"Fire and Stone #2: Aliens" - recenzja komiksu

Autor: Tomasz Nowak
29 czerwca 2017

Obcy – nowe otwarcie

Wydawało się, że kolejne tomy serii Fire And Stone następować będą po sobie w cyklu chronologicznym. Tymczasem wraz z drugim, Aliens, pojawia się zaskoczenie. Cofamy się w czasie w stosunku do Prometeusza. Jednocześnie dzięki tej podserii złożonej pierwotnie z czterech zeszytów, być może zaczynają zarysowywać się pewne odpowiedzi...

Mamy rok 2179. Osada Hadley’s Hope na księżycu LV-426 zaatakowana zostaje przez ksenomorfy. Części kolonistów udaje się zbiec na sąsiedni księżyc LV-223. Tam jednak czeka ich zaskoczenie i niezwykłe odkrycie, a przede wszystkim ponownie walka o przetrwanie.

Ocalonym przewodzą Derrick Russell – inżynier, jako jedyny zdający się naprawdę przejmować zastanym w nowym miejscu fenomenem terraformowania – oraz specjalistka cieplarniana Genevieve Dione. Inną wizję wyjścia z sytuacji ma Cale. Uciekinierom przyjdzie zatem nie tylko zetrzeć się z obcymi, ale także z własnymi, przeciwstawnymi racjami

Finał komiksu pozostawia niedosyt. Ale to już chyba znak firmowy tej serii. Dzięki dociekaniom Russela zbliżamy się do sedna tajemnicy czarnej mazi. Jakież jednak niepokojące okazują się jego wnioski! Podobnie jak obserwacje prowadzone na poddanych działaniu mazi, zmutowanych organizmach. Dokąd zmierzają zmiany nią wywołane? Niekontrolowane zmiany?

To właśnie te rozważania Russela i obserwowane przemiany stanowią clou opowieści stworzonej przez Chrisa Robertsona. Bez nich Aliens – podobnie jak rozgrywający się mniej więcej w tym samym czasie film Aliens – stanowiliby jedynie kolejną wizję walki człowieka z obcymi. Walki oczywiście z góry skazanej na porażkę.

Może właśnie z tej deterministycznej przyczyny Robertson nie buduje jakoś szczególnie swoich bohaterów. Pozostawia ich jak barany idące na rzeź – prostych, bez wyrazu, bez charyzmy. Można oczywiście tworzyć tego typu kolejne opowieści o wyniszczaniu słabych ludzi przez dominujących obcych, tyle że to już produkcje dla zatwardziałych fanów. W Aliens są na szczęście mutacje i Reynolds.

Patric Reynolds narysował tę historię „chropawoˮ. Chcąc pogłębić nastrój grozy, zapomniał trochę o wyrazistości całego świata. Do tego klimatu dostosowuje się występujący tu w roli kolorysty (!) Dave Stewart. Rysunkowi bohaterowie przejawiają emocje, w scenach wiele jest dynamiki, ale skoro rozważamy istotę szczegółu, tych szczegółów w rysunkach zdecydowanie brakuje. Nie ma detali otoczenia, przyrody. Na szczęście, powtarzając się, są mutanci i Reynolds.

Wiadomo, że w Aliens chodziło o zaskoczenie. Ale też o związanie całości serii. A wyszło tak sobie. Ta podseria stanowi w zasadzie kolejny kupon odcięty od uniwersum, a to za mało żeby zachwycić czytelnika nieprzesiąkniętego na wskroś czarną mazią. Powstała zwyczajnie przeciętna forma rzemieślnicza. Na szczęście są mutacje i Reynolds...

Fire and Stone - 2 - Aliens

Scenariusz: Chris Roberson
Rysunek: Patric Reynolds
Kolor: Dave Stewart
Wydawnictwo: Scream Comics
Rok wydania polskiego: 10/2016
Tytuł oryginalny: Fire and Stone: Aliens
Wydawca oryginalny: Dark Horse Comics
Rok wydania oryginału: 2015
Liczba stron: 112
Format: 170x260 mm
Oprawa: miękka
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 9788365454157
Wydanie: I
Cena z okładki: 49 zł



blog comments powered by Disqus