Początek wspaniałej przyjaźni - recenzja komiksu "Czarna Orchidea"

Autor: Kormak
23 października 2006


Z pozoru kolejna historia o superbohaterach. Pozory jednak mylą.

Czarna Orchidea pierwszy raz w świecie komiksu pojawiła się w 1973 roku jako jedna z wielu zamaskowanych postaci uniwersum Action Comics. Ta postać nie miała jednak zbyt wielkiego potencjału i w kolejnych latach pojawiała się tylko sporadycznie. Wszystko zmieniło się w 1988 roku, kiedy wziął się za nią Neil Gaiman, wówczas jeszcze na początku swojej wielkiej kariery. Wspólnie z rysownikiem Dave'em McKeanem (z którym pracował przy Violent Cases) stworzyli miniserię, w której dokonali potężnych zmian w całej mitologii postaci Czarnej Orchidei. Tym samym stali się częścią istnej komiksowej rewolucji, podczas której młodzi, utalentowani scenarzyści brali na warsztat stare, zapomniane, podupadłe tytuły i praktycznie "wymyślali" je na nowo. Ta grupa scenarzystów to obecnie jedni z najoryginalniejszych twórców komiksowych, którzy przedefiniowali cały gatunek obrazkowych opowieści i superbohaterach. Wymienić tutaj trzeba przede wszystkim Alana Moore'a (Swamp Thing), Granta Morrisona (Animal Man) czy Petera Milligana (Shade The Changing Man). Gaiman powtórzy później swój zabieg, biorąc się za "Sandmana", który stanie się jego najsłynniejszym dokonaniem w świecie komiksu.

Gaiman znacząco odświeżył postać Czarnej Orchidei i wyjaśnił jej pochodzenie, dał początek i nazwisko. Połączył mocno jej przeszłość z innymi superbohaterami i superłotrami związanymi ze światem roślinnym, takimi jak Swamp Thing, Floronic Man czy Poison Ivy. Z jednej strony swoje początki ma ona w laboratoryjnych eksperymentach, ale z drugiej Gaiman zakorzenił ją w sferze mitologicznej. Chociaż jej moce nie zmieniły się, to ona sama przeistoczyła się z zamaskowanej pogromczyni zła w istotę, której bliżej do żywiołaków i nimf, niż do świata ludzi. Dobrze jest to pokazane w komiksie, gdzie Indianie w amazońskiej dżungli widzą w niej bóstwo czy też ducha przyrody. Oprócz wymienionych wcześniej postaci w Czarnej Orchidei pojawiają się także bardziej znani polskiemu czytelnikowi Lex Luthor, główny przeciwnik Supermana, czy Batman. Poszukiwanie sekretów własnej przeszłości zawiedzie Orchideę do zakładu dla obłąkanych w Arkham, gdzie spotka Jokera, Szalonego Kapelusznika i Two-Face'a - ten epizod to jakby rozgrzewka dla Dave'a McKeana, który później zilustruje niesamowite Arkham Asylum Granta Morrisona. Nie chcę tutaj za bardzo rozpisywać się na temat związków poszczególnych postaci czy zdradzać nazwiska Czarnej Orchidei, bo to wszystko powinien odkryć sam czytelnik podczas lektury i nie mam prawa psuć nikomu zabawy.

Chociaż w Czarnej Orchidei roi się od znanych postaci, to są one tylko tłem dla głównej bohaterki, a i same spoktania nie przebiegają według uznanych reguł. Nie znajdziemy tutaj spektakularnych pojedynków na supermoce; przemoc jest obecna, ale stosują ją zwyczajni ludzie. Batman, Poison Ivy i inni nie są jedynie oponentami czy sprzymierzeńcami. Stanowią raczej elementy układanki, udzielają informacji i wskazówek Orchidei, odkrywając przed nią fragmenty z jej przeszłości. Orchidea nie chce się mścić na tych, którzy ją skrzywdzili, szuka jedynie własnej tożsamości. Prawie każda postać w komiksie, dobra i zła, w pewnym momencie ma wybór: przemoc lub jej zaniechanie. Każdy wybiera inaczej, czasem zaskakując czytelnika. Niespodzianki zresztą są już na samym początku, kiedy jeden ze złych wygłasza mowę, w której chwali się znajomością prawideł rządzących komiksową fabułą i poprzez swoje czyny świadomie je łamie. Gaiman w ten sposób daje do zrozumienia: Owszem, to historia o superbohaterach, ale opowiedziana na moich zasadach. Spodziewajcie się niespodziewanego. I tak jest rzeczywiście. Ciekawym akcentem jest też zabieg, który później pojawiać się będzie często w komiksach Gaimana: cytaty z piosenek rockowych i klasyki światowej poezji, idealnie wpasowane w fabułę. Tylko u niego teksty Lou Reeda stoją na równi z rubajatami Omara Chajjama.

Nie można zapomnieć o stronie graficznej, bo pod tym względem Czarna Orchidea prezentuje się równie wspaniale. Dave McKean z jednej strony potrafi rysować ludzkie postacie z niemal fotorealistyczną dokładnością, a z drugiej kreuje ekspresjonistyczne, fantastyczne scenerie. Ten dualizm znajduje swoje odzwierciedlenie w samym komiksie. Rysunki toną w soczystych, hipnotyzujących barwach, nie może być jednak inaczej, skoro świat roślin jest tak ważną częścią komiksu. Jednocześnie świat człowieka i cywilizacji jest ponury, wyblakły, jakby wyssano z niego całą energię. I tak jak miasta i ludzie są prawie że czarnobiali i wiecznie zanurzeni w cieniu, dżungla czy bagna dla kontrastu wręcz oszałamiają kolorystyką (np. pięknie mieszający się fiolet z zielenią podczas spotkania ze Swamp Thingiem czy rozmowy z Batmanem w ogrodzie w Arkham). Styl McKeana jest idealny dla gotyckiego, odrealnionego nastroju, w jakim lubuje się Gaiman. Jak bardzo jego wizja potrafi ucierpieć z powodu słabych rysowników można przekonać się przeglądając chociażby numery Sandmana wydane także u nas.

Miniseria Czarna Orchidea pokazała wszystkim, jaki olbrzymi potencjał drzemie w tandemie Gaiman/McKean. Później pracowali razem przy komiksach, książkach czy filmach, a rezultaty zawsze były co najmniej intrygujące. Warto przekonać się na własne oczy, jak znakomite dzieło popełnili już na samym początku wspólnej drogi. Jeśli wcześniej nie znaliście ich twórczości, ten komiks na pewno rozbudzi wasz apetyt.


Mistrzowie Komiksu - Exclusive - 9 - Czarna Orchidea

Scenariusz: Neil Gaiman
Rysunek: Dave McKean
Okładka: Dave McKean
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 10/2006
Tytuł oryginalny: Black Orchid
Wydawca oryginalny: DC Comics (Vertigo)
Rok wydania oryginału: 1988-1989
Liczba stron: 144
Format: B5
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN: 83-237-2816-X
Wydanie: I
Cena z okładki: 79 zł


blog comments powered by Disqus