Gdy żądza jest wielka pieniądza - recenzja komiksu "Asteriks: Kiedy niebo spada na głowę"

Autor: Singer
12 kwietnia 2006

"Recepta na sukces jest prosta" - czytamy na czwartej stronie XXXI albumu o przygodach nieugiętych Galów - "najpierw trzeba wziąć galijskiego wojownika, niekoniecznie przystojnego, za to bystrego i pełnego energii. Jako towarzysza należy mu dodać kogoś dobrodusznego, oddanego, lubiącego nie tylko bójki, ale też obfite oraz smaczne jedzenie (...). Tą niezwyciężoną parę warto wyposażyć w małego pieska (...). Całą trójkę należy umieścić w niezwykłej scenerii, pełnej ciekawych postaci drugoplanowych. Jeszcze jedno - mieszkańcy galijskiej wioski powinni mieć coś, co czyni ich niepokonanymi. Czas akcji - 50 r. p.n.e., gdy cała Galia znajduje się we władaniu Rzymian. Cała? Skądże! Dzięki magicznemu napojowi, dającemu nadludzką siłę, nasi komiksowi bohaterowie wciąż stawiają opór najeźdźcy".

Przez ponad 30 albumów przepis spełniał swoje zadanie bez zarzutu - bawił, śmieszył, jednał sobie coraz to nowe rzesze wiernych czytelników. W końcu przygody Asteriksa i Obeliksa urosły do miana legend komiksu. Każdy kolejny tom ukazywał się w atmosferze wielkiego wydarzenia w świecie historyjek obrazkowych. Niedawno, bo 14 października 2005 roku, miała miejsce światowa premiera najnowszego tomu serii pod apokaliptycznym tytułem: Kiedy niebo spada na głowę. Poprzedzona została zakrojoną na szeroką skalę akcją promocyjną na całym świecie. Fabuła do końca owiana była tajemnicą, zaś kolorytu wydarzeniu dodawały liczne atrakcje towarzyszące premierze. Magia potężnej reklamy sprawiła, że oczekiwania względem pozycji plasowały się na wysokim poziomie. Przynajmniej tak było odnośnie mojej osoby.

Kiedy niebo spada na głowę opowiada o pojawieniu się nad wioską nieugiętych Galów... statku kosmicznego! Celem wizyty Łoldislanina (gdyż tak nazywa się rasa pozaziemskiego przybysza) jest konfiskata magicznego napoju z polecenia mędrców rady galaktyki, aby obronić wszechświat przed niebezpieczeństwem Nagmów. Skomplikowane? Może, więc powoli.

Nagmowie to rasa przybywająca z planety Gmana. Ich jedynym dążeniem jest zdobycie władzy nad całym wszechświatem (tak, to ci źli;). Do tej pory osiągnęli znaczną pozycję dzięki kopiowaniu osiągnięć techniki Łoldislan (to ci względniej pozytywni - piszę względnie, gdyż oczywiście najbardziej pozytywni są Galowie;) i pomimo, że są słabiej zaawansowani w kwestiach naukowych, doprowadzili do równowagi militarnej (obie potęgi posiadają te same rodzaje broni, które tym samym znoszą się wzajemnie). Gdy tylko Nagmowie dowiadują się o istnieniu broni, będącej w stanie przechylić szalę zwycięstwa na ich stronę, wysyłają na Ziemię swojego przedstawiciela. Oczywiście w ramach demokratycznego odzewu Łoldislanie czynią to samo.

Informacje o scenariuszu przytłumiły mój zapał odnośnie XXXIII tomu cyklu o Galach. Od zawsze w opowieściach o Asteriksie i Obeliksie ceniłem nawiązania historyczne oraz antyczny świat, będący tłem wydarzeń. Jest to nieodłączna część magii, którą komiks uwiódł czytelników. W momencie, gdy usłyszałem o wmieszaniu super nowoczesnej techniki absolutnie niezwiązanej z tamtym okresem, ogarnęły mnie pesymistyczne przeczucia. Asteriks to nie Armada czy Kasta Metabaronów. Sukces cyklu opiera się na innych założeniach niż elementy science-fiction. Nadszedł jednak czas autosugestii - "spokojnie to tylko pierwsze wrażenia, a te często bywają mylne". Czynność była na tyle skuteczna, że nawet z pewnym podnieceniem zasiadłem do lektury komiksu. Niestety, już przy pierwszych stronach dostrzegłem, że bohaterowie zachowują się sztywno, jakby z rezerwą. Później miałem się jedynie upewnić, że nie chodzi tylko o tytułowe postacie, większość charakterów została uproszczona.

Drugim mankamentem tomu okazał się fakt, iż cała historia zaczyna się od środka. Czytelnik pozbawiony jest wstępu. Może jest to celowy zabieg, by zmieścić wszystko (a wbrew pozorom dużo tego nie ma) na tej limitowanej ilości stron? Powoduje to jednak nieodparte wrażenie braku czegoś istotnego. Zanim czytelnik zdoła uchwycić atmosferę komiksu, główny wątek jest już całkowicie obnażony. Gdyby Uderzo zainwestował w mniejsze panele, z pewnością znalazłby miejsce na rozwój opowieści. Niestety, czytelnik atakowany jest olbrzymimi rysunkami, które przekazują mało treści w stosunku do wielkości obrazu.

Znalazłem się, więc w krainie dziwów, w której zarówno Galowie, jak i Rzymianie całkowicie naturalnie zaakceptowali obecność ras pozaziemskich oraz niezwykłości z nimi zawiązanych. I wszystko może by było dobrze, gdybym ja tego nie przeczytał. Zupełnie mi to nie pasowało. Bitwy klonów o wyglądzie pokracznego Supermana, gonitwy statków kosmicznych nad wioską, specyficzny wygląd "Fiołeczka" (takie wdzięczne imię przywarło do Łoldislanina). W gruncie rzeczy Asteriks, Obeliks i wszyscy mieszkańcy wioski byli tylko tłem działań kosmitów. Czasem Gal wskoczył na klona i wzniósł się w przestworza, by pokazać, jak celnie rzuca menhirem nawet na pułapie kilkuset metrów, lub zademonstrować, jak niesamowicie odporny jest na wyszukany styl walki złowrogiego kosmity i tyle by było. Postacie drugoplanowe biegające bezsensownie z jednej strony w drugą. W pewnych momentach czułem się, jakbym oglądał "Scoobiedoo" podczas jednego ze sławetnych pościgów końcowych wyimaginowanego potwora za "wścibskimi dzieciakami". Oczywiście tutaj było więcej krwiożerczych batalii, gdyż przy każdej okazji trzeba było kogoś palnąć - jak nie klona, to kosmitę, a na końcu standardowo Rzymian.

Podsumowując, scenariusz jest niezwykle przewidywalny i wieje banałem. Fabuła częstuje nas tekstami typu "cały wszechświat wie, że posiadacie tajną broń", bądź, "gorącym psem" - wyszukanym daniem przywiezionym spoza planety. Jeśli ktoś szuka oparcia w oprawie graficznej, trafi lepiej. Jednak nie NAJlepiej. A to za sprawą rysunków wspomaganych komputerowo (pojazd "Fiołeczka", efekty strzałów Nagmy) oraz bezsensownej wielkopanelowości, o której wspomniałem gdzieś w trakcie tej reprymendy. Piszę reprymendy, gdyż praktycznie wszystko tutaj jest jednym wielkim zarzutem i przykro mi z tego powodu, gdyż wychowałem się na opowieściach o Galach. Jedynym niezmiennym plusem tomu XXXIII pod tytułem Kiedy niebo spada na głowę jest to, że możemy ponownie ujrzeć naszych ulubieńców. Niestety nie radzę ich czytać, gdyż naprawdę osunie się na Was nieboskłon.

Asteriks - 33 - Kiedy niebo spada na głowę

Scenariusz: Albert Uderzo
Rysunek: Albert Uderzo
Tłumaczenie: Marek Puszczewicz
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 10/2005
Tytuł oryginalny: Le ciel lui tombe sur la tête
Wydawca oryginalny: Albert René
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 44
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: kolor
Dystrybucja: saloniki, księgarnie
ISBN: 83-237-3136-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 19,90 zł

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus