Trudne początki - recenzja komiksu "Assassin’s Creed: Desmond"

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska
26 marca 2013

Tak to już jest w dzisiejszym świecie, że sukces dyskontuje się rozmaicie, na przykład konkretne uniwersum poszerza o inne media. Poszukuje się w ten sposób nowych odbiorców, a dotychczasowym daje poczucie pełni – pożywkę pomiędzy kolejnymi odsłonami tego, co stanowi esencję, a wiec w tym wypadku gry.

Assasin’s Creed to już legenda, jedna z niewielu gier, które przebiły się do powszechnej świadomości tak głęboko, że jej tytuł rozpoznają ludzie zupełnie z nią nieobeznani. I w tej pozycji się postawmy. Czytelnika, który po raz pierwszy sięga po komiksową serię AC, choć wie, że stoi za nią multimedialna potęga ("ja już gdzieś o tym słyszałem..."), z którą jednak dotąd nie zetknął się oko w oko.

Oto wbrew pierwotnym skojarzeniom, choćby z reklam telewizyjnych, czytelnik na początek ląduje w… domu wariatów. Stamtąd udaje się do świata starożytnego, a następnie do siedziby jakiejś technokratycznej współczesnej wielkiej korporacji… Zaraz, ale co to wszystko ma wspólnego z asasynami?!

To wyjaśni się w ciągu dalszym. Z początku czytelnik, rzucony na głęboką wodę, musi poznać dramatis personæ. Dlatego wprowadzany jest w kolejne wątki, poznaje postaci, choć nawet na samym końcu albumu nie wie jeszcze do końca, o co tu właściwie chodzi.

Pomimo tego zagmatwania widać, że wielowątkowy "zamęt" to dla Erica Corbeyrana nie pierwszyzna. Procentuje doświadczenie zebrane u boku klasyka w pracy nad odpryskową serią XIIIMystery. Scenarzysta wprowadza wszystkie elementy konsekwentnie i chociaż wymaga od odbiorcy skupienia, systematycznie zbiera ostatnie poszczególne wątki w spójną całość.

Niestety, jakością poważnie ustępuje mu grafik Djillali Defali. Widać to tym dobitniej, że komiks wydano w naprawdę dużym formacie (30x23 cm). W jego pracy godna podkreślenia jest głównie dynamika kadrowania i konstrukcje planszy. Problem stanowią natomiast aspirujące do realistycznych, a tchnące sztucznością sceny walki oraz mimika postaci. Tych jest na razie stosunkowo niewiele, a więc za bardzo to nie przeszkadza. Pytanie jednak: co dalej?

Także w kilku miejscach trudno jednoznacznie przypisać padające słowa wskazywanym na rysunkach postaciom. W komisie wydaje się to pozornie niemożliwe, a jednak...

Zaczęła się zatem skomplikowana historia, w którą wmieszane są zagadkowe zakony, a stawką są losy ludzkości. Naprzeciwko stają dwie potężne siły grzebiące dowoli (trochę bez umiaru) w historii. Co z tego wyniknie? Po lekturze tom pierwszego trudno orzec.

Na pewno nie porywa on oryginalnością, a tym bardziej warstwą graficzną, dla której odniesienie, przypomnijmy, stanowi co najwyżej okładka i telewizyjna reklama gry. W tym miejscu być może inną serię należałoby potraktować bardziej obcesowo, ale zważywszy na markę AC, trzeba dać szansę kolejnej części. Tym bardziej, ze całość opowieści ma zamknąć się w trzech tomach.

Assassin’s Creed - 1 - Desmond

Scenariusz: Eric Corbeyran
Rysunek: Djillali Defali
Kolor: Raphael Hedon
Tłumaczenie: Marta Duda-Gryc
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania polskiego: 11/2011
Liczba stron: 48
Format: 210x290 mm
Oprawa: miękka
Dystrybucja: księgarnie, internet
Wydanie: I
Cena z okładki: 20,00 zł



blog comments powered by Disqus