście, nigdy nie należy mówić nigdy. Chłopaki snują jakieś wizje na temat Radomskich Spotkań Komiksowych, ale ja w to nie wierzę. Gadać łatwo, a wziąć się do roboty już niekoniecznie.

Na razie w "B5" niepodzielnie rządzą krótkie shorty komiksowe. Czy jest szansa, że zaczniecie puszczać w odcinkach dłuższe formy komiksowe?

Raczej nie. Chłopaki ledwo dają radę zrobić kilka stron komiksu raz na pół roku. Wszystko robione jest na ostatnią chwilę, nigdy do końca nie wiadomo, czy się wyrobimy, trzeba zawsze czekać na jednego i drugiego. Do dupy z taką robotą i z taką ekipą.

Niebawem ukaże się trzeci numer. Czym zaskoczycie czytelników?

Czy się ukaże, to się jeszcze okaże, che, che. Na razie zaskakujemy czytelników tym, że w ogóle się ukazujemy.

Czy oprócz "Gangów" i shortów do "B5" pracujesz jeszcze nad jakimś innym komiksem?

Mam oczywiście mnóstwo pomysłów, projektów... Ale na razie dziabię "Gangi 2" i "Ołtsajderów". Próbuję po prostu zainteresować polskich odbiorców tym, czego według mnie najbardziej oczekują po rodzimej twórczości. Czy mi się to uda, czas pokaże.

A co z projektem pt. "Paniszerka"? Czy w najbliższym czasie jest szansa na album?

Nie myślę na razie o albumie, choć ta postać powstała już jakiś czas temu. Córka Punishera być może niedługo pojawi się w którymś z odcinków "Gangów", gdzie będzie kontynuować krucjatę rozpoczętą ongiś przez Franka Castle. Ale to na razie tak bardziej z doskoku, gościnnie.

Co sądzisz o współczesnym polskim komiksie?

Rzadko sięgam po polski komiks. Powodów jest kilka, finansowy po pierwsze, ale i coraz mniej ukazuje się pozycji, które mi pasują. Jestem Fanem Wilqa i Likwidatora, jeszcze za czasów "Produktu", który to magazyn też regularnie czytywałem, dopóki trzymał poziom. Poza tym jest sporo popeliny, jakichś pseudoartystycznych wynurzeń i uniesień, które to klimaty totalnie olewam. Dlatego jak już nie przepiję wszystkich pieniędzy, wolę sobie kupić kolejny odcinek jakiejś zagranicznej klasyki typu "100 naboi" czy "Kaznodziei".

W ostatnim czasie najbardziej podszedł mi "Chomik zagłady", ta zasiepa totalnie mnie rozjebała.

W jaki sposób, Twoim zdaniem, internet wpłynie na rozwój komiksu?

Internet to dla mnie ułatwiacz relacji międzyludzkich, na przykład na płaszczyźnie autor - wydawca.

No i można pokazywać do woli ludziom swoją dłubaninę, żeby mieć rozeznanie, jak się to komu widzi. Dlatego na pewno net wpływa mniej lub bardziej bezpośrednio na rozwój wszelkich zjawisk, przedsięwzięć i idei, to chyba oczywiste.

Magazyn fantastyczny - 10 - (1/2007)

Redaktor naczelny: Robert Zaręba
Wydawnictwo: Robert Zaręba
Rok wydania polskiego: 5/2007
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: kioski, saloniki
Cena z okładki: 7,99 zł

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus