Amerykańska (r)ewolucja wrześniowa

Autor: Kuba Oleksak
17 sierpnia 2011

1 czerwca DC Comics zapowiedziało, że we wrześniu wszystkie superbohaterskie komiksy z oferty amerykańskiego giganta przemysłu obrazkowego ukażą się z numerem pierwszym na okładce. Wraz z końcem wielkiego crossovera "Flashpoint" pewna era w dziejach uniwersum DC dobiegnie swojego kresu, a rozpocznie się nowa.

Jeden z głównych architektów zmian Dan DiDio mówi jednak, że "będzie to świetne miejsce na start, ale nie od samego początku". W komiksowej terminologii we wrześniu nie będziemy świadkami rebootu, podobnego do tego, który miał miejsce podczas "Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach", w którym zerwano z niemal czterdziestoletnią tradycją i od zera opowiadano historie Supermana, Batmana, Flasha czy Green Lanterna. Teraz na tak radykalny ruch się nie zdecydowano. Redaktorzy o wiele chętniej używają sformułowania miękki reboot albo revamp, oznaczającego przebudowę i restrukturyzację świata DC. Zatem fundamenty superbohaterskich mitów pozostaną niewzruszone, ale wiele innych elementów ulegnie zmianie. Na tyle dużo, że można mówić o małej rewolucji...

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych obecnie komiksiarzy, pochodzący ze Szkocji scenarzysta Grant Morrison, podjął się trudnego zadania odnowienia Supermana. Jako autor serii "Action Comics" chce opowiedzieć o początkach Człowieka ze Stali nawiązując do najdawniejszych przygód z jego udziałem, sięgających lat czterdziestych ubiegłego wieku. Esencję bohatera stworzonego przez Jerry`ego Siegela i Joego Shustera chce pogodzić z realiami współczesnego świata i zmianami, jakie od tamtej pory zaszły w komiksowym medium. Już raz mu się coś podobnego udało - na łamach "All Star Superman" pokazał, że pierwszy z superbohaterów nie musi być harcerzykiem w pelerynie, zajmującym się zdejmowaniem kociaków z drzew, wygłaszającym przy tym puste frazesy o sprawiedliwości, wolności i amerykańskim stylu życia. Jim Lee i Cully Hamner, odpowiadający za projekty kostiumów w nowym DC, odświeżyli wizerunek Kal-Ela. Zabierając mu słynne czerwone majtki noszone na spodniach, nadali jego trykotowi bardziej nowoczesny wygląd.

Do roli Batmana powraca Bruce Wayne, którego po domniemanej śmierci w "Final Crisis" zastępował były Robin, Dick Grayson. Morrison już od kilku lat kształtuje postać Mrocznego Rycerza na swoją, budząca sprzeciw wśród wielu fanów, modłę i po revampie ten kierunek zmian zostanie podtrzymany. Podobnie rzecz będzie się miała w przypadku kosmicznego zakątka zamieszkałego przez Zielone Latarnie zawiadywanego przez Geoffa Johnsa. Ten sam scenarzysta odpowiada również za niedawne przywrócenie Barry`ego Allena do roli Flasha, a teraz zajmie się rehabilitacją Aquamana. Johns chce wrócić do korzeni postaci spychanej ostatnio na margines i wydobyć jej pełny potencjał. Jak widać zmiany w przypadku tych herosów będą raczej ewolucyjne, niż rewolucyjne jak, będzie to miało miejsce w przypadku Batgirl.

Zwrócenie władzy w nogach Barbarze Gordon i oddanie jej nietoperzowej peleryny to jeden z najbardziej kontrowersyjnych ruchów DC. Córka komisarza Gordona po tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce w "Zabójczym Żarcie" Alana Moore`a i Briana Bollanda, odnalazła swoje miejsce w uniwersum. Jako Oracle, stając się jednocześnie jedną z najciekawszych i najpopularniejszych bohaterek, na stałe wpisała się w krajobraz DC. A przynajmniej tak się wydawało. Teraz fani z niecierpliwością oczekują, jak scenarzystka Gail Simone poradzi sobie z trudnym zadaniem wyjaśnienia jak do tego doszło. Niewiele łatwiej będzie miał Brian Azzarello, który podjął się misji odnowienia innej heroiny, mianowicie Wonder Woman. Jedna z największych komiksowych ikon w ostatnich latach zupełnie nie może znaleźć swojego miejsca. Wielu twórców próbowało odświeżyć i unowocześnić jej wizerunek, ostatnio sam J. Micheal Straczynski i także on nie podołał. Czy znanemu ze "100 Naboi" scenarzyście się to uda?

Niezwykle ciekawym ruchem jest również przywrócenie do głównego uniwersum tytułów, które przeniesiono do świata Vertigo. Już po zakończeniu "Brightest Day" obok Batmana i Supermana pojawili się Swamp Thing i John Constantine, którzy do tej pory rezydowali w imprincie przeznaczonym dla dojrzałych czytelników, unikając tym samym wchodzenia w interakcje z ubranymi w kolorowe kostiumy herosami. Potwór z Bagien dostanie nową serię pisaną przez znanego ze skryptu do "Amerykańskiego Wampira" Scotta Snydera, podobnie, jak Animal-Man, którym zajmie się Jeff Lemire ("Opowieści z hrabstwa Essex"). Niezwykle ciekawie zapowiada się "Justice League Dark", opowieść o grupie bohaterów z bardziej mrocznej i budzącej grozę części DCU, pisana przez vertigowego weterana, Petera Milligana. To wyliczenie ogranicza się do zaledwie kilku z 52 tytułów, które moim zdaniem zapowiadają się najciekawiej.

Radykalne zmiany w DC Comics wyglądają na ucieczkę w przód. Od kilku dobrych lat amerykański rynek komiksowy powoli, ale systematycznie karleje. Maleją nakłady, kurczy się liczba czytelników, jeśli nie rosną ceny, to objętość przeciętnego kolorowego zeszytu ulega uszczupleniu. Wielu uważa, że przemysł komiksowy jeszcze się nie załamał tylko dzięki pieniądzom płynącym wartkim nurtem z Hollywood, dla którego światy DC i Marvela to kopalnie bogate w pomysły na potencjalne kinowe hity. Na ich premierach zwykle tłumnie stawiają się komiksowi fani, zapewniając zwrot kosztów produkcji. Swoje korzyści czerpią również wydawnictwa, które z danym tytułem mają szansę dotrzeć do nowych odbiorców, sięgających po wyjściu z multipleksu po komiks. I tak ta filmowo-komiksowa machina powininna się kręcić. Przynajmniej w teorii, bo praktyka pokazuje, że kinowy sukces nie zawsze udaje się przekuć na czytelników czy podbicie sprzedaży konkretnych komiksów.

Kryzys najmocniej uderzył w wychodzące w każdą środę, pojedyncze "comic books", które tracą na popularności na rzecz "trade paperbacks", wydań zbiorczych i drogich, edycji kolekcjonerskich. Nawiasem mówiąc, zachowując odpowiednie proporcje, można zaryzykować kilka analogii pomiędzy sytuacją na polskim poletku komiksowym, a ojczyzną komiksu. Ratunkiem dla popularnych "floppies" ma być udostępnienie ich w cyfrowej dystrybucji, w formie e-komiksów, dostępnych na szereg popularnych czytników. O elektronicznej rewolucji w Ameryce mówi się od bardzo dawna. Wydawcy przeczuwają pismo nosem od dłuższego czasu inwestują w ten segment, ale tak naprawdę zaproponowane przez DC udostępnianie nowych komiksów w dniu ich premiery może w dłuższej perspektywie przyczynić się do zniknięcia ze sklepów komiksowych popularnych zeszytówek.

Ale czy w ten sposób da dotrzeć się do nowych czytelników? Co spowoduje, że ktoś, kto nie kupi komiksu w jego papierowej wersji, ściągnie go sobie na swojego IPada czy Kindle`a? Obawiam się, że zmiany proponowane przez DC nie przyciągną nowych fanów i co gorsza, zamiast tego, mogą zrazić stałych odbiorców, którzy często nie zważając na cenę i jakość, wspierali swoje ulubione tytuły i postacie. Jestem pewien, że "jedynki", pewnie też "dwójki" i "trójki" sprzedadzą się na pniu, ale nie jestem przekonany, że "świeżaki" zdecydują się trwać przy poszczególnych seriach.

Kolejna sprawa - brak świeżej krwi. Najważniejsze tytuły pozostały w rękach Geoffa Johnsa, Granta Morrisona, Gail Simone, Petera Tomasiego czy Judda Winnicka, a więc scenarzystów w pewnej mierze odpowiedzialnych za sytuację, która doprowadziło do revampu. Nowi, a więc między innymi Ron Marz, Scott Lobdell, Fabian Nicieza, Dan Abnett czy Andy Lanning to komiksowi weterani lat dziewięćdziesiątych, którzy raczej nie odmienią oblicza komiksu superbohaterskiego. Bo tylko to przyciągnie i utrzyma czytelników - ciekawie napisane i dobrze narysowane historie. Boję się, że z kilkoma wyjątkami do DC nie skuszono twórców, którzy mają świeże, oryginalne pomysły. Sami Lemire, Snyder, Paul Cornell i Josh Fialkov to trochę za mało. To symptomatyczne, że coraz częściej utalentowani komiksiarze zamiast pracować dla majorsów, wolę tworzyć dla nieco mniejszych wydawnictw (między innymi dla Image Comics, Dark Horse, IDW Publishing czy BOOM! Studios), które zapewniają im podobne perspektywy rozwoju, a zostawiają znacznie więcej artystycznej swobody.

Wreszcie, prawdziwym gwoździem do trumny może być grzebanie przy continuity. Dla fana continuity to coś więcej niż tylko chronologia poszczególnych epizodów i kalendarz wydarzeń w życiu danego herosa czy grupy, to wręcz świętość. Za odnowione continuity odpowiada Eddy Berganza, redaktor linii komiksów spod znaku Zielonej Latarni, który jest autorem nowego, skompresowanego pięcioletniego timeline`u. Jak jednak uda się pogodzić to, że mitologia Batmana pozostała niezmieniona, a historia Supermana w sporej mierze zmodyfikowana, skoro Mroczny Rycerz w ciągu swojej kariery wielokrotnie łączył swe siły z Mrocznym Rycerzem? Co z historią Teen Titans, jak Barbarze Gordon udało się wrócić do roli Batgirl, wreszcie - kto i jak ma decydować o tym, które z poprzednich historii mieszczą się w kanonie, a które nie? To najważniejsze z pytań, jakie zadają sobie komiksowi fani za Oceanem z niepokojem oczekując ostatniego dnia sierpnia, w którym ukaże się pierwszy numer nowej, odświeżonej "Justice League".

Więcej o zmianach w DC można przeczytać na "Kolorowych Zeszytach".



blog comments powered by Disqus