Recenzja komiksu "Calvin i Hobbes: Rozwój nauki robi 'brzdęk'"

Autor: Tomasz Nowak
20 sierpnia 2007

Niby wiesz, a nie wiesz
Czegóż nowego spodziewać się otwierając szósty już tom przygód niesfornego Calvina i jego pasiastego, pluszowego przyjaciela Hobbesa? Pewnie tych samych gagów, choć naiwnych, to wciąż bawiących do łez... Ale, ale... Czy na pewno? Przeczytałem onegdaj uważnie tom pierwszy, a potem drugi i trzeci i... zrobiłem sobie przerwę. Komiks podobał mi się "od zawsze", ale jakoś nie znalazłam czasu. I co teraz? Otóż, mam niejasne przeczucie, że coś mnie ominęło! Tom szósty bowiem, zdumiał mnie ogromnie. Coś tu jest nie tak! Calvin chyba nieco podrósł!

Na poważnie?!
Niby Calvin ma nadal sześć lat, ale widać wyraźnie, że zmienia się. Mimo, że chodzą mu po głowie wciąż niestworzone opowieści o dzielnym kapitanie Spiffie, a przy lada okazji maży coś o Nieustraszonym Manie, to widać różnicę. Epizody te stały nieco bardziej "wyrafinowane". Podobnie zresztą jak pomysły chłopca związane ze zniszczeniem szkoły, pozbyciem się rodziców, wymiganiem od kontroli zadania domowego i innymi sprawami, jakie normalnie zaprzątają codziennie głowę kilkulatka. Różnice te rzucają się w oczy jednak zwłaszcza wówczas, gdy popadający w zadumę czy melancholie maluch zaczyna snuć nad wyraz skomplikowane rozważania natury filozoficznej czy społecznej. To ponoć dziś nic nadzwyczajnego, bo polskie dzieci też już "rozwijają się wcześniej", ale jednak dla mnie to pewnego rodzaju zaskoczenie. I to nie zawsze na plus.

Calvin dojrzalszy, to Calvin trochę mniej zabawny. Oczywiście, niektóre epizody, np. z duplikatami - tylko boki zrywać (albo ze skurczem żołądka biec do łazienki...). Jednakże już zmagania ze znaną z wcześniejszych części "straszną opiekunką" Rosalyn, trącą już otwarta wojną. Średnio śmieszne są dylematy też sześciolatka w starciu z nad wyraz (i myśl) wyrośniętym kolegą.

Hobbes, niezmiennie dotrzymujący mu towarzystwa, zaczął trochę jakby "odstawać", od przyjaciela. Choć wiele myśli rzucanych przez pluszaka (sic!) jest nawet dojrzalszych, to jednak są to raczej wnioski, a nie rozbudowane wywody budowane przy użyciu tak zwanych "trudnych słów". Na szczęście, pewnych granic żaden nie przekracza (Calvin: "Trudniej znieść rozczarowania życiowe, kiedy nie zna się żadnych brzydkich słów").

Tutaj też mały przytyk do tłumaczenia Get Rid Of Slimy girlS (G.R.O.S.S. Club), to u nas: "Precz Fstętnym Uciążliwym Jędzom" (PFUJ). Naprawdę nie dało się inaczej? Chmurki dialogów stawiają co prawda pewne ograniczenia, ale widać to nie tylko w tym jednym miejscu. Czasem cięcia wprowadzane są kosztem formy językowej, a gdzie indziej - co gorsza - sensu tekstu.

Zabawa musi być
Jej podstawa to trzymanie się z dala od książek (lektur), szkoły, fryzjera, jedzenia (poza batonikami i ciasteczkami) i konieczności porannego wstawania. Ulubioną formą spędzania czasu jest dla obu wciąż zabawa - zwariowany zjazd sankami, lub na wózku - bądź też zakazane (częściowo) oglądanie telewizji. Najlepiej jednak, gdy wszystko kończy się zasypaniem piachem, albo "fajną bójką". I tu wciąż łatwo rozpoznać "małego Calvinka".

W mniejszym stopniu widać go, jak wspomniałem, w "wyprawach" jak duet bohaterów odbywa w czasie (wizyta u dinozaurów) czy przestrzeni (niezgłębiona otchłań kosmosu). Nieustanne "pogłębianie" ich przygód nie wpływa też budująco na znajomość z sąsiadką Zuzią Derkins, która ma Calvina za zdeklarowanego dziwaka. Ale cóż, w końcu skoro czasem znika grawitacja, tak że trzeba chodzić po suficie, albo opracować zasady do Calvinballa - gry w której nigdy nic nie może się powtórzyć, trzeba przecież wykazać się nie lada wyobraźnią.

To, co niewątpliwie natomiast cieszy w epizodach o "starszym" Calvinie, to wyraźnie postępujące wyluzowanie tatusia. To prawda, że chłopcu wciąż udaję go czymś zaskoczyć, ale jednocześnie potrafi synowi zaserwować taką odpowiedź na rozlicznie zadawane pytania, że ta zdecydowanie pójdzie mu w pięty.

Znane i lubiane
Postaci Hobbesa, rodziców, Zuzi, Moe, wreszcie Calvina z jego wieloma alter ego, są powszechnie rozpoznawalne. Sam komiks to przecież proste, gazetowe stripy, pozbawione nadmiernej komplikacji historii stricte albumowych. Coś jednak budzi niepokój. Wraz z rozbudowaniem warstwy słownej, ograniczona forma rysunku trochę przestaje wystarczać, budzi niedosyt. Niewystarczająca jest już także stosunkowo uboga mimika bohaterów, która, owszem, ewoluuje, ale w tempie odstającym nieco od tekstu.

Zresztą, sam fakt ubogacenia tych ktrótkich opowiastek pod względem formy, powoduje duży kontrast pomiędzy zupełnie prostymi, prawie że pozbawionym słów gagami sytuacyjnymi, a żartami zdecydowanie bardziej wymagającymi.

Często czytam, iż lektura przygód Calvina to wspaniałą zabawa dla dzieci i rodziców. Dla tych drugich, to chyba raczej często śmiech przez łzy. No, chyba że ich ukochany maluch nie jest aż takim rozrabiaką, z tak wyrobioną wyobraźnią... Dla małych chłopców to z całą pewnością skarbnica bezcennych pomysłów na życie. A skoro to samo życie, to może bezpiecznej zapoznać się z nim najpierw na papierze? I pomysleć, że ktoś napisał to i narysował już blisko dwadzieścia lat temu!

Calvin i Hobbes - 6 - Rozwój nauki robi "brzdęk"

Scenariusz: Bill Watterson
Rysunek: Bill Watterson
Tłumaczenie: Piotr Cholewa
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 1/2007
Tytuł oryginalny: Calvin and Hobbes:
Wydawca oryginalny: Universal Press Syndicate
Liczba stron: 128
Format: 215x230 mm
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: saloniki, księgarnie
ISBN-13: 978-83-237-2821-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 24,90 zł

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus