Artykuł "Rork: Gwiezdne światło"

Autor: Arek Królak

Historia ta, mimo kilku dynamicznych zwrotów, toczy się w spokojnej, sennej atmosferze. Sprzyja temu sceneria - akcja toczy się na pustyni wśród plemienia meksykańskich Indian. Andreas ponownie dowodzi, że w każdym pejzażu czuje się dobrze. Pierwsza ilustracja albumu - na stronie tytułowej - świetnie wprowadza w klimat opowieści. Poszarpane wstążki zwisające leniwie z wbitej w ziemie tyczki kołyszą się z podmuchem wiatru, podczas gdy na czarnej plamie sylwetki kota widać tylko trzy plamki - oczy i nos. Kot wpatruje się z zainteresowaniem w czytelnika, który zburzył spokój tej niewielkiej społeczności.

Autor przekornie na pierwszej stronie prologu namalował morze. Woda zajmuje niemal całąa powierzchnię planszy, jedynie na samej górze widzimy zachmurzone niebo, skrawek lądu i statek. Ten sam, na którym Rork zakończył podroż w tomie poprzednim. Takich całostronicowych rysunków jest w tej historii więcej - podkreślają one sposób, w jaki płynie czas w tej okolicy - bardzo powoli. Zupełnym przeciwieństwem jest zresztą kolejny album - Koziorożec, w którym akcja umieszczona w ruchliwym Nowym Jorku, przedstawiona jest za pomocą drobnych, rwanych kadrów. Jednak tutaj mamy do czynienia z prawdziwą galerią. Są to plakatowe plansze przedstawiające skalisto-pustynny krajobraz z maleńkim Rokiem gdzieś w tle. Takich plakatów z Rokiem Andreas narysował zresztą więcej - można na nie czasem natrafić w Internecie - gratka dla fanów, nie znalazły się one bowiem w żadnym albumie.

Ta część cyklu została potraktowana przez rysownika szczególnie plastycznie. Tutaj rysunki nie tyle obrazują akcję, co ją tworzą. Można odnieść wrażenie, że autor bawi się kolejnymi obrazami dokładając do nich opowieść. Dlatego znajdziemy tu mnóstwo oszałamiających ilustracji jak skamieniały pterodaktyl czy hipnotycznie wytrzeszczone kocie oczy.

Wydaje mi się, że gdyby Andreas zdecydował się na tworzenie cyklu o Rorku w sposób jaki opowiada on historie Capricorna, czyli tak długo, jak długo czytelnicy będą kupować nowe albumy, kolejna części Rorka miałaby właśnie tak skonstruowaną fabułę. Autor wpadł na kolejny zagadkowy pomysł i wokół niego zbudował całą historię, jednak nie ma tu zbyt wielu nawiązań do pierwszych dwóch albumów, choć pojawia się ponownie Delia Darkthorn. Kolejną ciekawostką jest wspomnienie przez Delia o Capricornie i Dahmalochu, którzy nie pojawiają się co prawda w tej części, ale są w ten sposób zapowiedzeni już przed wystąpieniem w następnych.

To co rzuca się w oczy już przy pierwszym czytaniu jest charakterystyczne rozplanowanie strony. Autor dzieli ją na 20 prostokątów, a następnie na tak sporządzonej siatce opiera kadry komiksu (ale nie znaczy to, że na każdej stronie jest 20 obrazków). W całym albumie jest zaledwie kilka plansz wyłamujących się z tego schematu. Schemat w twórczości Andreasa? Trudno uwierzyć, jednak w świetle wypowiedzi samego autora, narzucenie pewnego porządku formie utworu może mu wyjść na dobre. Pewien schemat można także odebrać w sposobie operowania kreską. Andreas nie stara się już oszołomić swoją grafiką, lecz jak sam mówi - dostosowuje rysunek do potrzeb opowieści. Oznacza to oczywiście, że gdy sytuacja tego wymaga, sięga on po znane już środki wyrazu z poprzednich albumów (nawiązania do Durera są chyba sensowne), choć teraz już bardziej koncentruje się na samej historii.

Kolejnym elementem charakterystycznym dla albumu jest niewielka ilość dialogów. Świetnie się to komponuje z milczącym krajobrazem ukazanym przez autora, choć przy pierwszym podejściu może trochę przeszkadzać. Ja czytając komiksy za pierwszym razem prawie zupełnie nie oglądam obrazków, więc jeśli coś opowiedziane jest przy pomocy rysunków, łatwo uchodzi mojej uwadze. Powiedzmy sobie szczerze - komiks to złożone i trudne w odbiorze medium. Dlatego właśnie opisywane w ten sposób historie cechuje duża prostota. W przeciwnym wypadku byłyby to zbyt trudne do ogarnięcia. Kiedyś w "Komiksie Fantastyce" był artykuł o oddziaływaniu komiksu na półkule mózgowe. Ktoś kto czyta komiksy jest stale zmuszany do przełączania się miedzy półkulami - jedna z nich jest odpowiedzialna za odbiór tekstu, druga - rysunku. Na marginesie powiem, że kiedy na testach kwalifikacyjnych do firmy gdzie obecnie pracuję dostaliśmy jako jedno z zadań ćwiczenie sprawdzające przełączanie się miedzy półkulami, poszło mi ono najlepiej z wszystkich testów. Warto czytać komiksy! Ale wracając do tematu Rorka - brak napisów na obrazkach trochę mi utrudnia odbiór komiksu, a Andreas lubi umieszczać na rysunkach pozornie nieznaczące elementy, które potem okazują się kluczowe. Ale jest to pewnie celowe zamierzenie mające zmusić odbiorcę do pewnego wysiłku. Licencja poetica autora.

Bardzo fajna jest nowa wersja okładki. Rork z prowizorycznie usztywniona ręką na tle białego promienia czyli tytułowego Lumiere d'etoile. I choć zwykle nie lubię białego tła na okładkach, w tym przypadku ma to swoje uzasadnienie w treści komiksu. Jeśli porównamy starą okładkę - bardzo podobną, od razu jednak rzuca się w oczy, że Rork znajduje się w obrębie snopu światła.

W komiksie tym Andreas po raz kolejny dowiódł swojego zainteresowania kulturą indiańską. W tomie poprzednim mieliśmy Indian amazońskich, tutaj meksykańskich, w następnym będą północnoamerykańscy (rysunki w podziemiach Nowego Jorku). Jeśli dorzucimy do tego album Aztekowie to może doprowadzić do pewnego przesytu. A przecież te elementy powtórzą się jeszcze w innych albumach, choć już nie w takim natężeniu.

Co można powiedzieć o tym albumie na tle serii? Jest trochę oderwany. Nie stara się rozplątać zbyt wielu wątków zawiązanych wcześniej, tworzy za to kilka nowych. Może być to pewnym rozczarowaniem dla czytelników którzy po przeczytaniu dwóch pierwszych tomów chcą się dowiedzieć co było dalej. Czytelnik zaczyna sobie już zdawać sprawę w jaki sposób chce nakreślić akcję autor. Ponieważ w tomie Cmentarzysko katedr - oznaczonym jako pierwszy tom sagi (to nie przypadek) Rork oświadcza że do ostatecznego rozstrzygnięcia pozostał rok, łatwo zgadnąć, że kolejne albumy będzie dzielić przedział 3 miesięcy, każdy będzie się odbywał w innej scenerii i w każdym Rork będzie próbował zwerbować nowych sojuszników. W tomie piątym (siódmym według numeracji bezwzględnej) opisana będzie właśnie ta ostateczna rozgrywka. Rozmowy sów na pierwszej i ostatniej stronie też utwierdzają w tymprzekonaniu.

Jest też w tym tomie rozmowa Rorka z Delią. Opowiada w niej ona o tym co przydarzyło jej się po rozstaniu z Rokiem. W połączeniu z informacjami jakie przekazane są w kolejnym tomie, można przypuszczać, że autor początkowo planował inne zakończenie cyklu. A może to właśnie alternatywne zakończenie czytelnik musi sobie dopowiedzieć sam już po zakończeniu serii? Wrócę do tego tematu w opisie następnego tomu, aby nie uprzedzać biegu wydarzeń.

Dodatkowym atutem albumu jest jego zakończenie - Rork opuszcza wioskę razem z Sy-Ra by odszukać Capricorna. Muszę przyznać, że z niecierpliwością oczekiwałem na dalszy rozwój wydarzeń. Choć jednak trochę szkoda że choćby w przerywnikach nie pojawili się Wilbur, Raffington, Adam, Pharass czy inne postacie z pierwszych dwóch tomów. Mamy za to spektrum innych ciekawych postaci, jak choćby Strażniczka Światła, Blei, Juacho czy kolejny z czterech jeźdźców - Shamah. Taka już konwencja tego cyklu, w którym wszyscy bohaterowie spotkać się maja dopiero w kulminacji. Na razie Andreas przypomniał nam tylko kilka uniwersalnych prawd o przemijaniu. Jest tu nadzieja, śmierć i rządzą potęgi. I jest Światło Gwiazdy...

Rork - 4 - Gwiezdne światło

Scenariusz: Andreas
Rysunek: Andreas
Wydawnictwo: Twój Komiks
Rok wydania polskiego: 10/2002
Tytuł oryginalny: Lumière d'étoile
Wydawca oryginalny: Lombard
Rok wydania oryginału: 1988
Liczba stron: 54
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie
Cena z okładki: 18,90 zł

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus