"RadioActive Cross" – recenzja komiksu

Autor: Jerzy Łanuszewski
12 czerwca 2016

Kolejna szlamokalipsa

Świat po wojnie atomowej – chaos, zgliszcza, mutanci i inne tego typu przyjemności. Ziemię podzielili między sobą Starsi bogowie, Reptilianie i Blood Corp. Ale nadzieja jeszcze nie umarła – wciąż działają partyzanci z grupy RadioActive Cross prowadzący nieustanną walkę z okupantami.

Podobnie jak wcześniejsze komiksy Łukasza Kowalczuka (Vreckless Vrestlers, Violent Skate Bulldogs), jego najnowszy twór to przede wszystkim czysta zabawa. Widowiskowe starcia, groteskowe postacie, kiczowate dekoracje oraz mnóstwo przemocy i wybuchów. Autor to znawca "śmieciowej" popkultury – widać, że potrafi bawić się tą konwencją, a także twórczo przetworzyć znane motywy, dając czytelnikom porcję solidnej, choć niezbyt mądrej rozrywki.

Kowalczuk powoli buduje swoje "szlamowersum". Bloodcorp, Retropolis, The Manager – te elementy pojawiały się już w jego wcześniejszych produkcjach. Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec, bo ten patchworkowy świat prezentuje się całkiem interesująco.

Oczywiście, jeśli ktoś nie ma jeszcze przesytu komiksami tego artysty – bo trudno nie zauważyć, że autor się powtarza. Wciąż jego historie czyta się z przyjemnością, jednak wyraźnie straciły już na świeżości i stały się ciut przewidywalne. Fani tego typu tworów pewnie nie uznają tego za wadę, ale "zwykły czytelnik" może jednak mieć już trochę dosyć. Mnie wciąż bawi, choć nie obraziłbym się za dłuższą, bardziej złożoną fabułę.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to powtórzę moją opinię z recenzji poprzedniego albumu Kowalczuka – widać stały progres. Jego uproszczona krecha świetnie nadaje się do przedstawiania takich przegiętych, a jednocześnie prostych historii. Pozornie proste kadry kryją w sobie masę szczegółów. Naszpikowane nimi rysunki mogą wywoływać klaustrofobiczne wrażenie, ale według mnie zgrabnie podkreślają chaos panujący w świecie przedstawionym. Niektóre plansze jako żywo przypominają grafiki uświadamiające, tworzone przez amerykańskich zwolenników wszelakich teorii spiskowych – co jak najbardziej pasuje do treści komiksu. Dodatkowo artysta bardzo dobrze radzi sobie z nakładaniem kolorów, podbijających jeszcze efektowność rysunków.

Komiksy uzupełnione są przez krótkie opowiadanie, przedstawiające wydarzenia tuż przed wojną atomową. Tekst jest pomysłowy, zabawny, jednak Kowalczuk powinien trochę jeszcze popracować nad stylem literackim – jego zdania są przyciężkawe, co odbiera sporo przyjemności z lektury.

RadioActive Cross. Ostatnia Bitwa Epickich Rozmiarów to kolejna całkiem udana produkcja Kowalczuka. Cieszę się, że Studio Lain zdecydowało się na lekką zmianę swojej polityki wydawniczej i opublikowało komiks polskiego autora. Mam nadzieję, że to nie jednorazowy wyskok i niedługo zobaczymy więcej rodzimej pulpy z ich logo.

RadioActive Cross - Ostatnia Bitwa Epickich Rozmiarów

Scenariusz: Łukasz Kowalczuk
Rysunek: Łukasz Kowalczuk
Wydawnictwo: Studio Lain
Rok wydania polskiego: 5/2016
Liczba stron: 32
Format: A5 poziomo
Oprawa: miękka
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 9788394022266
Wydanie: I
Cena z okładki: 15 zł


blog comments powered by Disqus