Recenzja mangi "Monster Petite Panic", czyli syreni księżniczek i jego gburowaty wybawca


Czy można opowiedzieć historię tak po prostu, bez fajerwerków? Skupić się jedynie na skrawku czasu i przestrzeni? I wciąż przekazać fajną, miłą opowiastkę? Okazuje się, że tak – a przynajmniej Kandzie Neko w Monster Petite Panic to się udało.

Gdy Wydawnictwo Dango ogłosiło swoją nowość, podniósł się krzyk radości, że to właśnie Monster Petite Panic się ukaże jako pierwsze – a taki entuzjazm fanów zazwyczaj wróży tytułowi dobrze. Sporo osób wiedziało, o czym mowa, inni tytułu nie znali, ale po szybkich konsultacjach z Googlem również wyrazili zainteresowanie. I tak oto na początku 2016 roku najmłodsze mangowe wydawnictwo uraczyło swoich czytelników komiksem z gatunku boys’ love.

Kanda Neko przenosi swoich czytelników do szkoły dla stworzeń mityczno-magicznych, obdarzonych kago, rodzajem mocy, z którą rodzi się każdy człowiek. Jej poziom oraz rodzaj mogą się różnić, nie każdy mieszkaniec Ziemi będzie więc przyjmował od czasu do czasu postać diabła, syreny czy ognistego ptaka. Dwójka głównych bohaterów mangi, Kojiro Suzuki (Ifrit) oraz Lauri Asagiri (Lewiatan) są posiadaczami najsilniejszych kago, dlatego też zgodnie ze szkolnym regulaminem musieli dołączyć do Komitetu Porządkowego. Tak, właśnie, ich zadaniem jest trzymanie w ryzach skąpiej obdarzonych mocą, niezwykle wybuchowych uczniów szkoły. Suzuki, niezwykle poważny, nieangażujący się wydarzenia w otoczeniu, z niewiadomych dla niego samego przyczyn stał się obiektem zainteresowania Asagiriego. Jak się skończy gonitwa wody (Lewiatana) za ogniem (Ifrita)?

Monster Petite Panic jest idealnym przykładem przyjemnej, zupełnie nieskomplikowanej historii. Ot, spotykają się dwie osoby, a łącząca je więź powoli się zmienia, wzmacnia, pojawiają się silne uczucia. Nie mamy do czynienia z żadną wielką tragedią, nikt nie umiera, żadnego świata nie trzeba ratować. Dlatego trudno napisać coś więcej o samej fabule – dotyczy ona właściwie codzienności głównych bohaterów, na dodatek niezwykle ograniczonej do działania Komitetu Porządkowego w szkole: godzenia bójek czy niedopuszczania do zniszczenia szkoły, gdy za rogi biorą się przewodniczący i kapitan sportowy.

Restrykcje czasowe i przestrzenne, choć wygodne z punktu widzenia technicznego (mangaka nie potrzebuje konceptów wielu miejsc), nie są wcale takie proste do ogrania fabularnego. Ile rzeczy może się wydarzyć w szkolnych murach? Miliardy szkolnych mang pokazują nam, że całkiem sporo. Dlatego można się zachwycić tym, że Kanda, mając do dyspozycji bohaterów magicznych, woli bawić się raczej ich relacjami niż walką, zagrożeniem i innymi rzeczami. Pod tym względem Monster jest po prostu codzienny – tak, powtarzam się, ale jako czytelnicy często zapominamy, jak takie zwykłe dni potrafią być ciekawe, jeśli tylko zostaną nam odpowiednio przedstawione.

Ponadto Kanda zdecydowanie lubi przerywać swoim bohaterom w najważniejszych momentach ich relacji, co rozgrywa naprawdę zgrabnie. Jak się okazuje, przerwać również należy umieć, inaczej cała scena straci nie tylko na humorze, ale również na misternie budowanym napięciu pomiędzy bohaterami (nie tylko erotycznym, świntuchy). Mamy wręcz ochotę udusić pewnego byłego przewodniczącego komitetu, żeby się w końcu ogarnął i sam się zajął problemem, zostawiając naszych chłopców w spokoju! Przecież muszą w końcu  kiedyś poważnie porozmawiać! Nie, żeby powoli rodzące się uczucie nie było ewidentne dla wszystkich poza poważnym Ifrytem.

Jak na pierwszą mangę Dango wybrało wręcz idealny tytuł – z pogranicza yaoi i shounen ai, mający w sobie trochę magii, trochę powagi, trochę humoru, ładnie narysowany ze ślicznymi, acz nie przesadzenie pięknymi chłopcami. Jednocześnie Monster nie jest komiksem nijakim, jak to yaoice potrafią, choć również niczyim światem nie wstrząśnie. Miła lektura – tak chyba najlepiej określić mangę Kandy.

Pierwszemu wydawniczemu dziecku Dango towarzyszy urocza wiadomość, prosząca czytających o wyrozumiałość – w końcu pierwsze koty za płoty, nie wszystko mogło się udać. Błędów czy wielkich baboli nie znajdziemy, wszystkie dymki ładnie i logicznie się łączą, jest więc dobrze. Jedyne, co mi osobiście się nie podoba, to onomatopeje, czyli odwieczny problem przekładania mang na język polski. Po prostu wolę rozwiązanie Kotori niż próbę wciśnięcia naprawdę szerokiej gamy możliwości zapisu dźwięków w nasze skromne, językowe możliwości. Nic na to nie poradzę.

Podsumowując, Monster Petite Panic jest: urocze, przyjemne i zwykłe (w tym pozytywnym sensie). To dobry, wydawniczy debiut, który przypadnie do gustu tak fankom boys’ love, lżejszych, romantycznych opowieści, jak i wielbicielkom tych zdecydowanie niegrzecznych. Fajne czytadło.

Monster Petite Panic

Scenariusz: Neko Kanda
Rysunek: Neko Kanda
Wydawnictwo: Dango
Rok wydania polskiego: 1/2016
Liczba stron: 141
Format: 128 x 182 mm
Oprawa: miękka
Papier: offset
Druk: cz.-b.+kolor
Wydanie: I
Cena z okładki: 21,90 zł


blog comments powered by Disqus