Recenzja komiksu "Hellblazer: Chora miłość"

Autor: Bool
24 marca 2010

Chora miłość, mimo że oryginalnie wydana jako dziewiąta część serii, stanowi dopiero trzecią wydaną w Polsce odsłonę przygód brytyjskiego maga i egzorcysty, Johna Constantine'a. Postać ta znana jest szerszemu gronu odbiorców z filmu Constantine z Keanu Reevesem w roli tytułowej.

Już w nim dało się zauważyć, że Constantine, notabene dobry w swoim fachu, stanowi typ bohatera zniszczonego, którego niemal stale widzimy "na deskach", próbującego się z nich podnieść lub walczącego, by nie upaść ponownie. Ecce homo, chciałoby się skomentować.

Tym razem Constantine znalazł się już na samym dnie. Po tym, jak stracił miłość swego życia, Kit, wylądował na ulicy, między bezdomnymi żebrakami. Najwyraźniej traktuje swój upadek jako pokutę za własne grzechy, a przede wszystkim za głupotę. Jednocześnie szuka sensu, motywacji, która pchnie go do wyjścia z marazmu. W międzyczasie przyjdzie mu zmierzyć się z głodem, zimnem, chamstwem i, przede wszystkim, z wampirami (Ostatnia noc w życiu króla wampirów). Opowie też tragiczną historię dawnego kolegi, jego dziewczyny i demonicznej zemsty (Chora miłość). W Konfesjonale Constantine trafi na swego niedoszłego zabójcę z czasów młodości. Większa część tej historii to wspomnienie ich pierwszego spotkania. W opowieści Kraj ojców przedstawiony zostaje urywek losów Kit, która wróciła do rodzinnej Irlandii.

Scenariusz Ennisa jest jak zwykle mocny i brutalny. Może nie tak bardzo jak w Kaznodziei, ale skojarzenia nasuwają się automatycznie (podobnie jak w poprzednim Hellblazerze, zatytułowanym Strach i wstręt). Ennis przedstawia okrutną rzeczywistość, nie owijając w bawełnę, czasem aż przesadzając. Brawa należą mu się za spostrzeżenia na temat podejścia "normalnych" ludzi do bezdomnych. Kolejny plus za dialogi, zwłaszcza w Kraj ojców i Konfesjonale. Nie są może one na miarę Tarantino, lecz nadal czyta się je z przyjemnością. Widać, że autor ma coś do powiedzenia na temat kondycji współczesnego społeczeństwa, nie przebierając w środkach. Pomimo błyskotliwych dialogów Kraj ojców, czyli migawka z życia Kit, nie pasuje do reszty, w historii tej nie ma Constantine'a i praktycznie nic się nie dzieje. Za to cała reszta jest dokładnie taka, jak należało oczekiwać po lekturze poprzedniego tomu i po Ennisie: to twardy komiks, pełen scen brutalnych, obrazoburczych i erotycznych.

Rysunki Steve'a Dillona i okładki Glenna Fabry'ego to kolejne elementy budzące skojarzenia z Kaznodzieją. Fabry to prawdziwy artysta, każda z okładek jego autorstwa to sugestywne i nieraz szokujące dzieło, przypominające nieco prace Bisleya. Dillonowi najsłabiej wychodzą twarze - wszystkie są do siebie podobne, co może przeszkadzać podczas lektury. Poza tym jego kresce ciężko coś zarzucić, jest solidna, pasuje do fabuły i wręcz pomaga budować jej klimat.

Z pewnością Chora miłość przypadnie do gustu wielbicielom Ennisa, t e g o Ennisa znanego z Kaznodziei i Pielgrzyma. Jest za to diametralnie różna od pierwszego, mocno "gaimanowskiego" Hellblazera, jaki ukazał się w naszym kraju, czyli Niebezpiecznych nawyków, do których też, o dziwo, scenariusz napisał Garth Ennis.

Hellblazer - 9 - Chora miłość

Scenariusz: Garth Ennis
Rysunek: Steve Dillon
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 4/2009
Tytuł oryginalny: Hellblazer: Tainted Love
Wydawca oryginalny: DC Comics - Vertigo
Rok wydania oryginału: 1998
Format: 170x260 mm
Oprawa: miękka
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-237-2550-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 59 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus