Funky w matriksie - recenzja komiksu "Funky Koval: Wrogie przejęcie"

Autor: Tomasz Nowak
11 lutego 2012

Drugą dekadę XXI wieku otwiera publikacja – rzec można wprost – oczekiwana na polskim rynku komiksowym najbardziej od wielu, wielu lat. I choć zawężył się skład jej autorów, zachowuje ona wiele ze swej pierwotnej tożsamości, głównie w sferze scenariusza. Jej lektura pozostawia wszakże wiele rozmaitych odczuć, dla których słowo „mieszane” zdaje się lekkim eufemizmem.

Co dzieje się obecnie z Funkym? Kim naprawdę jest Hellbright? Czy da się funkcjonować w wielu bytach jednocześnie? Czy cybersfera stanowi alternatywę dla rzeczywistości? Czy wreszcie można przechytrzyć superumysł i zostać „bogiem”?

Wyczekana, czwarta i ostatnia część przygód Kovala od samego początku atakuje świadomość z ogromnym natężeniem. Bez żadnych wstępów czytelnik zostaje rzucony od razu na głębokie wody – w miejsce, gdzie kończy się cześć trzecia. Tym razem jednak scenariusz idzie o krok dalej – obok świata przyszłości pojawiają się tu niesamowite wizje rodem z podświadomości, najprawdziwsi replikanci, a także cyberprzestrzenne byty. To wszystko rozwiązania na wskroś współczesne, niestojące jednakowoż w sprzeczności z duchem oryginalnej serii.

Właśnie owa „spoistość odjazdu” wydaje się być ogniwem najmocniej łączącym ten dopisany odcinek z resztą. Już tom trzeci przecież kończył się w sposób cokolwiek niezwykły, sceną, której pozostawało przetrwać dziewięć lat „zahibernowaną” w zawieszeniu.

- Nic bez Bogusia – powtarzał przez wiele lat uparcie Parowski, a Polch nie bardzo chciał. Teraz, gdy sprzedano prawa do ekranizacji, sytuacja się zmieniła – potrzebny stał się koniec, z którym jednak „nie po drodze” było już Rodkowi. Trochę szkoda, bo na pewno wniósłby trochę własnego fermentu (a może porządku) do świata, który począł nagle zbaczać bardziej w oniryczno-filozoficzne klimaty, wyraźnie bliższe Parowskiemu.

Pytaniem, które trudno dziś rozstrzygnąć jest także to, czy dobrze było czekać na Polcha? Trudno wyobrazić sobie, aby ktokolwiek z młodego pokolenia rysowników był w stanie (znalazł odwagę?) poświęcić swój styl (częściej manierę…) rysowania i dokończył tę historie na wzór oryginału, a wiec przyjął świadomie formułę naśladownictwa. (Istniejące z tym trudności potwierdzają różnego rodzaju okazjonalne produkcje w stylu W hołdzie dla...) Z drugiej jednak strony, widać, iż rysowanie komiksu sprawia dziś Polchowi niemałą trudność. Jego słynąca z detali i wyrazistości grafika stała się mało precyzyjna, postaci znów bardziej jednolite, a konstrukcja plansz dalece mniej dynamiczna. Odczucia te pogłębiają kolory – stonowane, mroczniejsze, nakładane już nie tak dokładnymi, obszerniejszymi plamami. Ów barwno-stylistyczny „remiks” pierwowzoru udziwnia jeszcze bardziej włączone do całości kilka plansz narysowanych znów trochę inaczej dekadę temu.

Tak więc, dalej z mieszanymi uczuciami, pozostaje stwierdzić: oto jest – koniec! Wyczekany, nowoczesny, zaskakujący, świeży, uniwersalny, niesztampowy... Tyle, że już „nie taki”. Właśnie coś jakby „wrogie przejęcie” – miejsce „naszego” Funky’ego zajął „inny” Funky. I drolle nie miały bynajmniej z tym nic wspólnego.

Funky Koval - 4 - Wrogie przejęcie

Scenariusz: Maciej Parowski
Rysunek: Bogusław Polch
Kolor: Bogusław Polch
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok wydania polskiego: 10/2011
Liczba stron: 48
Format: 215x290 mm
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
Wydanie: I
Cena z okładki: 21,90 zł

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus