Recenzja komiksu "Paproszki, czyli małe piszczące ludziki"

Autor: Daniel Chmielewski
2 kwietnia 2008

Jacek Świdziński, młoda gwiazda rodzimej sceny komiksowej, wybuchł siłą supernowy na ostatnich WSK, serwując nam nie jeden, a dwa debiuty. Pierwszy, napisany i narysowany wspólnie z Michałem Rzecznikiem - Przygody Powstania Warszawskiego. Drugi, w pełni autorski - Paproszki, czyli małe piszczące ludziki.

Paproszki... to 44-stronicowy, czarno-biały zeszyt składający się z kilku skeczów. Uważam, że ten termin najlepiej oddaje charakter zawartych tu kilkustronicowych epizodów, odwołujących się do znanych nam z codzienności sytuacji. Dlatego skecze, bo autor, tworząc dowcip, posiłkuje się całą plejadą postaci, dobierając najwłaściwszych aktorów do danej scenki, i tak samo dobierając jedynie niezbędne rekwizyty i środki formalne, jak to ma miejsce u komików scenicznych.

Jacek posługuje się prostym, ale klarownym i jednocześnie idealnie dopełniającym humor słowny rysunkiem. Wypracowuje sobie przy tym system znaków ułatwiających poruszanie się po jego świecie. Charakterystycznie wygięte ciała podczas scen rozpaczy lub paniki, kropelkowe łezki zdradzające smutek lub wstyd. Wciąż są naleciałości naiwnego kreskówkowego stylu (widoczne zwłaszcza na planszy z "zaszywaniem starego dziada"), ale widać po autobiograficznych komiksach zamieszczanych przez Jacka w Internecie, że jego rysunek dojrzewa, a kreska staje się pewniejsza.

Bardzo dobrze Jacek gra kompozycją i rytmem. Już na stronach tytułowej i wydawniczej atakuje nas gromadą głowonogów wygłaszających cytaty, popkulturowe parafrazy i dowcipy, niektóre subtelne, niektóre banalne (które w tym zestawieniu są wypowiadane z przymrużeniem oka i pasują do konwencji). By nie odstraszyć potencjalnego czytelnika rysowanymi w 5 sekund głowonogami, autor zaczyna Paproszki... od serii skeczów dość konkretnych, z ludźmi w rolach głównych. Dopiero koło połowy, kiedy już wiemy, że umie rysować zgodnie z konwencją gatunku, znów nas atakuje okrągłymi bezrękimi ludzikami.

Niektórzy chwalą "szkatułkową formę" komiksu, który faktycznie w pewnym momencie krzyżuje losy kilkorga bohaterów i zaburza chronologię. Jest to inteligentny zabieg spajający wszystko w jedną całość, dający większe możliwości humorystyczne. Bo gdy nagle drzwi do przedziału pociągu, w którym jedzie zakonnik, otwiera znany nam już z pierwszej historyjki konduktor, wybuchamy śmiechem spowodowanym samą antycypacją tego, co zaraz nastąpi. Jednakże to nie jest komiks fabularny, szkatułkowość nie służy pełniejszemu zobrazowaniu historii, jak to jest w książce "Początek" Szczypiorskiego, albo w filmach Inarritu, np. "21 gramów". Zresztą Jacek nie rości sobie pretensji do tworzenia prawdziwej fabuły. I dobrze, bo w tym wypadku pewnie by się to nie sprawdziło.

Jeśli nie ma fabuły, to czy komiks przynajmniej spełnia powierzoną sobie rolę, czyli porządnie bawi? Jak najbardziej. Mamy tu scenkę o studencie w pociągu i okrutnym kontrolerze, historyjkę o zakonniku, który musi opiekować się swoim nie do końca dysponowanym przełożonym i znaną z Southpark zabawę - "Kick the baby". A to tylko pierwsza połowa. Najsłabiej według mnie prezentuje się sam wtręt z głowonogami (po którym komiks znów wznosi się do postawionej wysoko poprzeczki). Humor tu jest mało subtelny, opiera się na mdłych rymowankach typu "...zgodnie z planem! - Jakim panem?" albo na hermetycznych grach słownych głowonogów dotyczących ich samych. Humor taki pasuje bardzo dobrze w komiksie dla dzieci, ale nie tutaj, gdzie są wątki mało dziecięce, a i humor czasem wymaga pewnej erudycji. Zestawienie obydwu rodzajów humoru działa na przestrzeni jednej strony (wydawniczej) - nie trzeba było dawać tego dziecięcego prawie 6 stron (prawie, bo jest oczywiście w tej części kilka momentów pasujących do reszty, np. dowcipne odniesienie się do klasycznego filmu Feliksa Falka podczas gościnnego występu wydawcy Paproszków, czyli timofa). Lepiej było te 6 stron z głowonogami wypełnić połączeniem niskiego i wysokiego humoru widocznym w fantastycznym stripie zamykającym zeszyt - "po napisach". Wspomnę tu tylko, że rzeczony wyżej Michał Rzecznik też swoje trzy grosze do głowonogich przygód dorzuca.

Mimo czasem makabrycznego humoru (np. w świetnej scence z Olgą, która lubi dość niebezpieczne zabawy z nożyczkami), ton komiksu jest lekki i przyjemny. Za nieuzasadnione uważam używanie ciężkich przekleństw, zwłaszcza na pierwszej stronie, bez których spokojnie mogłoby się obyć (choć to niestety specyfika polskiego humoru). Zwłaszcza, że warstwa dialogowa idealnie buduje humor i dobrze płynie - Paproszki mimo dużej ilości tekstu nie są przegadane, jak to było w przypadku innej timofowej produkcji - "Bi Bułki"; wzrok leci po kartce bez przeszkód, głównie dzięki temu, że dialogi bazują na krótkich szczeknięciach, komendach, hasłach, strzępkach myśli, śmiesznie okrojonych, ale zawsze klarownie przekazanych.

Dla kogo są Paproszki? Czytania mało (format zeszytowy, jak już wspomniałem, więc starczy na może dwa przejazdy autobusem); mimo inteligentnego humoru raczej olśnień życiowych nie dadzą. Ludzie lubiący tylko te dwie cechy w komiksie mogą sobie odpuścić. Tak samo esteci lubiący tylko stronę plastyczną. Reszcie polecam. Zwłaszcza, że cena równoważna jest tylko pięciu czizburgerom, których i tak nie jecie, bo Makers jest be, więc można spokojnie przeznaczyć te 15 złotych na Paproszki.

A na koniec pochwalę jeszcze to, co się widzi na początku, czyli okładkę - inteligentną i plastycznie udaną parafrazę znanego i lubianego polskiego obrazu powstałego 104 lata przed kolejnym istotnym dziełem w polskiej kulturze.

Paproszki, czyli małe piszczące ludziki

Scenariusz: Jacek Świdziński
Rysunek: Jacek Świdziński
Wydawnictwo: Timof i cisi wspólnicy
Rok wydania polskiego: 3/2008
Liczba stron: 44
Format: B5
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: księgarnie, internet
Wydanie: I
Cena z okładki: 15 zł



blog comments powered by Disqus