Recenzja komiksu "Hellblazer: Niebezpieczne nawyki"

Autor: Jerzy Szyłak
21 września 2008

W eseju o komiksie Krazy Kat Robert Warshow napisał, że była to opowieść, w której Ignatz (mysz) przez trzydzieści lat rzucał w Kocura cegłą. Zdaniem tym podsumował Krazy Kata jako serial i jednocześnie w lapidarnej formie uchwycił ideę serialu jako takiego. Oczywiste jest nawet dla tych, którzy nigdy nie widzieli komiksu George'a Herrimana, że nie mógł on nieprzerwanie opowiadać o rzucaniu cegłą, ale ci, którzy ów komiks znają, muszą przyznać, że szybująca cegłówka pojawia się w nim równie regularnie, jak temat przewodni na ścieżce dźwiękowej Piratów z Karaibów i na podobnej zasadzie stanowi znak rozpoznawczy serialu. Wspominam o tym dlatego, że pojawił się na naszym rynku jeden z najsłynniejszych seriali ostatnich lat - mam na myśli Hellblazera - i w związku z tym czuję się zobowiązany do lapidarnego określenia, o czym ten komiks jest i mam z tym pewien problem.

W przypadku Hellblazera kwestia, kto w kogo "rzuca cegłą" jest trudna do rozstrzygnięcia. Formalnie rzecz biorąc John Constantine Hellblazer to komiks grozy, którego bohaterem jest mag. Jako horror powinien on być wypełniony całą menażerią monstrów z tego i z innych światów. Jako opowieść o magu winien rozgrywać się w alternatywnych wymiarach, dotyczyć mistycznych mocy i polegać na toczeniu pojedynków ze stworami światła i ciemności, niedostrzegalnymi dla tych, co nie mają oczu po temu. I w Hellblazerze znajdziemy te wszystkie elementy. Pojawiają się tu wampiry, demony z piekła rodem, duchy zmarłych, pokutujący potępieńcy, istoty zrodzone w najstraszniejszych koszmarach, a nawet pogańskie bóstwa z dawno zapomnianych mitologii. John Constantine - jak na maga przystało - potrafi zajrzeć pod podszewkę rzeczywistości, sprawnie posługuje się magicznymi artefaktami i ma całkiem niezłą ich kolekcję (trzyma je wszystkie w jakimś garażu), wchodzi w konszachty z demonami, potrafi stworzyć i ożywić golema, toczy magiczne pojedynki, współpracuje z innymi magami podczas akcji mających na celu uratowanie wszechświata (o tym możemy dowiedzieć się raczej z innych komiksów), wypala dwie paczki Silk Cutów dziennie. Tyle, że tak naprawdę wcale nie o to (może z wyjątkiem palenia Silt Cutów) w tym komiksie chodzi.

John Constantine jest bohaterem serialu ukazującego się nieprzerwanie od 1987 roku. W porównaniu z Supermanem czy Batmanem , serialami, które już wkrótce będą obchodzić siedemdziesiąte urodziny, wypada blado. Trzeba jednak zauważyć, że wymienione seriale o bohaterach w trykotach (podobnie jak i wiele niewymienionych) nigdy nie ciągnęły się nieprzerwanie - nawet jeśli ciągle się ukazywały. Tak Superman, jak i Batman bywali definiowani na nowo, na potrzeby kolejnego pokolenia czytelników. A czasem owo definiowanie polegało na wprowadzaniu radykalnych zmian i w konstrukcji postaci i w kreacji świata przedstawionego. Mogliśmy się o tym przekonać, gdy TM Semic zaczął wydawać u nas komiksy o Supermanie, ponieważ polski wydawca rozpoczął serię od takiej właśnie, reinterpretującej starą opowieść o Człowieku ze Stali, miniserii stworzonej przez Johna Byrne'a. John Constantine natomiast wciąż pozostaje tym samym cynikiem, który zaczął występować we własnej serii w 1987 roku, ale po raz pierwszy pojawił się dwa lata wcześniej, w trzydziestym siódmym odcinku serialu Swamp Thing, do którego scenariusze pisał wówczas Alan Moore. To właśnie twórca Strażników nadał tej postaci kształt ostateczny, zarówno jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny (wedle słów samego Moore'a miał to być ktoś podobny do Stinga), jak i cechy charakteru.

W umieszczonej w Hellblazer Secret Files chronologii serialowych (i przedserialowych) wydarzeń Michael Bonner podaje, że John urodził się 10. maja 1953 roku. Jest to informacja o tyle istotna, że Constantine dość konsekwentnie się starzeje (a nawet od czasu do czasu obchodzi urodziny), choć w najnowszych odcinkach nie zawsze wygląda na swoje pięćdziesiąt pięć lat. Z podobną - choć wcale nie planowaną - konsekwencją starzeje się też opowieść o nim: początek całej opowieści, zebrany w tomie Original Sins, trąci myszką (najbardziej - epizod z yuppies z Piekła świętujących dojście do władzy Margaret Thatcher), a historia opowiedziana w tomie Fear Machine (zbierającym odcinki od 14 do 22) zdradza wyraźnie fakt, że Constantine narodził się jako późne dziecko ery Wodnika i w głębi serca pozostaje hippisem, choć na takiego nie wygląda. Wydarzenia opowiedziane w - właśnie wydanych w Polsce - Niebezpiecznych nawykach - rozegrały się w 1991 roku. Obiektywnie rzecz biorąc, to też było dawno temu i można zapytać, czemu Egmont zdecydował się zacząć wydawanie serii od tej właśnie części: ani pierwszej, ani też bliskiej współczesności.

Powodów jest kilka. Po pierwsze, to do Niebezpiecznych nawyków sięgnęli scenarzyści filmu Constantine. Co prawda, wzięli z nich niewiele - chorobę głównego bohatera, spotkanie z Archaniołem Gabrielem w ekskluzywnym klubie dla gentlemanów i spektakularne wejście Pierwszego z Upadłych, ale reszta to niemal w całości wymysł pismaków i żadnego związku z komiksem Hellblazer nie ma. Po drugie, jest to komiks, od którego swoją przygodę z Johnem Constantinem zaczął Garth Ennis - scenarzysta znany u nas i lubiany. Po trzecie - to właśnie tu rodzą się i zawęźlają wątki, które będą rozwijane w kolejnych częściach serialu. Reminiscencje niektórych z nich pojawiają się nawet w najnowszych epizodach serialu. Po czwarte wreszcie, Ennis dokonał swoistej reinterpretacji głównego bohatera, zmieniając jego image. Zrobił to w inny sposób niż scenarzyści odnawiający wizerunki superbohaterów: dopisał mu do życiorysu traumatyczne przeżycie (to o nim opowiadają Niebezpieczne nawyki), po doświadczeniu którego John Constantine musiał się zmienić. Na marginesie trzeba dodać, że zmiana ta mogłaby nie mieć charakteru permanentnego, gdyby nie fakt, że Ennis pozostał scenarzystą Hellblazera przez następne czterdzieści odcinków (prawie cztery lata) i bardzo radykalnie ograniczył obecność w nim innych wymiarów i występowanie demonicznych stworów nie z tej ziemi. Ich miejsce zajął ktoś, kto wygląda jak człowiek, tyle że napawa ludzi zwątpieniem i sączy w ich uszy jad mrożący duszę. Pod piórem Ennisa Hellblazer zamienił się w horror przerażający czytelników tym, co są zdolni zrobić ludzie innym ludziom.

Dokładnie rzecz biorąc, Garth Ennis wcale nie wymyślił tego, że Hellblazer ma być horrorem, w którym źródłem przerażenia mają być ludzkie zachowania. Ta myśl była obecna już u Alana Moore'a, rozwijał też i potwierdzał ją Jamie Delano, scenarzysta, który rozpoczął pisanie do regularnej serii i prowadził ją aż do odcinka czterdziestego, kilkakrotnie ustępując miejsca innym piszącym, takim jak Grant Morrison (scenarzysta dwóch odcinków) czy Neil Gaiman (który napisał tylko jeden odcinek, znany w Polsce z publikacji Dni pośród nocy). Ale Ennis uczynił ją bardziej widoczną, to on uczynił jej ów "rzut cegłą", o którym wspominałem na początku.

Hellblazer - 6 - Niebezpieczne nawyki

Scenariusz: Garth Ennis
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 6/2008
Tytuł oryginalny: Hellblazer: Dangerous Habits
Wydawca oryginalny: DC Comics - Vertigo
Liczba stron: 160
Format: 170x260 mm
Oprawa: miękka
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-237-2450-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 49 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus