Kapitan Kloss

Autor: Maciej Szatko
11 września 2012

Seria „Kapitan Kloss” powstała w Polsce na zlecenie Szwedów, którzy już wcześniej, w latach sześćdziesiątych, zamawiali u nas z myślą o swoim rynku komiksowym produkcję popularnych albumów zwanych „Klassikerami”, których druk w Polsce była tani i dla obu stron bardzo opłacalny. Była to jedna z prostych i łatwych metod na zdobycie dewiz, których nasz kraj bardzo potrzebował. Doskonale wiedział o tym Alfred Górny, nieżyjący już szef wydawnictwa „Sport i Turystyka”, będący w ówczesnych czasach kimś, kogo dzisiaj określonoby mianem prężnego menadżera. O tym jak bardzo przedsiębiorczym był człowiekiem świadczyć może fakt, że jest on m.in. wymieniony obok Arnolda Mostowicza i Bogusława Polcha na okładce albumów serii „Bogowie z gwiazd”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jej faktycznymi autorami są jedynie dwaj wymienieni twórcy (odpowiedzialni za warstwę tekstową i graficzną albumów), zaś Górny zajmował się jedynie kontaktami z inwestorem projektu, czyli w tym wypadku z Niemcami. Nie zmienia to faktu, że zawdzięczamy mu powstanie dwóch niezwykle popularnych, znanych w całej Europie (i nie tylko) serii komiksowych, czyli wspomnianych już „Bogów z gwiazd” i właśnie „Kapitana Klossa”.

O konkursie na rysownika tej ostatniej długo nie było wiadomo praktycznie nic, dopiero Mieczysław Wiśniewski kilka lat przed śmiercią podzielił się swoimi wspomnieniami z tego wydarzenia w wywiadzie udzielonym Bartoszowi Kurcowi na potrzeby jego książki „Trzask prask” (zobacz). Można się z niego dowiedzieć, że konkurentami Wiśniewskiego do zdobycia przedmiotowego zlecenia byli tak popularni graficy jak: Szymon Kobyliński (autor m.in. trzech albumów „Przygody pancernych i psa Szarika”, czy pierwszego polskiego „pełnometrażowego” powojennego komiksu, zatytułowanego „Stary zegar”), Jerzy Wróblewski (jeden z najbardziej płodnych polskich rysowników komiksów, autor m.in. ponad połowy zeszytów z serii „Kapitan Żbik”), czy Grzegorz Rosiński (kolejny autor „Żbika”, który rozpoczynał właśnie imponującą karierę jednego z najbardziej popularnych europejskich rysowników). Można mieć spore wątpliwości co do słów Wiśniewskiego – w tym samym wywiadzie przyznaje się on m.in. do bycia autorem wszystkich okładek komiksów o Klossie, co – jak udowodniłem już kiedyś (zobacz post „Okładkowe niuanse”, zamieszczony na forum 4.04.2012 roku przez użytkownika Mefist0) – jest nieprawdą. W maju 2012 roku Grzegorz Rosiński był gościem festiwalu „Komiksowa Warszawa”, a ja postanowiłem wykorzystać moment, gdy opuścił on mury swojego położonego wysoko w górach domu z malowniczym widokiem na zaśnieżone szwajcarskie szczyty i zapytać o wydarzenia z roku 1970, by ostatecznie potwierdził lub zdementował informacje o swoim udziale w projekcie „Kapitan Kloss”. Oto co miał do powiedzenia na ten temat:

Prawda jest rzeczą subiektywną... Być może wydawca przekazał Mieczysławowi Wiśniewskiemu takie informacje. Ale ja znałem Szymona Kobylińskiego, który był wspaniałym człowiekiem i nigdy nie pretendował do żadnego tytułu w „teatrzyku komiksowym”. Pokazywał mi kiedyś wyjęte z szuflady plansze całego umundurowania armii niemieckiej z czasów II wojny światowej. Obawiał się, że nikt mu tego nigdy nie wyda i faktycznie – nigdy się to nie ukazało, a było to coś przepięknego. To były rzeczy, które go fascynowały, dlatego wątpię, żeby on w ogóle kiedykolwiek aspirował do bycia rysownikiem Klossa. Ja także nie miałem takich potrzeb, jedynym komiksem o czasach II wojny światowej jaki zrobiłem była historia „Dziewięciu z nieba”, opublikowana w magazynie „Relax”. To były czasy, kiedy byłem zafascynowany „Kapitanem Żbikiem”, a moim ówczesnym zadaniem było odzyskanie poziomu rysunku z czasów przedlicealnych, który został przeze mnie po studiach na Akademii zapomniany. Przy pierwszym „Żbiku” to było takie badanie dna – należy najpierw dobrze się odbić od niego (wiem co to znaczy, bo kiedyś topiłem się w Wiśle), żeby zaczerpnąć powietrza po wypłynięciu na powierzchnię. Planowałem ostatnio jeden projekt z czasów II wojny światowej, ale niestety zrezygnowałem: po przeczytaniu historii doszedłem do wniosku, że to jednak nie dla mnie. Temat wojenny jest fascynujący, ale nie wystarczy mieć wojnę, żeby stworzyć dobrą historię, zwłaszcza kiedy wiadomo kto kogo zabił. A Stanisława Mikulskiego spotkałem pierwszy raz na Festiwalu Komiksu w Łodzi. W ogóle nie wiedziałem, że był jakikolwiek konkurs na „Kapitana Klossa”!

Grzegorz Rosiński przy pracy (Warszawa, 12.05.2012 roku)

„Kapitan Kloss” ukazał się w wersji książkowej i komiksowej w krajach, w których serial „Stawka większa niż życie” święcił największe triumfy, czyli w Polsce, Czechosłowacji i Szwecji. Zastanawiające są decyzje niektórych zagranicznych edytorów o publikacji takich, a nie innych części komiksu. Wątpliwości nie budzą wydania czechosłowackie i szwedzkie – tutaj zaplanowano druk wszystkich, czyli dwudziestu zeszytów. O ile jednak u naszych południowych sąsiadów udało się to zrobić, to w Szwecji wydano jedynie 19 części serii. Mój szwedzki informator twierdzi, że na przeszkodzie w wydaniu zeszytu pt. „W ostatniej chwili” stanęło nikłe już, w porównaniu z pierwotnym, zainteresowanie tamtejszych czytelników serią. Pomimo zapowiedzi na ostatniej stronie albumu „Farligt vittne”  („Gruppenführer Wolf”), w Szwecji nie ukazała się ostatnia część zatytułowana „Jakten”.

Z kolei wydania norweskie ukazały się pod dwoma tytułami – „Kaptein Koss”(wydawnictwo „Romanforlaget”) oraz „Kaptein Kozs” (opublikowane nakładem „Nordisk Forlag”). Jeden z moich norweskich kolegów nie uzyskał całkowitego potwierdzenia tej tezy, ale najprawdopodobniej ową zmianą chciano uniknąć konotacji z symbolem „SS” – być może wynikły z tego powodu jakieś problemy. O podobne „sympatie” podejrzewano swego czasu nawet członków rockowego zespołu Kiss, nie bacząc nawet na fakt, że dwaj jego liderzy są z pochodzenia ... Żydami. Dlaczego norweska zmiana tytułu serii nastąpiła jednak dopiero po trzecim albumie? Jaki związek miała ona z tym, że kolejne sześć zeszytów wydał już inny wydawca? I dlaczego ukazały się te, a nie inne zeszyty? Na te pytania nie znalazłem, niestety, odpowiedzi. Odkryłem jednak jeden ciekawy aspekt – otóż okazuje się, że zmiana pisowni nazwiska Klossa wprowadzona została w Norwegii tylko na okładce. Po otwarciu pierwszego zeszytu z nowym tytułem serii, zatytułowanego „Jernkorset” („Żelazny Krzyż”), na pierwszej stronie nadal widnieje dumnie napis „KAPTEIN KOSS”. Wynika z tego, że najprawdopodobniej wydawca nie dopilnował szczegółów, a owa zmiana musiała dokonać się w dużym pośpiechu.

Powyższy kadr pokazuje także jedną z bardzo wielu różnic między komiksami a odcinkami serialu – Max Dibelius wymieniony jest tu jako sturmbannführer, gdy z kolei w odcinku filmowym był standartenführerem. Jest to o tyle ciekawe, że scenarzystami serii komiksowej był ten sam tandem, który stworzył serialową „Stawkę”, czyli duet Andrzej Zbych, dlatego dziwić może fakt, że np. dentysta w zeszycie „Wsypa” nazywa się Jan Borecki, czyli tak jak osoba, o której uwolnienie zabiega w filmowej „Wielkiej wsypie” Irmina Kobus.

Uwagę zwraca również drukowana czcionka w wydaniach skandynawskich oraz odwrócone kolory tytułu serii na pierwszych stronach komiksów.

Wydawcy nie uniknęli kilku wpadek, z których najpoważniejszą jest chyba brak tekstu w polskiej wersji zeszytu nr 3, w dymku umieszczonym obok postaci Anny przebranej za Benitę von Henning. Dopiero dzięki wersji czeskiej odkryć można co się w nim powinno znajdować – Anna mówi, że musi założyć jeszcze okulary Benity.

Nie był to jedyny taki przypadek, np. w odcinku „Spotkanie na zamku” także widnieje pusty pasek, zapisany w odcinku skandynawskim, ...

… zaś w polskim „Żelaznym Krzyżu” brakuje onomatopei naśladującej dźwięk telefonu w sypialni Reinera.

W zeszycie „Partia domina” występuje pomyłka związana z wpisywaniem tekstu do dymków – organista, opisując Lizę Schmidt, mówi, że „nosi ona zielone palto i zielony beret”. Owszem, Liza przez cały album nosi zielone palto, ale jej beret jest koloru czerwonego.

Na temat autorów okładek pisałem już w przywołanym wcześniej tekście z forum Klubu Miłośników Stawki (zobacz post „Okładkowe niuanse”, zamieszczony na forum 4.04.2012 roku przez użytkownika Mefist0).

Komiks „Kapitan Kloss” ukazał się łącznie w siedmiu krajach, ale tylko jeden zeszyt wydrukowano we wszystkich z nich – jest nim „Spotkanie z Ingrid”. Trzy zeszyty ukazały się w sześciu językach, sześć – w pięciu, dziewięć – w czterech, zaś tylko Polacy i Czesi mieli możliwość zapoznać się w ostatnim albumie z powojennymi przygodami Klossa. Wprawne oko wychwyci drobne różnice kolorów na okładkach poszczególnych wydań.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół – o ile np. tekst napisany na kartce w odcinku „Wsypa” został przetłumaczony, o tyle wątpię, by „mówiący po fińsku”, a zarazem czytający o „tajemniczej” śmierci generała Wierlingera Reiner zrozumiał dokładnie, o czym traktuje artykuł w gazecie.

Nie sposób nie wspomnieć o wyjątkowym pod każdym względem wydaniu jugosłowiańskim: uwagę zwracają lata publikacji (1978-1979, a więc sporo później od pozostałych), zrezygnowano z popularnego logo serii, trzy zeszyty mają zupełnie inne okładki od swoich odpowiedników w innych krajach, a cztery formę „lustrzanego odbicia”. Jeżeli do tego dodamy, że zeszyty „Spotkanie z Ingrid” i „Ostatnia szansa” mają zamienione grafiki, całość wydrukowano w tonacji czarno-białej, zaś w zeszytach oprócz „Kapitana Klossa” drukowano także inne komiksy, to mamy pełen obraz oryginalności tej edycji.

Mieczysław Wiśniewski był wybitnym malarzem, nie można – niestety – powiedzieć tego samego o nim jako o twórcy komiksowym. Jego rysunek jest czasem zdumiewająco schematyczny, zauważamy, że artysta dysponował przy rysowaniu postaci Klossa dosłownie kilkoma zdjęciami filmowej postaci, którą potrafił do znudzenia przerysowywać w identyczny sposób – bez względu na to, w jakiej sytuacji główny bohater się znajdował. O braku inwencji twórczej rysownika niechaj świadczy fakt, że co kilka stron pojawiają się identyczne prawie kadry, jak np. w zeszycie „Ostatnia szansa”, gdzie zdublowane zostało wnętrze samochodu śledzących Annę gestapowców czy gabinet szefa Gestapo.

Co więcej, niektóre pomysły na postaci zostały dosłownie skopiowane ze stworzonej wcześniej przez Wiśniewskiego także wojennej serii pt. „Podziemny front”.

Mankamentem jest też miejscami błędne zaplanowanie rozmiaru dymków w kadrze, co wypiera rysunek.

Problem stanowi dla rysownika także perspektywa i zachowanie właściwych proporcji.

Również scenarzyści, którzy doskonale sprawdzili się w wersji filmowej, nie do końca zdali egzamin z tworzenia tekstów do komiksu – ze względu na ogrom tekstu rysownikowi niekiedy pozostawało niewiele miejsca na jego zilustrowanie.

Wewnętrzne strony okładek zagranicznych różnią się znacznie od polskich odpowiedników: u nas wypełniała je historia z lat 1939-45, w szwedzkich także można ją odnaleźć, ale okraszona jest ona dodatkowo ciekawymi zdjęciami wojennymi, tudzież fotosami z serialu, lub reklamami całkowicie innych serii komiksowych, jak np. „Fantomen”:

Sporą ciekawostkę stanowią zdjęcia z wizyty Stanisława Mikulskiego w Szwecji (album „Ściśle tajne”).

Wyjątkowym unikatem natomiast jest umieszczona na końcu wydań fińskich i norweskich fotografia serialowego Klossa z sygnaturą „Kpt. Kloss” i autografem Stanisława Mikulskiego, co aktor czynił dość niechętnie i nie jest mi znany żaden inny przypadek złożenia podobnej dedykacji.

Zauważyłem jeszcze jeden interesujący element w wydaniu fińskim. Ostatnim zeszytem wydanym na tamtejszym rynku był „Rautaristi” („Żelazny Krzyż”). Nie mając chyba jednak pomysłu na zagospodarowanie tylnej okładki zeszytu, wydawnictwo „Julkaisija Semic Press Oy” umieściło na niej okładkę „Tajemnicy profesora Riedla”, lecz bez tytułu i zwyczajowego, krótkiego opisu treści. Powyższe braki wyraźnie świadczą o tym, że druk kolejnego albumu nie był już brany pod uwagę.

O komiksach z Klossem w tytule można pisać właściwie bez końca, analizując najdrobniejsze różnice w poszczególnych wydaniach. Seria Mieczysława Wiśniewskiego nadal cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem, o czym świadczą kolejne wydania w coraz to nowej szacie graficznej, na czele z ostatnią próbą Wydawnictwa „Hachette”, które zdecydowało się na wydanie albumów w twardej oprawie, choć po wypuszczeniu kilku pierwszych części projekt został zawieszony. Nie zmienia to jednak faktu, że kapitan Kloss pozostaje bardzo ważnym bohaterem w historii polskiego komiksu, stawianym na równi z kapitanem Żbikiem, Kajkiem i Kokoszem oraz Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem.

Maciej Szatko

Artykuł ukazał się pierwotnie na stronach serwisu Stawkologia.

Kapitan Kloss (Muza) - 10 - Kurierka z Londynu

Scenariusz: Andrzej Zbych
Rysunek: Mieczysław Wiśniewski
Wydawnictwo: Muza S.A.
Rok wydania polskiego: 1/2002
Liczba stron: 32
Format: 175x250 mm
Oprawa: miękka
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN: 83-7319-079-1
Wydanie: II
Cena z okładki: 8,90 zł


blog comments powered by Disqus