Wywiad ze Zbigniewem Kasprzakiem

Autor: Maciej Szatko
5 listopada 2014

Zapraszamy do zapoznania się z zapisem rozmowy z kolejnym gościem Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, dawno w Polsce nie widzianym Zbigniewem "Kasem" Kasprzakiem.

Maciej Szatko: Mija dokładnie 5 lat od naszego ostatniego spotkania, które miało miejsce także w Łodzi podczas Festiwalu Komiksu i Gier. Pretekstem do zaproszenia Was z Grażyną była wówczas premiera nowego albumu (Halloween Blues), nie inaczej jest i tym razem – właśnie ukazała się Dziewczyna z Panamy. Powiedz proszę pokrótce coś o nowym albumie i co się przez ten czas wydarzyło w Waszym życiu zawodowym.

Kas: Halloween Blues był przewidziany na siedem albumów - seria została zakończona, wypełniliśmy kontrakt do końca, polski czytelnik zna wersję integralną tej historii, cały czas  jeszcze kolejna publiczność odkrywa ten album, choć siłą rzeczy jest on już mniej dostępny. Kończąc tę dość długą opowieść miałem ochotę wykonać woltę w kierunku czegoś zupełnie innego, choć myślałem – i nie pomyliłem się w swoim kolejnym wyborze – o historii względnie krótkiej: one-shocie, czy dyptyku lub tryptyku, ale niczym obszerniejszym. Pojawił się wówczas w moim otoczeniu młodszy ode mnie o 15 lat scenarzysta Laurent Galandon.    

MS: Jak doszło do tej współpracy – czy była to sugestia ze strony wydawnictwa?Jak się razem pracowało?

K: Tak, w pewnym sensie była to sugestia wydawnictwa – były redaktor naczelny Pôl Scorteccia powiedział do mnie: "Wiesz Kas, spotkałem bardzo interesującego młodego człowieka, myślę, że jego pomysły i Twój styl mogłyby się razem spotkać, czy zgodziłbyś się z nim porozmawiać?". Odpowiedziałem: "Czemu nie? Jeżeli tylko ma coś interesującego do zaproponowania to chętnie, jestem otwarty". Miałem wówczas co prawda już kilka propozycji, ale nie do końca mnie one przekonywały, wahałem się i nie podjąłem jeszcze żadnych konkretnych decyzji. Spotkałem się zatem z Galandonem w Paryżu, przedstawił mi kilka pomysłów, które były według mnie bardzo ładnie skonstruowane, ale dość dwuznaczne – tematyka była najczęściej zbyt zaangażowana społecznie, co nie do końca mnie przekonywało, aczkolwiek Galandon ma duży dar umiejętnego łączenia tematyki społecznej z emocjami, bardzo dobrze żongluje akcją, trzymając czytelnika w kleszczach jego emocjonalności. Ta strona bardzo mnie urzekła, ale ponieważ nadal nie umiałem dokonać wyboru między 3-4 propozycjami tematów, zaproponował coś bardziej przygodowego – historię dziejącą się w Paryżu na przełomie XIX i XX wieku, "niepiękną opowieść w pięknej epoce", dotyczącą paryskich lumpów, półświatka i apaszów. Młodsi odbiorcy mogą nie wiedzieć, że to ostatnie określenie znane jest w Polsce od czasów międzywojnia i do II wojny światowej było bardzo popularne, często używane w zastępstwie "łobuza", "cwaniaczka", "drobnego przestępcy". Stąd też zresztą pochodzi słowo "apaszka", która była głównym atrybutem ubioru apasza właśnie. Apasze byli wtedy dużym problemem – młodzi kryminaliści terroryzowali Paryż, nie było wówczas wyspecjalizowanych sił reagowania na tego typu przestępców, policja traktowała ich bez żadnej taryfy ulgowej na równi z dorosłymi kryminalistami, dopiero właśnie to zjawisko doprowadziło do powstania sądów dla nieletnich. Zaskoczył mnie Galandon tym tematem, sposobem podejścia do niego, jakby chciał go odkurzyć i pokazać mniej romantyczną, ale nadal fascynującą urodę świata przestępczego z perspektywy najniższych warstw społecznych Paryża czasów "Belle Époque". Urzekł mnie ten świat z jednej strony pełen przemocy, z drugiej uczuć - pewnych honorowych, ale dwuznacznych kodów zachowań, niepokojących z naszego punktu widzenia, bo organizujących się w społecznościach przestępczych wokół wartości, których nie podzielamy. Nie ma jednak nic bardziej podniecającego dla autora, niż przekraczanie pewnych barier i zasad, choć każdy z nas ma oczywiście własne kody moralne i nikt nie namawia nikogo do działalności przestępczej. My, autorzy jednak namawiamy do refleksji i przede wszystkim przeżycia jakiejś przygody w czasach, kiedy młodzi ludzie albo źle kończyli, albo przechodzili do bardziej unormowanego, przyzwoitego życia. Osią tej historii są losy Amélie Elie, tzw. "dziewczyny małej cnoty" – niezwykle popularnej i cenionej w Paryżu prostytutki, dzisiaj powiedzielibyśmy celebrytki, która stała się ulubienicą prasy brukowej, a której rozdział życia spędzony na paryskim bruku był romantyczną historią kryminalną – apasze z różych gangów walczyli ze sobą o jej względy, co było niezwykle wdzięcznym tematem dla ówczesnej prasy, a pamiętać trzeba, że prasa w tamtych czasach posiadała nieporównywalnie większą moc oddziaływania na społeczeństwo niż dziś. Sam "Le Petit Journal" rysowany przeze mnie w historii jako przerywnik, sprzedawał się w swoim najlepszym okresie w milionowym nakładzie, a cała prasa osiągała nakład ok. 6 milionów egzemplarzy, co było ogromną siłą zważywszy na fakt, że społeczeństwo francuskie z przełomu wieków było w dużej mierze społeczeństwem analfabetów.

MS: Jeśli chodzi o techniczną stronę – ile trwało kompletowanie materiałów do albumu?

K: Historia w albumie jest bardzo wartka, pełna akcji i niespecjalnie ciężka, ale ważne jest także całe tło – stroje, architektura Paryża z tamtej epoki, itp. Choć strona wizualna nigdy nie jest celem samym w sobie, to buduje klimat i wiarygodność historii. Jeżeli umieszcza się opowieść w jakiejś konkretnej epoce to trudno jest odzielić jedno od drugiego i trzeba z historii wyciagnąć tyle, ile się da. Kilka miesięcy trwało merytoryczne przygotowanie do tego projektu, nawet rysując już nadal pozostawałem czujny wertując książki, albumy, stare fotografie, również internet, choć to ostatnie w ograniczonym stopniu – bardzo pomogła mi żona, przyłożył się również scenarzysta, który starał się zapewnić jak najwięcej materiału. Czy jest to 100% Paryża z tamtej epoki? Cóż, jest to moja wizja tego miasta, ale chciałem odejść od tej znanej z kilku filmów francuskich zrobionych w latach 50. XX wieku, które nieco już "trącą myszką". Nie sugerowałem się nimi, raczej oglądnąłem ze względów porównawczych, by moja wizja była bardziej współczesna i przekonująca dla czytelnika.

MS: Wspominałeś w 2009 roku o integralu Yansa, zastanawiałeś się się nawet jak Lombard sobie z takim wydaniem poradzi, trochę to trwało, ale można powiedzieć, że udało się – pierwszy z trzech albumów jest już na rynku, niebawem pojawią się kolejne dwa z Twoimi rysunkami – jakie materiały dodatkowe się w nim znajdą? Wspominałeś, że szkice do trzynastego, nieopublikowanego Yansa pt. Amazonki mogą zostać tam wykorzystane – czy także one się tam pojawią?

K: To była trudna decyzja związana z wyselekcjonowaniem materiału dodatkowego, bo jest go naprawdę sporo, zobligowani byliśmy makietą w jaką ubrane zostało to wydanie, podzielone na trzy albumy zbiorcze po cztery zeszyty każdy. Nie można było np. wrzucić więcej w album drugi kosztem pierwszego i trzeciego, więc odsiew musiał być niestety znaczący. Myślałem o umieszczeniu tego dodatkowego materiału z niepublikowanego albumu, ale doszliśmy do wniosku, że nie będziemy rozwijać niezakończonej strony serii, bo i po co. Trzynasty scenariusz faktycznie został napisany przez Andre Paula Duchateau i miałem jakieś wątpliwe stany ducha związane z ciągłymi pytaniami fanów o dalsze losy serii, zacząłem się nawet w pewnym momencie łamać, natomiast pojawiła się kwestia zdrowego rozsądku, że skoro idziemy dalej i robimy następny album, to znaczy, że tworzymy nowy cykl i rozkręcamy przymarłą już nieco serię na nowo – będąc jednak pochłonięty nowymi projektami nie bardzo potrafiłem umiejscowić ją w odpowiednim czasie i miejscu, w związku z czym kwestia ostatniego albumu pozostaje w dossier tylko wspomniana, ale znajdą się tam również interesujące ciekawostki – Patrick Gaumer jest niezwykle dociekliwym człowiekiem, starannie wykonującym swoją pracę, co oczywiście czytelnik oceni sam.

MS: Czy jesteś zadowolony z tego wydania?   

K: Tak - oczywiście, że każdemu marzy się jeszcze więcej, ja sam mam wystarczająco dużo materiału, żeby podwójnie zwiększyć rozmiar wstępu – selekcja była jednak duża, dałem Patrickowi praktycznie wolną rękę w doborze materiału. Oczywiście informował on nas o wszystkich swoich poczynaniach, ale daliśmy mu wolne pole do popisu – myślę nawet, że to lepiej, że ktoś z zewnątrz własnym okiem dokonał tego wyboru, bo gdyby mnie poproszono o jego dokonanie, to byłby on zupełnie inny i pewnie zbyt subiektywny. Czasem trzeba odpuścić wymagania wobec samego siebie i zaproponować spojrzenie komuś innemu, koniec końców i tak to przecież my musimy zatwierdzić ostateczny kształt. Rzecz cała polega na tym, żeby znaleźć jakiś środek wyważenia.

MS: Czyż nie dobrze się to złożyło? Cztery tomy Grzegorza Rosińskiego wydane w pierwszym integralu, drugi rozpoczęty jest od albumu nad którym pracowaliście wspólnie...

K: Zgadza się, drugi tom jest takim tomem przejściowym – rozważaliśmy, czy rozbić serię na 3 czy 4 albumy zbiorcze i wydaje mi się, że takie wyjście z albumami po 4 części każdy jest rozwiązaniem optymalnym. 

MS: Do kilku przedstawień Teatru Rampa jak Damy i Huzary, czy Babskie party wykorzystana została Twoja grafika, do niektórych spektakli Grażyna wykonywała scenografię, czy obecnie  nadal współpracujecie na tym polu?

K: Tak, teatr zwrócił się do mnie w 3 czy 4 wypadkach z prośbą o wykonanie oprawy graficznej niezależnie od współpracy z Grażyną, teraz nasze kontakty z Teatrem Rampa nieco przymarły – nastąpiły bardzo poważne zmiany w dyrekcji, kilka lat temu teatry dostały potężny cios finansowy, sądząc po kierunku w którym to podążyło jest to dla mojej żony jako scenografa w tej chwili mniej interesujące, wiązałoby się mianowicie z przyjazdami i długim przebywaniem na miejscu w Polsce. Jest to dziedzina, w której Grażyna obecnie mniej działa na rynku polskim, z kolei w Belgii są niestety kompanie teatralne – mało obiecujące miejsca, z których wyszło jedynie kilka mało profesjonalnych propozycji i Grażyna nigdy na serio nie związała się z tamtejszym środowiskiem.

MS: Jakiś czas temu została wydana przez Wydawnictwo Ongrys Spadająca gwiazda – Marilyn Monroe, a czy gdyby pojawiła się np. propozycja wydania Człowieka bez twarzy, to czy skorzystałbyś z okazji, żeby wydać go w formie albumowej?

K: Prawdopodobnie bym się zgodził na wydanie go może w jakimś kontekście wspominkowym, czy wydawnictwie zbiorczym science-fiction. Jest to za mały materiał na samodzielną publikację – wyszło raptem 6 odcinków po 4 strony – niszowa historia, nie jest to forma, która może samodzielnie zaistnieć. Nawet nie dysponuję wszystkimi planszami, ponieważ były to takie czasy, jakie były i pewne rzeczy utknęły w prywatnych rękach, prywatnych archiwach i nie ma jak do tego dotrzeć, więc nie bardzo widzę możliwość doprowadzenia tego do końca. Tak się niestety często działo w tamtej epoce – byliśmy tak dumni i zachwyceni, że nas drukują, że mniej mieliśmy odwagi  żeby upomnieć się o swoje, że nie należy się na wszystko godzić i liczyć ze stratami, zupełnie jakby wówczas panował mniejszy szacunek do własności prywatnej autora, jakby wchodząc do wydawnictwa nasza praca stawała się ich, aczkolwiek prawo obowiązywało takie samo – autor udostępnia jedynie materiał do druku. Co nie zmienia faktu, że nadal możemy się pochwalić nakładami rzędu ponad 300 000 egzemplarzy, ale taka informacja podana na zachodzie bez odpowiedniego kontekstu przyprawia każdego o palpitację serca, bo takie liczby nawet w krajach frankofońskich są dzisiaj zupełnie niewyobrażalne (śmiech).

Yans - wydanie zbiorcze, tom 2

Scenariusz: Andre Paul Duchateau
Rysunek: Zbigniew Kasprzak, Grzegorz Rosiński
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 12/2014
Tytuł oryginalny: Hans
Wydawca oryginalny: Lombard
Liczba stron: 216
Format: 220x295 mm
Oprawa: twarda
Papier: offsetowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-281-0244-6
Wydanie: I, zbiorcze
Cena z okładki: 100,00 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus