Wszystkie nerwice nowoczesności - recenzja komiksu "Dziadek Leon"

Autor: Łukasz Wróbel
20 stycznia 2009

"Ja byłem kopciuszkiem, a ty matką chrzestną. Moje życie było starą dynią, ty zamieniłeś je w karetę. Dawniej zawieszony byłem między kolką a zatwardzeniem. Dziś rozwijam się między kobietą mego życia a miłością do teatru. Dziadziusiu, zawdzięczam ci wszystko. Otworzyłeś mi oczy..." - powiada w którymś momencie jeden z dwóch głównych bohaterów Dziadka Leona. Opatrzony numerem 548 album Klubu Świata Komiksu to rasowy przykład francuskiej bande dessinée. Tandem Nicolas de Crécy i Sylvain Chomet, znany również z dokonań na polu animacji filmowej, oferuje rzecz wielowymiarową, charakteryzującą się naprawdę wysmakowaną warstwą estetyczną. W dodatku jest to opowieść skrajnie perwersyjna i nieprzyzwoita, sprawiająca wrażenie, jakby jej twórcy postawili sobie za cel odmalowanie anus mundi współczesności, jak gdyby postanowili zetrzeć z zadowolonego oblicza nowoczesności gruby makijaż, ukazując jej paskudną, prawdziwą twarz. Być może dlatego odnajdziemy w kadrach jedynie brzydkie postacie o odpychającej cielesności i fizjonomiach, których nie powstydziłby się Oskar Kokoschka. Żaden z bohaterów tego komiksu nie jest zdrowy, wszyscy stanowią kliniczne obiekty zakompleksień, niezdrowych sublimacji i neurotycznych zafiksowań. Żeby jednak nie było tak lekko, czytelnik obcuje tutaj nie z prostym groteskowym odwróceniem określonych porządków, jednostronną krytyką relacji interpersonalnych czy po prostu „grubą kreską” naszkicowanymi płytkimi karykaturami dostrzegalnych wokół nas typów charakterologicznych. Każda postać jest pełnowymiarowa, każda jest prawdziwa. I w tej niezdrowej, pełnej perwersji odsłonie – fascynująca.

Dziadek Leon to nie tylko historia seniora rodu Houx-Wardiougue, nie jest to również zaledwie satyra i karykatura wycelowana w postindustrialne społeczeństwo późnego kapitalizmu. Nie tylko, bowiem zaprezentowana opowieść rozgrywa jednocześnie kilka planów tak fabularnych, jak i ideologicznych czy estetycznych. Można ją czytać na rozmaite sposoby, każdorazowo koncentrując się na wybranym przez siebie poziomie interpretacyjnym. Wyjściowy splot fabularny to historia nestora francuskiego rodu fabrykantów, twórcy jego finansowej potęgi i niekwestionowanego autorytetu dla swoich socjalistycznie zorientowanych pracowników. Dziadek Léonce, bo o nim tu mowa, zostaje ściągnięty z domu starców przez swojego syna, Aymarda, by własną twarzą firmować nową linię produkcyjną kosmetyków, która pozwoli podupadającemu koncernowi Houx-Wardiougue ponownie stanąć na nogi. Nadzór nad całym marketingowym przedsięwzięciem zostaje przekazany wnukowi Leona, młodemu Géraldo-Georgesowi, zwanemu Gégé. Ten zaś, pędząc swe życie pomiędzy kolejnymi atakami rozwolnienia i zabawą pluszowymi zwierzątkami, zafiksowany analnie trzydziestoletni młodzieniec, który dotąd nie miewał wzwodów, jest kompletnie niezdolny nie tylko do podjęcia się powierzonego mu zadania, co nawet do normalnego, samodzielnego funkcjonowania. Autorzy tak rozstawionymi akcentami zarysowują dwa główne wątki swojej opowieści. Pierwszym, jak słusznie podkreślali inni recenzenci, jest ciekawa karykatura relacji pomiędzy wciąż grającym we francuskiej duszy socjalizmem, kojarzonym nieodmiennie ze swobodą obyczajową i znormalizowanymi relacjami na linii pracodawcy – pracownicy, a stawiającym na siłę deregulacji neoliberalnym kapitalizmem. Tytułowy bohater swoją niepokorną sylwetką, trangresywnym zachowaniem burzącym zastane przez siebie łady obyczajowe i moralne, reprezentuje pierwszy z tych światów. Legendarny obrońca własnych pracowników w pamiętnym dla francuskich robotników 1936 roku, zwolennik Komunistycznej Partii Francji i związków zawodowych, teraz stuletni staruszek palący skręty i prowadzący własnego wnuka do wątpliwej klasy burdelu, wywraca na nice spokój swojej rodziny. Spokój, którego figurą jest tutaj absolutne przeciwieństwo Leona – jego syn Aymard. Ten z kolei to twardogłowy biznesmen ukształtowany przez finansową rzeczywistość współczesności oraz przemożną wolę odcięcia się od sposobu bycia własnego ojca. Co istotne, oba – jak się zdaje – porządki zostają w równym stopniu ironicznie potraktowane przez autorów komiksu: zarówno „pro-socjalna” postawa tytułowego bohatera, jak i agresywny kapitalizm Aymarda. Ironiczne ostrze tego komiksu razi w obie strony, dzięki czemu jego twórcy zachowują elementarną przynajmniej w tym względzie uczciwość.

Otwierający niniejszą recenzję cytat wyznacza jednakże i inną – dużo ciekawszą i narracyjnie bardziej produktywną, być może nawet zasadniczą – oś fabularną całości. Wszyscy trzej główni bohaterowie, reprezentujący trzy następujące po sobie pokolenia, stanowią w pewien sposób domkniętą figurę zakreślającą swym zarysem trzy odmienne typy charakterologiczne, symbolizującą trzy różne i wzajem nieprzywiedlne światy, wreszcie – napędzającą tętniącymi pomiędzy Leonem, Aymardem oraz Gégé emocjami i chorymi stosunkami całą fabułę tego komiksu. Od przywołanej powyżej dosyć łatwej w realizacji karykatury późnonowoczesnego świata kapitalizmu i nieodłącznego odeń marketingu, dużo ciekawsze wydaje mi się bowiem uchwycenie przez autorów szczególnej dozy agresji, kompleksów i zahamowań, jakie określają związki międzypokoleniowe w rodzinie Houx-Wardiougue. Jak bardzo pozbawiony jakiejkolwiek witalności Gégé jest stłamszony przez swego ojca Aymarda, tak bardzo ten drugi próbuje odciąć się od libertyńskiego Leona. O ile natomiast wyzuty z wszelkiej energii Gégé stanowi zaprzeczenie siły i mocy swego ojca, o tyle też autorytet Aymarda nieustannie rozbija się o transgresywną postawę dziadka. Każdy z tych trzech bohaterów stanowi zwierciadlane odbicie i groteskowe zaprzeczenie dwóch pozostałych. Nader wybuchowa to mieszanka, w dodatku podana w takim stężeniu, że nie wystarczy jedna lektura komiksu, by się w nim dostatecznie rozeznać. Za dużo się w tej opowieści dzieje, kolejne plansze i kadry raczej puentują próby uchwycenia charakterystyki każdej z postaci, aniżeli płynnie ją ilustrują.

W tym zaś względzie Dziadek Leon cechuje się nader spójną warstwą estetyczną. Wszystkie wątki spaja i dookreśla estetyka groteski, turpizm dostrzegalny tak w samej fabule, cechach dosłownie każdej z odmalowanych postaci, jak i na powierzchni kolejnych kadrów. W miarę regularny układ kolejnych plansz został zderzony tutaj z rozwichrzoną, neurotyczną kreską i ekspresjonistyczną kolorystyką. Album de Crécy’ego i Chometa bardziej przypomina ich pochodzący z 1998 roku film animowany Starsza pani i gołębie, aniżeli o pięć lat późniejsze Trio z Belleville, które przyniosło obu twórcom międzynarodowe uznanie. Znajduję w nim ten sam dar wydobywania treści, głębszych znaczeń z tego, co nieestetyczne, brzydkie. Zachwyca też rytmizacja kadrów, sposób puentowania za ich pomocą zarówno samych zdarzeń, jak i psychiki danej postaci. Dziadek Leon zdaje się tutaj ujawniać swoje „stripowe” początki z łamów À Suivre. Mocne akcenty, celne jednokadrowe puenty wraz z genialnie przeplatającymi się partiami dialogowymi rytmizują całość opowieści, nadając jej specyficzne tempo, wyostrzając sens poszczególnych scen, zdarzeń etc. Pełniące funkcję puenty kadry, sposób ich umieszczenia na stronie w stosunku do innych kadrów przypominają do pewnego stopnia niektóre rozwiązania Daniela Goossensa znane z jego prac publikowanych w magazynie „Fluide Glacial”.

Słowa krytyki skierować muszę natomiast w kierunku redaktorów czuwających nad polską edycją Dziadka Leona. I nie idzie mi tylko o pomylenie w stopce redakcyjnej ról, jakie przy tworzeniu komiksu pełnili jego twórcy (to Chomet jest autorem scenariusza, de Crécy zaś odpowiada za rysunki). „Plansze Europy” to jedna ze sztandarowych serii wydawniczych na polskim rynku komiksowym. Tym bardziej więc czuję zawód wywołany posłowiem Wojciecha Birka, którego wiedza o sztuce komiksowej jest przecież imponująca. To miło, że wydawnictwo wydrukowało kilka szkiców oraz notki biograficzne ze zdjęciami autorów. Samo posłowie jednak – trzy kolumny tekstu (mniej więcej jedna strona w tym formacie) – jest naprawdę ubogie w treść. Hasła w popularnych portalach internetowych zawierają więcej informacji poświęconych zarówno osobom obu twórców, ich pozostałym dziełom, jak i samej trylogii zapoczątkowanej Dziadkiem Leonem. Tytuły wydawane w seriach „Mistrzowie komiksu” i „Plansze Europy” zasługują w moim odczuciu na rzetelniejsze słowo komentarza. Tymczasem jedne komiksy opatrzone zostały niedużymi, acz zadowalającymi posłowiami (np. Feralny Major Moebiusa), niektóre ich w ogóle nie posiadają (jak Andreasa Cromwell Stone), w innych zaś sprawiają wrażenie napisanych na kolanie. Niejasna pozostaje dla mnie zasada rządząca decyzjami o opatrzeniu danego albumu komentarzem bądź nie. Zamiast tego wskazana byłaby jakaś doza konsekwencji.

Album de Crécy’ego i Chometa z czystym sumieniem polecić można wszystkim tym, którzy w komiksie nie szukają jedynie prostej rozrywki podanej w atrakcyjnej szacie graficznej. Dziadek Leon, oferując swemu czytelnikowi wciągającą fabułę i porywającą kreskę, w dodatku stara się mówić o czymś konkretnym, podejmuje pewne tematy, ilustruje problemy. Nie jest to komiks ładny, nie jest też przyjemny. Niewątpliwie powinien jednak stanowić istotny punkt odniesienia, dla zwolenników europejskich bandes dessinées – wręcz pozycję obowiązkową.

Plansze Europy - 5 - Dziadek Leon

Scenariusz: Sylvain Chomet
Rysunek: Nicolas De Crécy
Kolor: Nicolas De Crécy
Tłumaczenie: Katarzyna Wójtowicz
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 3/2008
Tytuł oryginalny: Léon la came / Laid pauvre et malade / Priez pour nous
Wydawca oryginalny: Casterman
Rok wydania oryginału: 1995-1998
Liczba stron: 160
Format: 215x295 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-237-2443-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 79,00 zł


blog comments powered by Disqus