Rock’n’roll, baby! Recenzja manhuy "Youth Gone Wild"


Nicky Lee nie jest zbyt znana w Polsce. To tajwańska artystka komiksowa, autorka kilku świetnie przyjętych serii rysowanych piękną, delikatną kreską. W 1996 roku zaczęła rysować 14-tomowego tasiemca obyczajowego, Youth Gone Wild. Narysowanie całej manhuy zajęło jej 5 lat, ale było warto – fabularnie jest to jedna z ciekawszych historii dla młodych kobiet. A przy tym wyjątkowo cieszy oko.

Początkowo nic nie zapowiada fajerwerków. Poznajemy pierwszą z głównych bohaterek, Yating (tudzież Ya-Ting, zależnie od transkrypcji). Dziewczyna pracuje jako menadżer wschodzącej gwiazdki tajwańskiego popu, gwiazdki wyjątkowo humorzastej. Po swojej kolejnej wtopie zostaje zwolniona... i to wydarzenie rozpoczyna właściwą akcję.

Wujek Yating zakłada własną firmę producencką. Pierwszym zadaniem dziewczyny jest znalezienie obiecującej gwiazdy, która sprawi, że studio rozkwitnie. Przedsiębiorcza bohaterka werbuje więc czterech wyjątkowych chłopaków: swojego przyjaciela o niezwykłym głosie Wang Xianga, wyjątkowo sympatycznego i przystojnego doświadczonego perkusistę Luo Kanga, humorzastego i cynicznego Shang Guan-Feia jako gitarzystę oraz wycofanego basistę Ji Zhigao. W takim składzie świeżo sformowany, stosunkowo doświadczony zespół Death zaczyna próby i możliwe, że uda im się osiągnąć sukces. Jak potoczą się ich losy?

Zacznijmy od końca – kreska. Przez 14 tomów można obserwować poprawę stylu Nicky Lee: rysunki stają się prostsze, atrakcyjniejsze, widać, że rysowniczka jest coraz pewniejsza tego, co robi.

Było tak:

 

Skończyło się tak:

Cieszy to tym bardziej, że od samego początku rysunki są po prostu ładne. Od pierwszych stron autorka prezentuje swoim czytelniczkom przystojnych mężczyzn różnego typu, co na pewno podnosi atrakcyjność Youth Gone Wild. Lee nie zaniedbuje jednak projektów bohaterek swojej manhuy, ich wizerunki nie pozostawiają już wiele do życzenia. W tłach nie ma fajerwerków, ale można to wybaczyć.

Sama kreska jednak nie wystarczyłaby, żeby komiks odniósł sukces – potrzebne są dobra fabuła i charyzmatyczni bohaterowie. I tu Nicky Lee trafiła w dziesiątkę.

Fabularnie YGW jest bardzo proste – opowiada historię zespołu pracującego na swoją reputację od zera. Od tego centralnego punktu Lee uplotła całkiem skomplikowaną sieć. Każdy z bohaterów ma własną historię, z którą musi uporządkować. Ukazany od środka przemysł muzyczny: nagrania, próby, szkolenia, koncerty, konkurencja (nie zawsze uczciwa), mniejsze i większe dramaty z tym związane – to kwintesencja tej manhuy. Wrzucone zgrabnie wątki romantyczne dopełniają całości. Wydarzenia zostały obudowane różnymi popkulturowymi smaczkami. Na przykład – Yating jest wielką fanką zespołu Rocket Queen, którego frontman wygląda identycznie jak Axl Rose w swoich najlepszych czasach. Jednocześnie Rocket Queen to jedna z lepszych piosenek Guns’n’Roses. Podobnych elementów w pracy Lee znajdziemy sporo.

Do tego trzeba wspomnieć o sporej dawce humoru, typowego już dla azjatyckich komiksów romantycznych. Podteksty, nieporozumienia i dowcipy sytuacyjne są na porządku dziennym, wszystkie jednak dobrze wyważone. Tego typu dialogi nie przytłaczają, nie wywołują zażenowania, dotyczą też w większości tylko Yating i jej ukochanego. Pozostali bohaterowie budują związki na poważniejszej bazie. Nie jest co prawda idealnie, ale za to naprawdę dobrze.

A skoro już o bohaterach mowa, trzeba przede wszystkim pochwalić Lee za umiejętne prowadzenie takiej liczby postaci (bohaterów istotnych dla fabuły jest łącznie siedmioro, przewijają się też drugoplanowi). Przenosi ciężar narracji z jednego na drugiego – wyraźnie skupiając się w danym momencie tylko na konkretnej postaci – starając się pokazać zarówno historię, jak i jej wpływ na wątek główny. Nie zawsze jej to wychodzi, ale efekty i tak są niezłe.

Sami bohaterowie są charakterni, interesujący i realistycznie wykreowani. Początkowo uwaga Lee skupiona jest wyłącznie na Yating i Wang Xiangu, ale to wyłącznie wstęp do bardziej złożonej historii. Xiang jest też wyjątkowo wdzięczną postacią, jeśli chodzi o pokazywanie czytelnikowi branży muzycznej: jest naiwny, nie miał nigdy do czynienia z show biznesem, nie szkolił wcześniej głosu. Yating wprowadza go (i nas przy okazji) w działalność firm producenckich. Jej entuzjazm i optymizm (ale też niepewność i kompleksy) także przypadną do gustu czytelniczkom, które szukają interesujących kobiecych postaci.

Inni członkowie zespołu będą kolejno przejmować pałeczkę. Shang Guan-Fei – zarozumiały jegomość o ego rozmiaru balonu – początkowo nie budzi sympatii, im lepiej go jednak poznajemy, tym łatwiej jest nam tolerować jego wybryki i przywiązujemy się do niego. Lou Kai, perfekcjonista, sympatyczny i miły (taki „dobry wujek”), pokazuje od czasu do czasu pazur; pełni też ważną rolę mentora zespołu w wielu momentach zwątpienia i niedecyzyjności. To najdojrzalszy z obecnych na scenie bohaterów. Najbardziej po macoszemu potraktowano Zhigao, ale i on dostaje swoje pięć minut: cichy, małomówny, wycofany, ale w pewnym momencie okazuje się wyjątkowo ważnym trybikiem w fabularnej machinie. Xiao Fie, znajoma wokalistka z tej samej firmy, oraz Vivien, fotografka, wnoszą własne historie, ale też  wyraźnie oddziałują na członków Death i ich poczynania. Ostatecznie wszystko się zgrabnie łączy, zarówno wybuchowe charaktery postaci, jak i dramatyzm oraz humor.

Youth Gone Wild to odpowiednik japońskiego josei, które na dodatek nie męczy naiwnością. Romanse nie są na pierwszym planie, a fabuła jest poprowadzona bardzo sprawnie. 14 tomów kończy się błyskawicznie, a z członkami Death i ich towarzyszami rozstajemy się z żalem. Naturalnie odnajdziemy w manhuie niedociągnięcia – niektóre dramatyczne wydarzenia wprowadzane są czasami na siłę – ale można spokojnie na to przymknąć oko. Całość przemówi raczej do kobiet, jednak panowie także mogą spróbować zmierzyć się z tą manhuą – ze względu na wątek muzyczny.

Czy Death podbiją Tajwan swoją muzyką? Przekonajcie się sami!

Youth Gone Wild

Tytuł oryginalny: Youth Gone Wild



blog comments powered by Disqus