Recenzja komiksu "Strażnicy" #3

Autor: QbaT

Trzeci tom Strażników zamyka jedną z najsłynniejszych serii komiksowych. Rzeczywiście, gdy czyta się historię ex-Gwardzistów ma się wrażenie obcowania z czymś wybitnym. Alan Moore jest niezastąpiony i niezawodny. Jego opowieść trzyma w napięciu, co chwilę zaskakuje, równocześnie dotykając spraw ważnych i głębokich. Ci, którzy czytali pierwsze dwa albumy znają już tą atmosferę. W ostatniej części jesteśmy świadkami gorzkiej kulminacji. Niestety, nie wiem czy jest to swoista przypadłość Moora, ale podobnie jak w serii V jak Vendetta, jakość zakończenia jest problematyczna. Ale po kolei...

Bohaterów zostawiliśmy dość rozproszonych - Jon i Laurie na Marsie, Rorschach i nowy Nocny Puchacz ukrywają się po ucieczce z więzienia, większość pozostałych zamaskowanych herosów spoczywa w zaświatach. Pierwsza część albumu to zmagania Laurie z przeszłością i bezdusznością Jona, dramatyczne i podniosłe. Potem mamy wreszcie świeży trop w poszukiwaniach przyczyny zamieszania wokół herosów, który wszystkich bohaterów sprowadza ostatecznie ku obowiązkowej finałowej konfrontacji. Północ w końcu wybija, a tarcze zegarów spływają krwią.

Ale to nie rozmach i monumentalizm świadczy o kunszcie Moora. To tysiące drobnych szczegółów, smaczków, które łatwo umkną nieuważnemu oku. Najdrobniejszy element przedstawionego świata dodaje coś do atmosfery, wpasowuje się bezpośrednio lub symbolicznie w fabułę, sprawiając niemałą satysfakcję temu, kto odkrywa jego znaczenie. To śmiałe manipulowanie intrygą, zwodzenie czytelnika na manowce, by za chwilę olśnić go w przeszywającej dreszczem chwili zrozumienia. Nie ma nic ostatecznego, "Nic się nie kończy", jak brzmią ostatnie słowa Jona, oszukujemy siebie, gdy wydaje się nam, że trzymamy rękę na pulsie losu.

Bohaterowie Moora są niesamowicie dopracowani, to naprawdę ludzie (no i Jon-prawie-Bóg) z krwi i kości. Targające nimi namiętności i rozterki nie są tymi z podrzędnego dramatu, ale naprawdę warte są dokładniejszego przyjrzenia się i analizy, by dowiedzieć się czegoś nowego o "kondycji ludzkiej". Najbardziej intrygująca jest chyba postać Rorschacha. Trudno się zdobyć na sympatię dla tego fanatyka, ale czasem ma się wrażenie, że jego wizja świata jest najbliższa prawdy. I on jeden pozostaje do końca wierny sobie, wierny ideałom, nawet wbrew logice, co w pewien sposób uszlachetnia go. Z drugiej strony Jon, na początku zdawałoby się postać pozytywna, okazuje się przez swój brak emocji kimś w rodzaju obojętnego demiurga, który na domiar złego popełnia jakże ludzki błąd pychy. Nawet najwyraźniej pozytywne postacie, Laurie i Hollis, będą musiały żyć w wiecznym cieniu podjętej decyzji. U Moora nie ma superbohaterskich fajerwerków - maski i kostiumy to tylko narzędzie do stworzenia sytuacji, w której jak najlepiej uwidocznią się ludzkie dramaty. I nie jest to tak jak np. w Top 10 oswojenie niezwyczajności - w Strażnikach mamy tylko zwykłych ludzi, poza Jonem, który dla kontrastu praktycznie może wszystko, co również stwarza bardzo ciekawe możliwości fabularno-moralne. Bardzo mi się to w Strażnikach podobało - pokazuje, że to nie termowzrok i nadludzka siła muszą decydować o atrakcyjności opowieści.

Innym aspektem, który mnie wprost urzekł to współgranie tych wszystkich drobnych elementów, wzajemne wskazywanie na siebie i dopowiadanie. Majstersztykiem jest dla mnie potrójne przeplatanie się akcji czytanego przez chłopaka komiksu o czarnym frachtowcu, komentarzy i rozmów sprzedawcy gazet oraz głównego wątku serii. Na początku myślałem, że wstrząsająca opowieść przedstawiona przez komiks w komiksie będzie alegorią historii Rorschacha - na ile błędne okazało się to przypuszczenie, dowiecie się, gdy przeczytacie trzeci tom. Raczej zdaje się ona po części odnosić do każdego bohatera Strażników. Los, który kpi sobie z oszalałego rozbitka, w ten sam sposób zdaje się kpić z mieszkańców moorowego świata. Nie każdy jednak dojdzie do tej samej świadomości, co ocalały żeglarz, nie każdy podejmie tę samą decyzję. Okazji do refleksji, rozważań w jakiej relacji pozostają do siebie postawy bohaterów dwóch komiksów, jest mnóstwo i odkrywają one przed nami tajemnicze, choć często zatrważające zakamarki ludzkiej psychiki. Kto tu postępuje właściwie? Czy należy się poddawać złu? Co tak naprawdę jest mniejszym złem? W jakim zakresie mamy prawo i kompetencje do decydowania o tym? Na ile jesteśmy odpowiedzialni za własne błędy? Te wszystkie tematy sygnalizuje Moore i zachęca do zadumy.

Niewiele można było dotąd zarzucić logiczności i spójności alternatywnego świata Strażników, doskonale wzbogacają i rozbudowują jego tło wstawki po każdym z rozdziałów, będące notkami, artykułami, raportami czy wywiadami z gazet i urzędów. Niestety mam jedno silne zastrzeżenie, tym bardziej niewygodne, że dotyczy rzeczy zasadniczej - rozwiązania intrygi. Jest zbyt nieprawdopodobne. I to nie w sensie fizycznym - w końcu nie buntuję się na stworzenie doktora Manhattana, ale w sensie społecznym i politycznym. To chyba stała przypadłość Moora, że zbyt łatwo wyciąga wnioski dotyczące reakcji społeczeństw i rządów na wykreowane przez siebie wydarzenia. Podobne wątpliwości miałem momentami w wypadku Vendetty. Tym bardziej okoliczność ta zgrzyta, gdy wnioski dedukuje najinteligentniejszy ponoć człowiek na świecie (no fakt, w jego świecie się sprawdzają...).

Niewiele można powiedzieć o stronie wizualnej Dave Gibbonsa. Jak w większości starszych komiksów jest spokojna, skromna, o regularnych kadrach, bez większych eksperymentów graficznych. Oddaje pole scenariuszowi, nie chce odciągać od niego uwagi. Jedyne momenty gdy błyszczy, to duże plansze na początku rozdziałów. No i ostatni rozdział, w którym Gibbons staje na wysokości zadania i nieźle oddaje trudną do przełknięcia wizję.

Poza paroma małymi zastrzeżeniami i jednym większym, Strażnicy są komiksem wspaniałym. Jednym z tych, które pozwalają umocnić się w twierdzeniu, że to sztuka skierowana nie tylko do 13-latków i zdolna przedstawić równie ważkie sprawy i w równie bogaty i głęboki sposób, jak literatura czy film.

Strażnicy - 3

Scenariusz: Alan Moore
Rysunek: Dave Gibbons
Kolor: John Higgins
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 3/2004
Tytuł oryginalny: Watchmen
Wydawca oryginalny: DC Comics
Rok wydania oryginału: 1986
Liczba stron: 134
Format: B5
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: kolor
Dystrybucja: saloniki, księgarnie
ISBN: 83-237-9718-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 24,90 zł

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus