Miałem dziesięć lat - recenzja komiksu "Na szybko spisane: 1980-1990"

Autor: Jakub Żulczyk
19 czerwca 2007

Z okresu barbarzyńskiego mojego dzieciństwa pamiętam Thorgale - nauczyłem się czytać stosunkowo wcześnie, co z perspektywy czasu nie było zbyt pozytywne - a zwłaszcza trzecią stronę, na której zaczytany w Tintinie gwiezdny chłopak nie zwracał uwagi na to, że Aaricię goni jakiś ohydny, spocony wiking, w celach niespecjalnie przyzwoitych, czego jako czteroletnie pacholę nie byłem w stanie wtedy szczególnie zrozumieć. Był to dla mnie nietęgi szok poznawczy - jak ten niepokonany bohater, który już w moim wieku zrobił bałwana z trzygłowego smoka, który eksplorował tajemnicze miasta Majów i był mistrzem łucznictwa, może tak po prostu usiąść i czytać komiks, gdy jakiś zły barbarzyńca goni jego ukochaną? I co w ogóle robią komiksy w świecie Thorgala?

Jestem pewien, że gdy w młodym wieku Michał Śledziński sięgał po przygody wikinga z kosmosu, zadawał sobie te same pytania. Gdy otworzymy Na szybko spisane na czwartej stronie widzimy obrazek bezpośrednio nawiązujący do złotej ery Thorgali - nad jakimś zeszytem leży w stanie medytacyjnego wręcz skupienia główny bohater komiksu Śledzia. Jednak w tle nie ma żadnego wikinga ani księżniczek. Co więcej, nigdy się nie pojawią. Bowiem Na szybko spisane, zdecydowanie najlepsze dzieło Śledzia, co więcej, najbardziej poruszający polski komiks ostatnich paru lat, jest gorzkim rozliczeniem z nami samymi - czytelnikami, lekko odseparowanymi dzieciakami żyjącymi w świecie własnej wyobraźni, żyjącymi według swojej własnej, kulturowej mapy. Polskimi dziećmi XXI wieku, odchowanymi przez przegrywane kasety video, magazyny "Bajtek" a następnie "Secret Service" (do którego Śledziński wysyłał jako nastolatek swoje pierwsze rysunki), ludźmi, którzy dobrze wiedzą, co to znaczy każdego dnia wertować katalogi z klockami Lego i czekać na kolejne zestawy, które być może ktoś zostawi nam pod choinką. Większość naszych proustowskich magdalenek, katalizatorów wspomnień i emocji krąży wokół telewizji, komiksów, filmów video i zabawek. I gdzieś za zasłoną tego wszystkiego - lepiej przecież pamiętamy fascynację dinozaurami czy UFO, niż dziecinne traumy - kryje się prawdziwe dzieciństwo. Również jego ciemne strony. Śledziński pisze pokoleniową biografię nas wszystkich, roczników wyżu demograficznego - i mówiąc szczerze, nikomu przedtem się to nie udało.

Przepraszam za histeryczny ton. Czytając komiks Śledzińskiego jestem tak blisko tej historii, jak tylko można się z czymkolwiek utożsamić. Operując ikonami epoki, którą opisuje (przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych) Śledziński ma w dupie politykę i zmiany ustrojowe, schodząc do percepcji dziecka pokazuje ten świat najlepiej, najprawdziwiej, właśnie tak, jak go zapamiętaliśmy. Robi to po mistrzowsku. Na szybko spisane to stosunkowo krótki komiks, ale każdy kadr, każdy detal, każda reminiscencja ma swoje miejsce i działa, otwierając śluzy w mózgu i wylewając mnóstwo własnych wspomnień. Oglądanie "Telewizji Edukacyjnej". Gra w noża. Podwórkowe bitwy. Taśmy video, na których czasami nie ma pana od tłumaczenia. Popijanie kompotu w bujanym fotelu. Książki Nienackiego. Komiks Pilot Śmigłowca. Zbudowane z Lego małe metropolie. Atari. Jednokasetowe magnetofony Kasprzak z opcją nagrywania. Przepraszam, ale to jest moje. To o mnie. Spostrzegawczości, intuicji i wyczucia mógłby pozazdrościć Śledzińskiemu niejeden prozaik - autor Osiedla swoboda doskonale wie, jak opisać świat. Wyłapuje najważniejsze cechy dystynktywne. Wie, co jest trąfem.

Ale pomiędzy tymi wszystkimi detalami, tak doskonale odwzorowującymi epokę, kryje się jeszcze opowieść - zabawna, smutna i straszna, ale pozbawiona łzawego melodramatyzmu czy jakichś moralnych dylematów, przez pryzmat których oglądamy historie z tamtych czasów napisane przez ludzi starszych od nas o jakieś dwadzieścia lat. Mimo wszystko, piorunująco polska i wyjątkowo bliska. Nielegalne interesy, alkohol, rodzinne piekło, które odzywa się nawet przy Wigilii - to jest wszystko tutaj, ale perfekcyjnie sprowadzone do optyki dziecka. A przez to tysiąckrotnie silniejsze - narrator trochę nie rozumie, ale Ty rozumiesz doskonale. Nie widzisz w obrazku twarzy taty głównego bohatera, bo każdy rysunek dostosowany jest do świata widzianego przez dziecko - dorośli są ucięci z reguły w okolicach pasa - ale doskonale wiesz, co na niej jest. Tak naprawdę wiesz, co przed chwilą się stało. Ale nie możesz wytłumaczyć tego łysemu ludzikowi z Na szybko spisane. Przecież to tylko komiks.

Narracja w Na szybko spisane to perfekcja formy - Śledziu buduje historię bardzo prostymi, trafnymi i dziecięcymi zdaniami. Nie trzeba ani słowa więcej. Każda kropka jest na swoim miejscu. To, czego nie ma, kryje się w luźnym, naszkicowanym obrazku, w którym nie ma niechlujstwa - jest raczej pełna autentyczność, zachowanie formy rysowanego dziennika. Nie trzeba więcej, niż Brat brał finkę i wychodził. Ja nie chciałem. Patrzyłem tylko z okna, jak inne dzieci krwawią. Albo: Czułem się jak karetka, bo inne dzieci schodziły mi z drogi. Biegłem coraz szybciej. Krzyczałem coraz głośniej. Nauczycielki złapały mnie, gdy kończyłem drugie kółko.

To wszystko koresponduje z rysunkiem, który - moim zdaniem - jeszcze nigdy, w całej karierze Śledzińskiego nie był tak dobry i trafny - narzucenie sobie luźnej, szkicowanej formy, brak dopieszczeń, zamierzone "niby niechlujstwo" zaowocowało tak naprawdę najlepszymi graficznie planszami, jakie narysował w swojej karierze. Wyczyszczony z jakichkolwiek komiksowych inspiracji nabrał w końcu własnego języka, który ginął gdzieś w cartoonowej konwencji Fido i Mel czy blantowych odjazdach Osiedla swoboda. W tym komiksie jest tyle formalnego oddechu, że można tylko się zastanawiać, jaką frajdą - zapewne również swoistym katharsis - była dla autora praca nad Na szybko spisane.

To absolutnie cudowna książka. Wyzbyta z aspiracji, skromna, posiadająca formę prywatnego dzienniczka osiąga to, co nie udało się dziesiątkom dużo poważniejszych komiksów i powieści w historii III RP. Tylko sięgając do przeszłości możemy odkryć, kim naprawdę jesteśmy - a Śledziński zarówno każe nam zdefiniować na nowo naszą własną kulturową tożsamość, jak i wrócić do naszych własnych wspomnień.

Jak napisałem wcześniej, to jest właśnie o nas - szukanie jakichkolwiek tropów, na ile Na szybko spisane jest autobiografią, to bezcelowe. To biografia prawie wszystkich, którzy urodzili się pomiędzy 1978 a 1983 rokiem, komiks, który nie może być niezrozumiały, chociaż mówi - przynajmniej po części - o rzeczach skrajnie osobistych. To album prosty, wzruszający, mądry, trafny i kompletny. A jeśli ktokolwiek będzie próbował się ze Śledziem ścigać, niech posłucha jego własnej rady - patrz do środka. Patrz wszędzie.

Na szybko spisane - 1 - 1980-1990

Scenariusz: Michał Śledziński
Rysunek: Michał Śledziński
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Rok wydania polskiego: 3/2007
Liczba stron: 52
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-923986-9-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus