"Komiks mówi prosto do ciebie" - wywiad z Dave'em McKeanem

Autor: Jerzy Łanuszewski
29 maja 2017

Podczas Festiwalu Komiksowa Warszawa premierę miały Klatki – gargantuiczny komiks Dave’a McKeana, artysty znanego w Polsce głównie ze współpracy z Neilem Gaimanem. Twórca był gościem stołecznej imprezy i udało nam się przeprowadzić z nim krótki wywiad.

Dave McKean w Warszawie.
Foto: Kamila Kowerska
 

Kiedy zorientowałeś się, że chcesz zostać artystą? Jakie były początki twojej kariery?

Kariera, tak na poważnie, zaczyna się w ostatnim rok szkoły artystycznej, kiedy prawdziwy świat jest tuż za rogiem. Ale rysować chciałem od zawsze – odkąd byłem bardzo mały. Więc rysowałem, rysowałem niemalże bez przerwy, a przy tym też grałem. Moim wielkim wyborem życiowym, za czasów nastoletnich było: muzyka czy sztuka? A może połączyć je jakoś. Wybrałem szkołę artystyczną, ale wciąż grałem w zespołach. Jednak to właśnie w szkole artystycznej człowiek odkrywa w jaki sposób może wpasować się w rzeczywistość i jak przekonać innych, by dali ci pieniądze za rysowanie.

Wszedłeś do biznesu komiksowego w latach ‘80. Jak to wtedy wyglądało?

To był wspaniały okres! Wyglądało to jak Hollywood w latach ‘70, kiedy studia upadały, a nowi reżyserzy, tacy jak Martin Scorsese i Steven Spielberg wchodzili do gry i mówili: wiemy co zrobić, wiemy jakie filmy ludzie chcą oglądać – dajcie nam pieniądze. Tak właśnie to działało w przemyśle komiksowym w latach ‘80. Była niewielka grupa twórców na Wyspach Brytyjskich, ludzie którzy kochali komiks, ale rozleniwili się, bazowali na nostalgii, spoglądali tylko w przeszłość. A my chcieliśmy patrzeć szerzej! Chcieliśmy wrzucić do komiksów wszystko, co nas inspirowało. Więc połączyliśmy nasze siły z amerykańską sceną, która wtedy znajdowała się w stanie zapaści, komiksy słabo się sprzedawały. Mieliśmy sytuację idealną, wariaci odpowiadali za zamówienia – to były cudowne czasy: od 1986 do mw. 1992 roku.

Tzw. "brytyjska inwazja".

Tak, mówili na to "brytyjska inwazja", ale tak naprawdę powstawało wtedy mnóstwo fantastycznych produkcji: francuskie komiksy przechodziły w tamtym czasie rewolucję, widziałem niezwykłe hiszpańskie komiksy – np. grupy Medios revueltos. Były niesamowite! Wszędzie powstawało coś nowego. Ludzie mówią o "brytyjskiej inwazji", bo miała największy wpływ na amerykański rynek, ale ja inspirowałem się komiksami zewsząd.

W takim razie jakie były twoje najważniejsze inspiracje?

Kiedy byłem dzieckiem, kochałem wszystkie te rzeczy, które dzieci kochają. Uwielbiałem komiksy, superbohaterów, pasjonowałem się historiami, które tworzyli Jack Kirby, Steve Ditko, Neal Addams, Bernie Wrightson i inni. Lubiłem science-fiction. W szkole artystycznej moje horyzonty się znacznie poszerzyły. Zacząłem szukać malarzy i grafików, którzy nie tworzyli abstrakcji, ale ich prace zawierały w sobie mnóstwo ekspresji. Trafiłem na obrazy pełne emocji. To byli tacy artyści jak Egon Schiele, Francis Bacon, David Hockney, Paul Nash (o którym niedawno zrobiłem komiks – Black Dog) i podobni twórcy. Ale inspirowałem się też twórcami filmowymi – z każdego kraju, z każdej epoki. Kocham nieme filmy!

Jest też niewielka grupa amerykańskich artystów, o podobnym spojrzeniu na sztukę i komiks do mojego: Kent Williams, George Pratt, Jon J. Muth, Bill Sienkiewicz.

Oczywiście to się cały czas zmienia. Mój gust się zmienia, bez przerwy znajduję nowe rzeczy. Na przykład takich twórców jak José Antonio Muñoz czy Lorenzo Mattotti – uważam, że ich dzieła są genialne. W zeszłym roku odkryłem Cyrila Pedrosę. Fantastycznie rysuje! Ciągle odnajduję nowych ludzi, którymi mogą się inspirować. Ta lista nigdy się nie kończy.

Jesteś artystą, który tworzy w wielu dziedzinach sztuki. Filmy, ilustracje, okładki płyt – czy komiks jest dla ciebie czymś szczególnym?

Komiksy to moja pierwsza miłość, więc tak – są dla mnie czymś szczególnym. Mam nadzieję, że do końca życia będę wracał do robienia komiksów. W czasie kiedy zajmowałem się innymi rzeczami, to i tak zawsze przy tym tworzyłem też komiksy. Nawet jeśli były to krótkie historyjki robione wyłącznie dla siebie. Ostatecznie pewnie trafią do któregoś zbioru takich opowiadań.

Nigdy nie przestanę robić komiksów. To bardzo potężne medium. Bardzo osobiste. Ponieważ jest to książka – to nie film, który odbierasz w towarzystwie całej grupy ludzi. Relacja jest osobista i cicha. Komiks mówi prosto do ciebie, słyszysz głosy postaci w twojej głowie. Dobre rysunki sprawiają, że zaczynasz wyobrażać sobie dźwięki, być może nawet słyszysz muzykę. Wtedy rodzi się bardzo prywatna więź. Nie jest tak jak w przypadku powieści, gdzie nie masz tej graficznej intymności. Tam jest tylko tekst – co też jest świetne, uwielbiam powieści – ale komiks daje ci to zaskoczenie, kiedy widzisz obraz, który wywołuje śmiech się lub szokuje cię. Komiks jako medium pozwala doskonale oddać emocje.

Opowiedz proszę o tym jak powstawały Klatki. Jak wyglądał proces powstawania tak opasłego komiksu?

Całość tworzyłem przez sześć lat, ale w tym okresie pracowałem też nad innymi projektami. To pierwszy dłuższy komiks do którego napisałem scenariusz. Proces pisania był trochę nietypowy – zapełniłem mnóstwo karteczek, porozkładałem je na stole, żeby zobaczyć całą historię i ułożyć ją w odpowiedniej kolejności. Dzięki temu zobaczyłem najważniejsze wydarzenia w fabule, potem musiałem jeszcze ustalić w jaki sposób to wszystko się połączy, jak kolejne sceny będą następowały po sobie. Trzeba było pobawić się tym wszystkim.

Rysowanie jednej strony zajmowało mi mniej więcej dzień pracy. Wszystkie postacie szkicowałem bardzo szybko, ale wielokrotnie, tak żeby dobrze wyczuć danego bohatera. Czasami używałem zdjęć referencyjnych, posiłkowałem się aktorami, żeby ustalić, w jaki sposób ludzie siedzą, zapalają papierosy – to sytuacje, o których bym nie pomyślał, więc dobrze było mieć wkład z zewnątrz. Wtedy sobie pewne rzeczy zmieniałem i rysowałem zgodnie z moją wizją. Starałem się dopasować styl graficzny do danych emocji. Niektóre części albumu są więc narysowane w zupełnie innej manierze. Nie bez powodu – albo są to historie w historii, albo właśnie sceny, gdzie emocje muszą być wyrażane w odmienny sposób.

Czy uznałbyś to za swoje opus magnum?

Mam nadzieję, że nie! Chciałbym jeszcze coś stworzyć!

No dobrze – a dotychczasowe opus magnum?

Na pewno jest to publikacja bardzo ważna dla mnie. Jak już mówiłem, to był pierwszy dłuższy komiks, który napisałem samodzielnie (wcześniej były tylko shorty). I od tego czasu właściwie nie zrobiłem kolejnego podobnego komiksu. Narysowałem potem niemy album – Celluloid, a teraz pracuję nad kolejnym – Caligaro. Jednak wtedy Klatki były dla mnie bardzo ważne.

O czym będzie Caligaro?

To będzie długi komiks – tak długi jak Klatki. Fabuła jest inspirowana Gabinetem Doktora Caligari, ale całość przepisałem na nowo. Nie chcę robić adaptacji. W filmie mieliśmy wędrowne wesołe miasteczku, u mnie będzie kino objazdowe. Kino przybywa do miasteczka i wszyscy, którzy uczestniczą w wieczornych seansach zostają powoli zahipnotyzowani. To jest podstawa. Oryginalny film został napisany przez dwóch autorów: Carla Mayera i Hansa Janowitza. Ich historia była anarchistyczna – to były lata ‘20 i twórcy chcieli wyrazić te czasy. Fabuła miała być więc amoralną, anarchistyczną opowieścią kryminalną. Potem dostał to reżyser – Robert Wiene – i dopisał początek oraz zakończenie, które kompletnie zmieniały wydźwięk obrazu i usuwały z niego anarchię. Jednak wciąż było to świetne zakończenie – pierwszy wybitny finał z twistem w historii kina. Dlatego kocham oba zakończenia. To były lata ‘20 – teraz mamy inne czasy, ale czujemy prawie to samo szaleństwo, niepokój i chaos, które były wtedy. Chcę pokazać coś, co będzie wyrażało ducha dzisiejszej epoki. Kocham ideę zakończenia z twistem, więc dopisałem kolejne. Będę miał więc dwa.

Chciałbym teraz spytać o Neila Gaimana, z którym zrobiłeś wiele komiksów i książek. Jaka jest wasza wspólna historia? Jak się poznaliście?

Kiedy zaczynaliśmy, Neil pracował jako dziennikarz, ja kończyłem szkołę artystyczną. Obaj kochaliśmy komiksy i chcieliśmy zajmować się tym zawodowo. Pracowaliśmy wtedy przy magazynie "Borderline", który ostatecznie nigdy się nie ukazał. Działali tam też inni komiksowi ludzie: Mark Buckingham, D’Israeli. Neil pisał scenariusz, ja też pracowałem nad komiksami. W końcu nic z tego nie wyszło, ale spotykaliśmy się co miesiąc w Londynie i wymienialiśmy pomysły pokazywaliśmy nasze plansze, to nad czym pracowaliśmy. I tak się zaczęło. Kiedy Neil napisał Drastyczne przypadki, które wtedy było opowiadaniem, ja zmieniłem to w komiks. Paul Gravett, angielski wydawca powiedział, ze chce to opublikować. Pokazaliśmy to potem redaktorowi w DC i dostaliśmy tam pracę. Mieliśmy szczęście.

A jak ci się pracowało z Richardem Dawkinsem przy Magii rzeczywistości? Jak rozpoczęła się wasza współpraca? On się zgłosił do ciebie, ty do niego, czy skontaktował was wydawca?

Od dawna kochałem książki Dawkinsa, jestem miłośnikiem jego twórczości, jego racjonalnego podejścia do życia. Czytałem w kilku wywiadach z nim, że chce zrobić książkę dla dzieci, dla młodych czytelników, która miałaby być dla nich wstępem do nauki i krytycznego myślenia. Ale nic nie wskazywało by miała się ukazać. Spytałem więc mojego agenta, z kim mam porozmawiać, a on umówił mnie z agentem Dawkinsa, Johnem Brockmanem. Brockman lubił moje prace – polecił mnie Richardowi. Jego asystent znał wcześniej moje grafiki i był fanem, więc jak tylko zobaczył moje nazwisko, podsunął mnie Dawkinsowi. Richard kompletnie nie znał się na sztuce, ani ilustracji i to było pierwsze, co mi powiedział, kiedy się spotkaliśmy. Ale bardzo chciał zrobić ilustrowaną książkę. Zasugerował to wydawcy, jednak nic wtedy z tego nie wyszło – głównie dlatego, że nie miał wtedy jeszcze do końca sprecyzowanej wizji. Przejrzeliśmy więc razem jego notatki i jeden pomysł naprawdę mi się spodobał – seria pytań o świat i jego funkcjonowanie. Odpowiedź na każde pytanie zaczynała się od wyjaśnienia wynikającego z mitów, legend, folkloru, teologii, co było świetne, bo dawało mi wiele radości z rysowania tych wszystkich rzeczy. Potem jednak następowało solidne naukowe wyjaśnienie i to wymagało ode mnie, bym zilustrował to jeszcze bardziej intrygująco. Dawkinsowi też to przypadło do gustu. Napisał dla mnie próbny rozdział (o tęczy), zrobiłem pierwsze ilustracje i poszliśmy z tym do agenta. I agent momentalnie to sprzedał! Pewnie dlatego, że mieliśmy obrazki – ludzie od razu mieli przykład, czym ta książka będzie.

Dziękuję za rozmowę.



blog comments powered by Disqus