Ekolife - to jest to! - recenzja komiksu "Porwani na Biosa"

Autor: Tomasz Nowak
4 marca 2011

Kolejny album autorstwa duetu Karska/Kiełbus porywa czytelnika nie w rzeczywistość wirtualną, jak zdawałby się sugerować tytuł, ale w świat ekologii i harmonijnego współżycia z naturą. Tytułowy Bios bowiem to nie podstawowy system operacyjny, ale odległa planeta na którą trafiają bohaterowie - Donek i jego brat oraz Binka i Lilka.

Tęskniący z rodzicami mieszkającymi w odległych Stanach Zjednoczonych Donek, wraz z bratem dowiadują się, że pojadą w końcu do USA. Towarzyszyć im będą wspomniane wyżej dwie dziewczynki, córki cioci. Problem w tym, że samolot zostaje w drodze porwany przez kosmitów, a dzieci trafiają na tajemniczą planetę Bios. Wkrótce okaże się, że uprowadzenie ma charakter edukacyjny, gdyż życie na Biosie toczy się ściśle według eko-reguł. Wszystko jest tu ekologiczne i przyjazne dla środowiska, z czego dumni mieszkańcy czepią pełnymi garściami radość życia. Jak to działa? Tego Donek i spółka dowiedzą się podczas trzydniowej wycieczki po różnych zakątkach planety.

Całość niby zgrabna, opisana wierszem, dydaktyczna, tyle, że logicznie jakby z głębokiej epoki realnego socjalizmu. Bowiem społeczeństwo, jakie poznajemy na Biosie to klasyczna utopia. Ni to bajka, ni legenda, niegdyś modna, w swoim niesamowicie przepozytywnionym przekazie jest dziś po prostu mało wiarygodna. Tym bardziej, że czyściutkiemu Biosowi przeciwstawiona zostaje oczywiście ta skandalicznie brudna Ziemia, która na koniec jawi się jako zupełne śmietnisko... To jednak nie powinno dziwić, skoro nawet bohaterowie są na tyle niewychowani, że Lilka w pewnym momencie stwierdza: "Czym był dotąd dla nas śmieć. Wystarczyło go gdzieś rzucić, aby śmiecia z głowy mieć". Nieładnie...

No i tu kolejny problem - wiersz. Czasem płynny i rytmiczny, kiedy indziej dla zachowania rymów wyposażony zostaje w różne dziwne słowotwory, makaronizmy czy kalki językowe, które są, zdaniem autorki, rozpowszechnione wśród młodego pokolenia. Czy na pewno? Karska zdaje się zapominać, że język młodzieżowy stale ewoluuje i niektóre z użytych przez nią zwrotów wkrótce (o ile nie już) staną się niemodne i nieczytelne. Trudno też założyć, że początkujący w lekturze kilkulatek będzie wiedział o co chodzi w rymach "Buzz-nas" czy "jazz-S.O.S." skoro nigdzie, nawet w załączonym słowniku, ani słowem nie wspomina się o angielskiej fleksji.

Na korzyść komiksu przemawiają natomiast jak zwykle ładne, ale tym razem zdecydowanie obszerniejsze i przez to bardziej treściwe ilustracje. Sławomir Kielbus trzyma się twardo swego utartego już stylu, ale stosuje go tu w sposób ciekawszy, zróżnicowany. Nie tylko, gdy chodzi o zawartość i plany kadrów, ale również ich kompozycję na poszczególnych planszach. W zestawieniu z innymi publikacjami jego autorstwa Porwani na Biosa zdają się swoistym manifestem, w którym podkreśla dobitnie: "dajcie mi miejsce, a będę mistrzem świata!". I rzeczywiście, po lekturze, a zwłaszcza obejrzeniu tego komiksu trudno w to wątpić. Czekamy zatem na więcej - więcej miejsca i zdecydowanie lepsze teksty.

Porwani na Biosa

Scenariusz: Ewa Karska
Rysunek: Sławomir Kiełbus
Wydawnictwo: MAAR Bachan Marzena J.
Rok wydania polskiego: 3/2009
Liczba stron: 28
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-923524-7-1
Wydanie: I



blog comments powered by Disqus