Recenzja komiksu "Towarzysze zmierzchu"

Autor: Jerzy Szyłak
19 marca 2009

Akcja Towarzyszy zmierzchu toczy się w czasie wojny stuletniej, ale czytelnik nie dowie się z komiksu kto, z kim i o co się bije. A prawdę powiedziawszy, to samej wojny też na obrazkach nie zobaczy. Choć wzmianka o wojnie otwiera całą komiksową opowieść i potem ją zamyka, to jednak stworzona przez Bourgeona opowieść jest o czymś innym. Problem w tym, że trudno jednoznacznie powiedzieć, o czym.

Egmont popełnił zasadniczy błąd, wydając Towarzyszy zmierzchu w jednym, opasłym tomie. Ten komiks powinien był być wydany w trzech osobnych woluminach, a jeszcze lepiej by było, gdyby dwa pierwsze wyszły szybko, jeden po drugim, trzeci zaś po czteroletniej przerwie. Rzecz w tym, że trzecia część Towarzyszy zmierzchu tak dalece odstaje od dwóch wcześniejszych, że łatwiej jest Ostatnią pieśń Malaterre'ów zaakceptować jako rzecz zupełnie osobną (choć z bohaterami znanymi skądinąd) niż jako kontynuację opowieści z części zatytułowanych Czary w Lesie Mgieł i Cynowe oczy posępnego miasta. Na pozór wszystko tu jest tym samym i jest takie samo: spotykamy trójkę bohaterów obecnych w każdej z części, akcja toczy się w tym samym czasie i w tym samym świecie, a jej wątki wysnute zostały z wydarzeń, o których mowa była w części pierwszej i drugiej. Zarazem jednak wszystko jest zupełnie inne i ku czemu innemu zmierza.

Pierwsze dwie części rozgrywają się na pograniczu świata realnego i fantastycznego, a nawet fantazmatycznego, gdyż granica miedzy jawą i snem, jasnowidzeniem i złudzeniem, prawdą i marzeniem jest tu nieustannie zacierana. Każdy z trójki bohaterów obarczony jest innym rodzajem winy, czytelnik może więc spodziewać się, że wraz z rozwojem fabuły dojdzie do jakiegoś rodzaju owej winy odkupienia. Pierwsze dwie części myśl tę podtrzymują i rozwijają. Potem jednak następuje część trzecia.

Czary w Lesie Mgieł i Cynowe oczy posępnego miasta rozgrywały się na tle bujnej przyrody, z dala od większych ludzkich skupisk. Miejscem akcji Ostatniej pieśni Malaterre'ów jest natomiast miasto, a dokładniej romańska warownia. Przybywając tutaj, trójka bohaterów miesza się z tłumem, składającym się z miejscowych i z przyjezdnych, i cały czas w otoczeniu innych ludzi przebywa. Tu już nie ma miejsca na sny i marzenia, fantastyczne zjawy i niepewność, czy to, co się zdarzyło, zdarzyło się naprawdę. Intryga, w jaką bohaterowie zostają wplątani, została uknuta przez ludzi i to ludzkim przeciwnikom bohaterowie będą musieli stawić czoła w finale. Magia - zdaje się mówić Bourgeon - nie ma dostępu do zbudowanej przez ludzi warowni, chociaż krąży wokół jej murów pod postacią samotnego jeźdźca.

Wprowadzając swoich bohaterów do miasta, Bourgeon zaczyna snuć inną opowieść. Nawet wspomnienie o przeszłości Rycerza bez oblicza, które już w pierwszej części było tylko wspomnieniem, zmienia się tutaj i co innego staje się w nim ważne. Powiedzmy wprost - Ostatnia pieśń Malaterre'ów jest najlepszą z części całego cyklu: akcja rozwija się tu wartko, intryga splata w sposób nieoczekiwany i zaskakujący, a poszczególne wątki łączą się ze sobą na wielu poziomach. Jest to również część, w której rysownik najpełniej pokazuje swoje talenty, a wielką zaletą Bourgeona jest pieczołowitość w odtwarzaniu detali epoki, o której opowiada: bohaterowie noszą stroje, jakie ludzie w owym czasie nosili i poruszają się w przestrzeni dokładnie (i z zachowaniem proporcji) odwzorowanej z rzeczywistości. Jest tu ciasno, ciemno i dość smrodliwie. W wielu wypadkach o prywatności mowy być nie może, a postacie zdają się wcale jej nie pragnąć, bo nie wiedzą, że mogłoby być inaczej. Również mentalność przedstawianych przez Bourgeona ludzi jest mentalnością właściwą dla postaci, żyjących w XIII wieku.

Warto przyjrzeć się uważnie rysunkom Bourgeona, zwrócić uwagę na rysowane przez niego wnętrza mieszkalne, spojrzeć pod nogi bohaterów (na chodniki, których nie ma), zadać sobie pytanie, czemu oni się tak ciągle tłoczą. Warto, bo Bourgeon - w przeciwieństwie do wielu twórców komiksowych, filmowych i literackich - nie puszcza tutaj wodzy fantazji, ale skrupulatnie oblicza wymiary i rekonstruuje wyglądy.

Stanisław Lem w eseju o konsekwencji (a może niekonsekwencji) w literaturze zwrócił uwagę na fakt, że łódź podwodna kapitana Nemo (z powieści 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi) jest znacznie większa w środku niż na zewnątrz. Przy okazji wskazał też inne niekonsekwencje, w innych utworach literackich. Myślę, że Lem byłby zachwycony konsekwencją Bourgeona, który zawsze pamięta o tym, że pomieszczenia, do których wchodzą bohaterowie mają stałe wymiary i dlatego każe im się schylać i garbić, i nigdy nie podnosi niskich sufitów tak, by móc narysować dumnie wyprostowane postacie.

Wydając wszystkie trzy części Towarzyszy zmierzchu razem, Egmont stworzył wrażenie, że dwie pierwsze części stanowią wstęp do trzeciej. W zwiazku z tym czytelnik odnosi wrażenie, że czyta historię, która ma wstęp długi, rozwlekły i słabo związany z głównym tematem opowieści. Tymczasem w Czarach w Lesie Mgieł i Cynowych oczach posępnego miasta rozwija się zupełnie inna opowieść, która ma swoją własną dynamikę i oferuje odbiorcy niezwykłe, magiczne wręcz wrażenia, ma jednak tę wadę, że zostaje przerwana w połowie i zastąpiona inną opowieścią. Ostatnia pieśń Malaterre'ów jest historią o tym, co zdarzyło się potem. Dokładnie rzecz biorąc, po uporaniu się z zadaniem, jakie bohaterowie powinni wypełnić, by pozostać w zgodzie z logiką fabuły początku tej opowieści. Czytając ten komiks "po bożemu", to znaczy w takim rytmie, w jakim go na Zachodzie wydawano, spodziewałem się epopei na miarę Władcy pierścieni - podobnej również pod względem fabularnym. U Tolkiena Frodo miał do spełnienia misję, w wyniku której świat miał zostać ocalony i zniszczony zarazem. Mały hobbit unicestwiając pierścień powodował upadek Saurona, ale sprawiał też, że dawna magia znikała z tego świata, a wraz z nią ze Śródziemia odchodziły krasnoludy i elfy, ustępując miejsca ludziom. U Bourgeona jest podobnie: w pierwszych częściach mamy dawne bóstwa, magiczne istoty i świat rządzący się własnymi prawami, domagający się od bohaterów, by wybrali stronę i wypełnili misję. Mamy zapowiedź, że bohaterowie odegrają w owej walce Starego z Nowym ważną rolę.

A potem mamy Ostatnią pieśń Maleterre'ów, w której bohaterowie nie dążą do wypełnienia żadnego zadania i pragną jedynie odpocząć po trudach, ale zostają wplątani w grę ambicji i władzy. Trzecia część trylogii Bourgeona jawi mi się jako mroczna wersja opowieści o tym, co przydarzyło się Frodowi, kiedy już wrócił do domu. Wielkie Zło zostało pokonane, ale przecież pozostali mali ludzie, realizujący swoje małe ambicyjki i teraz oni będą walczyli o władzę, już nie o władzę nad całym światem, ale o władzę nad najbliższą okolicą.

Ostatnia pieśń Malaterre'ów to opowieść tak znakomita, że warto i trzeba czytać ją osobno - jako pewną zamkniętą całość. Ale warto też oddać sprawiedliwość twórcy i przeczytać dwie pierwsze części jego cyklu tak, jakby też były całością. Całością, której nie poznamy, ale której możemy się domyślać.

Plansze Europy - 6 - Towarzysze zmierzchu

Scenariusz: François Bourgeon
Rysunek: François Bourgeon
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 10/2008
Tytuł oryginalny: Les Compagnons du crépuscule
Wydawca oryginalny: Casterman
Rok wydania oryginału: 1983-1990
Liczba stron: 228
Format: 215x295 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
Wydanie: I
Cena z okładki: 126,00 zł


blog comments powered by Disqus