Komiksowa saradana - relacja z 28. targów Salon Internacional del Comic de Barcelona

Autor: Tomasz Nowak
9 czerwca 2010

Targowa hala wypełniona wystawami, stoiskami z komiksami, ale nie tylko, tłumy ludzi, atmosfera wielkiego rodzinnego festynu. Tak po krótce można opisać tegoroczny 28 Salon Internacional del Comic de Barcelona. Jednak to jedno zdanie pokazuje w niewielkim stopniu, jak Hiszpanie komiksem się cieszą, jak nim żyją i jakie z tego wnioski mogą płynąć dla nas.

Salon Internacional del Comic de Barcelona to trzecie co do wielkości targi komiksowe w Europie. W tym roku, na blisko 170 stoiskach przez cztery dni (6-9 maja) prezentowali się wydawcy i dystrybutorzy komiksów wszelkiej maści i proweniencji. Znamienne, że wobec ogromnej produkcji hispanojęzycznej, bardzo niewielu sprzedawców proponowało wydania w językach oryginalnych. W sposób zupełnie śladowy zaznaczyła swą obecność manga, jednakże można to zapewne wytłumaczyć faktem, iż w listopadzie jej fani mają w Barcelonie swe osobne święto. Widać, poetyka komiksu japońskiego pozostaje tu raczej w opozycji do produkcji europejskich czy amerykańskich, podobnie zresztą jak u nas.

Najwięksi i zupełnie mali

Najwięksi wydawcy komiksów w Hiszpanii to Norma Editorial, Planeta DeAgostini oraz Panini Comics. Po piętach depczą im lokalne filie Glénat i Marvela. Każdy z nich publikuje ponad trzysta tytułów rocznie.

Podczas Salonu, po wielkości stoisk, od razu dało się zauważyć, kto rządzi na rynku. Na największych proponowano ogromną liczbę tytułów w rozmaitych edycjach - rzeczy nowe i najnowsze, ale również starsze; bestsellery i tytuły przygotowane specjalnie pod gości; wydania standardowe i kolekcjonerskie. Tuż obok największych wydawców równie wielkie stoiska rozłożyli najwięksi w Hiszpanii sprzedawcy - salon Fnac (tamtejszy EMPiK) i SD Distribuciones, biorący również aktywny udział w przygotowaniu programu towarzyszącego. Obecność gigantów nie umniejszała przy tym wcale zainteresowaniu, jakim cieszyły się propozycje oficyn mniejszych, przy których także trwał nieustanny ruch. Podobnie było przy stoiskach wydawców niezależnych, dla których wyznaczono tu specjalny "corner" - swoiste "fanzinowe królestwo", gdzie można było zaopatrzyć się również w oryginalną koszulkę, plakat czy badziola. Wspomniana wcześniej manga obecna była w zasadzie na jednym tylko stoisku, jednakże dość dużym i poświęconym tylko jej.

Wiadomo, że dobra ekspozycja sprzedaje towar. Jednakże w Barcelonie było widać, że dominującą rolę w projektowaniu stoisk odgrywa wśród wystawców ergonomia, za którą w ślad podąża dopiero estetyka. Nic dziwnego, trzeba bowiem pamiętać że Salon to przede wszystkim wielki kiermasz dla czytelników, a nie targi praw wydawniczych. A może to też trochę dlatego, że tak wiele mówi się obecnie o kryzysie dotykającym hiszpańską gospodarkę? Jeśli tak, to świetnie w koniunkturę wpasowało się wydawnictwo El Jueves owijając swoje "stoisko doby kryzysu" głównie w... szary papier pakowy. Tym niemniej, jego opinii o bessie nie podzielają wszyscy, choćby najwięksi tego rynku, którzy mówią, że w sektorze wydawniczym kryzys jest stosunkowo mało odczuwalny. Wynika to z faktu, iż książki to hobby stosunkowo tanie oraz z tego, że ich odbiorcy tworzą wierne audytorium.

Salon w Barcelonie uświadamia ponadto, że komiks nie jest medium zawieszonym w próżni. Na wielu, bardzo wielu stoiskach komiksów nie było w ogóle. Sprzedawano tam natomiast koszulki, figurki, gry, ilustracje, plakaty, zabawki, maskotki, przytulanki, flagi, kubki, breloczki, odznaki, gry, DVD. Gdzieniegdzie można było uzyskać na przykład rysunki czy grafiki - niekoniecznie komiksowe - tworzone na żywo, na miejscu. Zatem obecne było wszystko to, co fana komiksu może zainteresować. Nie przepadkiem ogromne stanowisko testowe zbudował przy tej okazji Microsoft, promujący ostro najnowsze produkty na swego Xboxa 360. Nawet graficiarze mieli do dyspozycji specjalną ścianę, na której mogli popisać się swymi umiejętnościami. A jako, że komiks splata się także z filmem, niemałą popularnością wśród gości cieszył się "oryginalny" samochód Drużyny A, przy którym zdjęcie chciał mieć prawie każdy.

Stałym omalże elementem rozmaitych świąt komiksowych jest udział fanów Gwiezdnych Wojen. W Barcelonie werbunek prowadził hiszpański garnizon Legionu 501 oraz tamtejszy Rebel Legion. O tym, jak głęboko na półwyspie iberyjskim sięga fascynacja gwiezdną sagą niech świadczy fakt, że swoje zdjęcia podpisywał tu Anthony Forrest występujący jako Fixer w Nowej Nadziei... Nie wiadomo, kto to? No cóż, tak się złożyło, że sceny z Fixerem wycięto w montażu. Na szczęście Forrest pojawił się jeszcze jako jeden z sandtrooperów z Mos Eisley. Tak, to jestem ja - usłyszałem dumną deklarację oglądając zdjęcie szturmowca w pancerzu. Pozostało wierzyć na słowo. Drugą gwiezdnowojenną gwiazdą była Nalini Krishan odgrywająca rolę Barrissy Offee. Kto wie, o kogo chodzie - ten wie...

Komiksy

Jak to zwykle przy targach bywa, wydawcy przygotowali do Barcelony mnóstwo nowości. W oficjalnym katalogu znalazło się ich siedemdziesiąt, ale to liczba zdecydowanie niepełna. Podobnie zresztą jak w przypadku nowych fanzinów (w katalogu - 26).

Patrząc całościowo, w dostępnej ofercie tytułowej wyraźnie dominują tłumaczenia z francuskiego i angielskiego. Komiks lokalny, to bardziej wydarzenie, niż norma. Podobnie jak bazujące na nim wyłącznie lokalne oficyny, takie jak Galicia. Zdaniem hiszpańskich wydawców wynika to stąd, iż rynek jest stosunkowo niewielki (sic!), a twórcy pragnący zrobić karierę wolą uderzać w zdecydowanie bardziej obiecujące pod względem sławy i kontraktów rynki Francji i Belgii. Brzmi znajomo?

Kolejnych podobieństw można upatrywać w gustach hiszpańskich artystów i czytelników, którzy za najlepszy lokalny komiks 2009 r., tak pod względem scenariusza, jak i rysunków oraz ogólnie - edycji - uznali czarnobiałą książkę o wojnie domowej w Hiszpanii i konsekwencjach, jakie pociąga ona do dziś w życiu i psychice tych, którzy jej doświadczyli.

Generalnie, choć wydawnictw oficjalnych jest na Półwyspie Iberyjskim z cała pewnością więcej niż w Polsce, to proporcje, miedzy pracami rodzimymi a importowanymi pozostają podobne. Mniej więcej tak samo rysuje się też rola fanzinów, jednakże w ich przypadku uwagę zwraca przede wszystkim wysoki poziom edytorski porównywalny do tego, jaki u nas proponują wydawcy mniejsi, lecz uznawani już za "oficjalnych".

Co istotne, komiks w Hiszpanii dotyka wszystkiego, każdej tematyki. Oczywiście w różnym stopniu, ale są tu albumy nawiązujące na przykład do bieżących spraw politycznych, sportu czy muzyki. Panini uderzyło mocno w ton lokalnego patriotyzmu publikując komiks Herois De La Masia - poświecony Dumie Katalonii - FC Barelona. Opisuje on drogę młodego piłkarza do sukcesu - wymarzonej przez wielu gry w tym utytułowanym klubie. Także, jakby wbrew sceptykom trwa tu moda na komiksowe adaptacje literatury i to zwłaszcza tej popularnej, dla młodszych odbiorców - na stoisku Norma Editiorial dostrzegłem m.in. obrazkową wersję znanego i u nas cyklu o przygodach Artemisa Fowla.

Formą publikacji znaną w Polsce praktycznie wyłącznie "wtajemniczonym", a więc chcącym ją poznać nie-malkontentom lubiącym sięgać po rzeczy nowe, jest art-book. To książki bogato ilustrowane, w których grafika, kolaż czy fotografia często dominuje nad tekstem, stanowiącym jedynie komentarz czy uzupełnienie obrazu. W tej dziedzinie bryluje wyraźnie Norma Editorial, macierzyste wydawnictwo uznanego także i u nas Luisa Royo. Niemniej, art-booki ukazujące się nakładem tejże oficyny, to również prace twórców młodych, nierzadko oryginalnych i niekonwencjonalnych. Do wielu z nich można "zajrzeć" za pośrednictwem sklepu Gildii.

Warto też podkreślić obecność na hiszpańskim rynku niecodziennych edycji tytułów jakoby znanych, ale obdarzonych przez wydawców cechami szczególnymi. W dwóch odmiennych formatach i dwóch różnych oprawach jest tu dostępny cykl Corto Maltese (Norma Editorial). O estymie, jaką na rynku lokalnym cieszy się saga o Sandmanie (DeAgostini), świadczy najlepiej jej wydanie zbiorcze - w czarnej, pseudoskórzanej oprawie z tłoczonymi złotymi literami - godne ustawienia w najbardziej nawet snobistycznej biblioteczce. Natomiast odpowiedzią, na wyrażaną niekiedy przez naszych wydawców niemoc w sprawie zmiany "oryginalnych formatów" są edycje powiększone - z wymiarów amerykańskich do albumów w rozmiarze francuskim. Mnie w oczy rzuciły się przynajmniej dwie - Strażnicy i Batman: Powrót Mrocznego Rycerza (DeAgostini). Widać, chcieć, to móc...

Goście

Ci stanowią zwykle wisienkę na targowym torcie. Takoż nie mogło zabraknąć największych w stolicy Katalonii. Na stoisku Norma Editorial pojawiali się, m.in: Jean Giraud - Moebius, Tardi, Lewis Trondheim i pracujący dla DC Comics Gene Ha. DeAgostini gościł scenarzystę i niegdysiejszego wydawcę 2000 AD Andy'ego Diggle'a, zaś międzynarodowy underground uosabiał Gilbert Shelton, współpracujący z Ediciones La Cúpula. Rynek amerykański reprezentowali także: Gail Simone, Ivan Reis, Jock oraz Jeff Smith, który przybył na zaproszenie dystrybutora komiksów - SD Distribuciones. Swój wkład w zaproszenie gości miał też wspomniany wcześniej Fnac, za którego sprawą do Barcelony dotarł młody belgijski twórca Guillaume Trouillard i dokonujący zadziwiających wpisów (i wrysów) do swoich albumów, przy użyciu farb, Alfonso Azpiri. Z kolei Bang Ediciones gościł autora niezwykłego, mieszkającego obecnie we Francji, ale urodzonego w irackim Bagdadzie Charlesa Berberiana. Obecny był także ostatnio mało aktywny w świecie komiksu, ale wciąż ceniony Tanino Liberatore. Trochę to zdumiewające, ale wśród oficjalnych gości imprezy znalazł się tylko jeden rodowity Hiszpan - Óscar Jaenada. Cudze chwalicie swego nie znacie?

Generalnym gościem Salonu, jako kraj, była Holandia, która zaprezentowała swoje dokonania na kiermaszu i kilku wystawach zorganizowanych przez Holenderski Fundusz na rzecz Sztuk Wizualnych, Designu i Architektury, umieszczonych w centralnej części hali. Pojawiły się tu prace takich rysowników jak Floor de Goede, Barbara Stok, Gerard Leever, Joost Swarte czy Peter Pontiac. Kilka wystaw twórców z Niderlandów prezentowano również w innych galeriach miejskich. Wstępem do tej wielkiej promocji, mającym zachęcić do przybycia na Salon, było wielkie rozdawanie darmowych holenderskich komiksów humorystycznych już na dwa tygodnie przed imprezą, podczas święta narodowego Katalonii w dniu św. Jerzego, czyli 23 kwietnia.

Wystawy

Ważnym elementem komiksowego święta w Barcelonie były wystawy - łącznie kilkanaście. Poszczególne ekspozycje przykuwały uwagę już samą swą koncepcją, wystrojem, przygotowaniem i rozmieszczeniem w przestrzeni. Dowodzi ono, że komiks można pokazać ciekawie, niekonieczne rozwieszając od razu cały album, czy też ograniczając się do "suchego" wyeksponowania plansz.

Zobaczyć można było niezwykle barwne ilustracje autorów amerykańskich, pozostające w silnym kontraście z surową kreską Hugo Pratta z Corto Maltese czy też monchromatycznymi pracami Dicka Mateny z albumu Het dwaallicht (Błędny ognik) prezentowanymi w ramach stoiska holenderskiego. O tym, że dla komiksu dobrego nie istnieją ograniczenia czasowe ani przestrzenne świadczyła dobitnie okraszona wysoką zamkową wieżą ekspozycja plansz Hala Fostera z klasycznego już cyklu Prince Valiant.

Z kolei tego, że komiks to sztuka wychodząca poza ramy albumów czy prasy dowodził prezentowany, bardzo bogaty zbiór okładek płyt - w większości analogowych - ozdobionych historyjkami, a przynajmniej ilustracjami stworzonymi w stylu komiksowym, nierzadko przez twórców uznanych nie tylko w świecie tego medium.

Maniana

Zdałoby się zatem, że komiksowy Salon w Barcelonie to impreza wręcz idealna i wzorcowa. Otóż nie. Już drugiego dnia imprezy zabrakło organizatorom materiałów prasowych. Mimo usilnych próśb i zapewnień, że otrzymam je mailem, nie dostałem ich przez trzy tygodnie po zakończeniu... Podobnie jak informacji o liczbie odwiedzających - nie znają jej także wystawcy.

Próżno szukać jakichkolwiek informacji podsumowujących na oficjalnej stronie comic-28.ficomic.com. W ogóle trudno wyczytać tam cokolwiek, jeżeli nie zna się języka hiszpańskiego bądź katalońskiego, ponieważ mimo flag powiewających na www (francuska i angielska), te wersje podstrony po prostu nie istnieją. Nie zdążyliśmy - oświadczył mi rozbrajająco, rozkładając ręce, webmaster w biurze prasowym.

Nie łatwo także, nie znając wspomnianych języków lokalnych, skomunikować się z samymi wystawcami. Znajomość tych, używanych na północ od Pirenejów, okazuje się w praktyce raczej znikoma. W każdej firmie - zwłaszcza w mniejszych - jest co prawda ktoś, "kto mówi", z tym, że nie zawsze jest on obecny na stoisku.

Dla zwykłego "zjadacza komiksów", to sprawy być może nie najważniejsze, ale rozczaruje się też każdy kolekcjoner, który wzorem kiermaszy polskich będzie liczyć na to, iż zakupi tu jakąś szaloną liczbę edycji oryginalnych. Otóż, nie. Jak już wspomniałem, Hiszpanie wydają u siebie bardzo wiele tytułów od lat i to komiksami w ich własnym języku handluje się głównie podczas Salonu. Oryginały - francuskie czy angielskie - dostępne były na ledwie paru stoiskach.

Tym samym szumne "internacional" w nazwie barcelońskiej imprezy należy rozpatrywać raczej pod kątem wspomnianych międzynarodowych gości oraz wystaw. Na innych płaszczyznach słyszałem bowiem głównie: Sorry, a w rozmowach prowadzonych miedzy wystawcami najczęściej pojawiało się ich ulubione słowo klucz: maniana - złota odpowiedź Hiszpanów na wszystko.

W rytmie tańca

Wymieniona w tytule niniejszej relacji saradana jest narodowym tańcem Katalonii. Jego uczestnicy, trzymając się za ręce, tworzą krąg, mający symbolizować jedność i solidarność. I taka też jest atmosfera Salonu. Tu nikt nie utyskuje, nie narzeka, nie szuka dziury w całym, niepotrzebnie się nie wymądrza. Wszyscy należą do obszernego wszechświata komiksu. Każdy przyjechał tu pokazać, co ma najlepszego i tego oczekują od niego także ci, którzy przybyli tutaj, płacąc za bilet wstępu (6 euro). To oni weryfikują wartość oferty swymi portfelami.

Zadziwia duża otwartość myśli, która dla popularności komiksu jako medium może stanowić wartość samą w sobie. Tutaj Predicador (Kaznodzieja) leży obok komiksu I.N.R.I. i każdy kupuje po prostu to, co chce. A kupuje dużo i chętnie, bo zwyczajnie lubi - dorośli i dzieci, goci, hip-hopowcy i fani disco, wielbiciele FC Barcelona - niezwykle barwne i liczne towarzystwo. Zresztą, nie przychodzą oni tu wyłącznie na zakupy. Siadają pośród wystawowych plansz, czytają, dyskutują, polują na autografy ulubionych autorów, przebierają się za ulubione postaci. Cieszą się, że współtworzą święto. A wszystko to odbywa się w otwartej przestrzeni targowej hali, nakręcając dodatkowo nieustannie ruch wokół stoisk.

W rozmowach z wystawcami nie zauważyłem ludzi kręcących nosem. Tu nikt nie wyraża się o konkurencji inaczej, jak tylko z uznaniem i co najwyżej reklamuje gorąco tytuły własne. Także wydawcy niezależni "nie mają żalu" do wielkich, że ci "nie chcą" ich publikować. Wiedzą, że na tym polega ich niezależność.

Podobnie rzecz wygląda wśród nabywców. Sporo było tu, jak wszędzie, uważnie przeszukujących ogromne stosy tytułów nowych i "z odzysku" w celu wyłowienia brakujących zeszytów, tomów, albumów. Jeżeli coś ich nie interesowało - omijali to i szli dalej.

To, co jeszcze warto podkreślić na koniec, to fakt, iż Salon w Barcelonie, mimo że bardzo duży nie jest wcale jedyną imprezą komiksową w Hiszpanii. W listopadzie odbywają się w stolicy Katalonii wspomniane już targi mangowe. Poza tym kiermasze komiksowe goszczą jeszcze Madryt, El País Vasco, Jerez (manga), Granada i Malaga. Oj, dzieje się...




blog comments powered by Disqus