Recenzja komiksu "Opowieści makabryczne"

Autor: Daniel Chmielewski
28 kwietnia 2008

Horrory często mają to do siebie, że nie straszą. Komiks, jako medium, jest wyjątkowo niewdzięczny dla wspomnianego gatunku z dwóch powodów.

Po pierwsze, nie posługuje się dźwiękiem, więc cały ładunek emocjonalny towarzyszący budowaniu klimatu poprzez muzykę i nagłe wyładowania dźwiękowe odpada. To samo można zarzucić książce, ale ta, dzięki blokom tekstu nie pozwala podpatrzyć dalszej akcji. Film, dziejący się w czasie też. W komiksie mamy ogląd na całe dwie plansze, co wymaga od rysownika bardzo dużej zręczności w komponowaniu tak poszczególnych kadrów jak i całych sekwencji, by dramaturgia mogła zadziałać. Dalszą konsekwencją wynikającą z różnicy między blokiem tekstu a obrazkami jest to, że książka nakazuje nam działać wyobraźnią, której nieograniczone możliwości połączone z naszymi własnymi lękami, rozbudzają w nas strach. Tego prawie nigdy nie zrobią statyczne rysunki, zwłaszcza realistyczne - do końca dopowiedziane.

Wydawnictwo Prószyński i Spółka wydało w tym roku, 26 lat po premierze, napisane przez Stephena Kinga i narysowane przez Berniego Wrightsona Opowieści Makabryczne. Z tyłu czytamy: "Komiks stał się kanwą filmu w reżyserii George'a Romero." Nieładnie zachęcać ludzi do kupna fałszywymi informacjami. Stephen King napisał scenariusz nie do komiksu, a do filmu - Creepshow, wykorzystując przy tym dwa już opublikowane opowiadania. Komiksy w filmie rysowane były przez Jacka Kamena, który zrobił okładkę do wydanej teraz w Polsce ADAPTACJI. Całe przedsięwzięcie jest hołdem oddanym komiksom z wydawnictwa EC, które w latach 50. wydawało wiele tytułów z gatunku horror.

Opowieści makabryczne dzielą się na pięć niepowiązanych epizodów, po których nas prowadzi narrator - Upiór. W serialu HBO, Opowieści z krypty, również mamy upiornego narratora. Ten jednak występuje tylko na początku i końcu każdego odcinka i oprócz najniższego rodzaju słownych dowcipów potrafi też zaskoczyć grą słowną na miarę Terry'ego Pratchetta. W komiksie jesteśmy męczeni przez cały czas kiepskimi uwagami narratora, które mogłyby zostać uratowane tylko przez dobre tłumaczenie - czyli takie, w którym byłyby wzięte na warsztat polskie frazeologizmy. Wpadka na tylniej okładce i bezduszne tłumaczenie każą mi podejrzewać, iż jedynym powodem wydania Opowieści... był zysk, a nie uwielbienie redaktorów dla pulpowego horroru.

Ale odejdźmy na chwilę od wad redaktorskich i skupmy się na meritum, czyli samym komiksie. W pierwszym opowiadaniu mamy rodzinne intrygi i duchy, czy raczej trupy, przeszłości. W opowiadaniu drugim mamy nieznane zagrożenie z kosmosu. Niespełnione życie małżeńskie i niezidentyfikowany potwór mieszkający w drewnianej skrzyni są komponentami najdłuższego opowiadania w tym zbiorze. Znajdzie się też miejsce na kolejny powrót z zaświatów i wysyp karaluchów.

King sprytnie łączy podłoże psychologiczne jakiegoś problemu (zdradzona miłość, chęć dowartościowania się przed wyższą klasą społeczną) z paranormalnymi motywami, dzięki którym dany problem zostaje rozwiązany - czasem fortunnie, czasem niefortunnie. Jest w tym dużo czarnego humoru i ironii, właściwie więcej, niż samych elementów horrorowych. Obcując z pomysłami Kinga, możemy się przyjemnie rozerwać, ale raczej nie będziemy mieli problemów z gaszeniem światła nocą.

Romero tym pomysłom w swoim filmie zapewnił właściwą oprawę wizualną, bardzo komiksową, ale wzmocnioną do tego odpowiednim montażem i dźwiękiem. Czy to samo udało się Wrightsonowi? Komiks pulpowy ma przypisane sobie ograniczenia. Pierwsze - realistyczny, przyciągający dzięki temu ludzi niewyrobionych plastycznie, rysunek. A drugie - spowodowana restrykcjami finansowymi mała ilość stron, na których trzeba opowiedzieć historię często potrzebującą więcej przestrzeni. Nie można więc, jak Frank Miller w Sin City, rozciągać jednej sceny na kilka plansz, dając po jednym kadrze na każdej. Te restrykcje, zestawione z opisywanymi na początku recenzji wymogami horroru stoją w sprzeczności. Jak do tego dodamy humor, i psychologizm Kinga, na rzecz których osłabione zostały elementy straszące, wychodzi nam bardzo niestraszny komiks. Za to idealnie przybliżający nam mało znany w Polsce gatunek pulpowy - a cechą najważniejszą komiksu pulpowego jest, że ma bawić. I to Opowieści makabryczne robią w prawdziwym pulpowym stylu. Przeczytamy, ubawimy się, i po odłożeniu zapomnimy.

Polecam fanom realistycznego rysunku, tutaj solidnie wykonanego, i tym, którzy pulpowy komiks darzą takim sentymentem, jakim niektórzy czterdziesto i pięćdziesięciolatkowie darzą Żbika i Klossa. Resztę odsyłam do wersji filmowej, albo serialu.

Opowieści makabryczne

Scenariusz: Stephen King
Rysunek: Berni Wrightson
Okładka: Jack Kamen
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok wydania polskiego: 3/2008
Tytuł oryginalny: Creepshow
Rok wydania oryginału: 1982
Liczba stron: 64
Format: 200x260 mm
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-7469-710-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 28 zł
Materiały powiązane:




blog comments powered by Disqus