Czas Relaksu

Autor: Jerzy Szyłak

okladka1.
Rok 1976. W kioskach pojawia się nowy magazyn komiksowy "Relax". Pomiędzy literkami tytułu pisma można dostrzec groteskową postać człowieczka, który wygląda jak karykatura obdarzonego nadnaturalnymi mocami herosa, znanego z rysunkowych opowieści amerykańskich: ma maskę na twarzy, tajemniczy symbol na piersi, rękawice i pelerynę. Ten sam człowieczek pojawia się na drugiej stronie okładki po to, by powiedzieć Czytelnikom "Witam!". Ulokowanie Orient Mena na okładce "Relaksu" namaściło tę komiksową postać na reprezentanta redakcji magazynu. Był to trafny wybór.

Komiks Orient Men zamieszczono na III i IV stronie okładki pierwszego numeru, przez co stanowił jego domknięcie i pełnił funkcję swoistej puenty. Historyjka była parodią amerykańskich opowieści o niezwykłych herosach (takich jak Superman i Batman), a jednocześnie nawiązywała do polskich realiów oraz naszej własnej tradycji humorystycznej. Orient Men "śmieszył, tumanił, przestraszał" niczym Pan Twardowski w znanej każdemu uczniowi balladzie Adama Mickiewicza. Autorem Orient Mena był Tadeusz Baranowski, który wcześniej rysował komiksy dla harcerskiej gazety "Świat Młodych".

Orient Men był dowcipny i świetnie narysowany. Od razu też zaczął być kojarzony z "Relaksem" (o co chyba chodziło redaktorom magazynu). Niestety, na łamach tego pisma bohater Baranowskiego wystąpił tylko trzy razy. Jego autor, zapytany o przyczyny takiego stanu rzeczy, stwierdził, że kiedy odszedł Henryk Kurta (pierwszy redaktor naczelny magazynu), nikt nie był zainteresowany kontynuowaniem współpracy.

Po rozstaniu z "Relaksem" Baranowski nie porzucił komiksu. Rysował historyjki dla "Świata Młodych" i magazynu "Razem". Publikował albumy komiksowe. Współpracował z Belgami, ale czuł się skrępowany wymaganiami, jakie stawiali mu zachodni wydawcy komiksów. Baranowski narysował i opublikował wiele komiksowych historii i wylansował cały szereg pamiętanych do dziś bohaterów. Wielokrotnie jednak powracał do postaci Orient Mena, wymyślonego dla "Relaksu" i niezmiennie z "Relaksem" kojarzonego. Przypomniał go w 1980 roku w albumie Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa i przypomniał raz jeszcze, gdy w 1998 wydawnictwo Egmont Polska startowało z nowym magazynem komiksowym "Świat Komiksu".

Obecność Orient Mena w "Świecie Komiksu" była znakiem, iż wydawca nowego magazynu komiksowego, wprowadzanego na rynek w rzeczywistości diametralnie różnej od świata, w którym ukazywał się "Relax", pragnął podkreślić ciągłość między dawnymi i nowymi laty, apelował do pamięci czytelników, zaznaczał trwałość polskiej tradycji komiksowej. Znamienne jest przy tym, że komiksy Baranowskiego ukazywały się na łamach "Świata Komiksu" równie krótko jak w "Relaksie". Zniknięcie Orient Mena ze stron magazynu, w którym chętniej publikowano prace importowane z Zachodu niż prace polskich rysowników, było prawdziwym znakiem nowych czasów. Czasów, w których czytelnicy pamiętali o tym, co było i pragnęli kontynuacji tego, co najlepsze, wydawcy zaś pragnęli być nowocześni, rynkowi, kapitalistyczni i zachodni w dwustu procentach.

2.
"Relax" pojawił się nieoczekiwanie i bez rozgłosu, ale od razu został uznany za pismo dokonujące przełomu na komiksowym rynku. Magazyn ten był bowiem zupełnie różny od komiksów, które ukazywały się w Polsce wcześniej, ale jednocześnie stanowił ich istotne uzupełnienie. Komiks, który w przedwojennej Polsce rozwijał się bujnie i docierał do czytelników zarówno w postaci przedruków prac zagranicznych, jak i w postaci rodzimej produkcji, po wojnie wkraczał kilkakrotnie na krajowy rynek. Pierwszą oficjalną datą jest rok 1946, kiedy to pojawił się "Nowy Świat Przygód" - pismo redagowane przez Igora Newerly'ego. Drugie (oficjalne) wkroczenie komiksu na polski rynek nastąpiło w 1956 roku, kiedy zaczęto wydawać pismo "Przygoda". Przed 1956 rokiem komiksy również się ukazywały. Istniały nawet wówczas, gdy oficjalnie uważano je za szkodliwe wytwory kultury kapitalistycznej. Zamaskowane oddzieleniem od siebie rysunków i tekstów (w wersji "praworządnej" publikowano je pod obrazkami), spokojnie funkcjonowały w prasie.

Komiksy ukazywały się w polskich gazetach i czasopismach zarówno w latach pięćdziesiątych, jak i w sześćdziesiątych. Unikano jednak nazwy "komiks". Wykorzystywano je do celów dydaktycznych lub (wręcz) propagandowych. Naśmiewano się z ich jakości i rysowano parodie. Drukowano je jednak z powodzeniem i z niejakim zapamiętaniem. Nim w sprzedaży pojawił się "Relax", miłośnik komiksu mógł sobie kupować seryjnie wydawane zeszyty Podziemnego frontu, Kapitana Żbika i Kapitana Klossa, Tytusa, Romka i A'Tomka oraz Janosika. Mógł też oglądać komiksy na łamach satyrycznego magazynu "Szpilki", w którym prezentowano nie tylko prace rodzimych twórców, ale i przedruki z komiksów zachodnich, wybierane z niemałym (trzeba to przyznać) znawstwem.

W sierpniu 1977 roku, wysokonakładowy tygodnik "Ekran", poświęcony kinu i telewizji, opublikował w trzech kolejnych numerach tekst Macieja Parowskiego, zatytułowany Komiks - chłopiec do bicia. Właściwie były to trzy teksty - niezbyt do siebie przystające, mówiące o tym samym - o historyjkach obrazkowych i tym, jaki stosunek mają do nich Polacy. Ich autor ogłaszał, że na rynku pojawiło się coś, czego dotąd nie było. I chwalił komiks, choć modne wówczas było jego ganienie. Obwieszczając pojawienie się "Relaksu" autor Komiksu - chłopca do bicia nie wymieniał jednak pism "Nowy Świat Przygód" i "Przygoda", nie wspominał o - narysowanych przez Szymona Kobylińskiego komiksach Kapitan Gleb opowiada i Czterej pancerni i pies, nie przywoływał w swoim tekście komiksów, które ukazywały się w "Nowej wsi", "Na przełaj" czy "Dookoła świata", nie mówił o historyjkach obrazkowych z takich lokalnych gazet, jak "Dziennik Bałtycki" i "Wieczór Wybrzeża" (wydawane w Gdańsku) oraz "Dziennik Wieczorny" (ukazujący się w Bydgoszczy). Jego milczenie na ten temat wynikło z niewiedzy, niewiedza zaś wynikała ze zbiorowego milczenia na temat komiksów, które ukazywały się w Polsce. Większość komiksów, które u nas przez lata rysowano i drukowano, objęła spontaniczna zmowa milczenia. Ani ich nie chwalono, ani nie ganiono. Faktu, że ignorowano ich istnienie, nie należy tłumaczyć jakimiś przyczynami politycznymi czy estetycznymi, ale najzwyczajniejszą ignorancją.

“Komiks jaki jest - nie każdy widzi, a i mało kto wie” pisał Parowski i miał absolutną rację. Piszący o komiksie w latach siedemdziesiątych przykładali do niego rozmaite miary, ale żadna z nich nie służyła obiektywnej ocenie zjawiska. Ci, którzy go ganili, potępiali wszelkie historyjki obrazkowe, nie wnikając specjalnie w to, czy jest w nich coś dobrego, czy nie. Ci, którzy go chwalili, również nie szukali arcydzieł na własnym podwórku, ale wyrażali zachwyty nad tym, co ukazywało się na Zachodzie. W "Szpilkach" można było obejrzeć prace Roberta Crumba, Richarda Corbena, Wally'ego Wooda. W "Forum" pojawiały się historyjki Julesa Feiffera i Fistaszki Charlesa M. Schulza. "Literatura na świecie" oznajmiła, że we Włoszech ukazało się prawdziwe komiksowe arcydzieło (Poema a fumetti Dino Buzzatiego) i uraczyła swych czytelników kilkunastoma planszami, na których przedstawione były przede wszystkim roznegliżowane kobiety.

3.
W latach sześćdziesiątych pisarze i publicyści, którzy mieli to szczęście, że dostali paszport i zgodę na wyjazd na Zachód, po powrocie pisali gniewne teksty o tym, jaki okropny wyzysk robotnika tam panuje i krytykowali burżuazyjne zepsucie. W latach siedemdziesiątych w owych relacjach-rewelacjach nastąpiła znacząca zmiana. Miejsce oburzonych zajęli pisarze zachwyceni, dzielący się z czytelnikami swoimi wrażeniami z pobytu w wielkim świecie (dyskretnie przemilczający, kto im ów pobyt ufundował). Owa zmiana tonu spowodowana była tym, że wraz z dojściem do władzy ekipy Edwarda Gierka w oficjalnej polityce państwa nastąpiło radykalne wyjście naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa.

Piotr Kowalski w pracy Parterowy olimp pisał, że w latach siedemdziesiątych w postawie państwowego mecenasa, (kontrolującego wszelkie kanały przepływu informacji i sprawującego totalny nadzór nad społeczeństwem) pojawiła się zgoda na tendencje konsumpcyjne, uzasadnienie ich konieczności, rozbudzanie potrzeb i nadziei konsumpcyjnych społeczeństwa, wzmożenie oddziaływania środków masowego przekazu, które dostarczyć miały odpowiednich motywacji dla postaw społeczeństwa, o takich właśnie «nowych» potrzebach - to zestaw elementów oznaczających istotną zmianę w polityce kulturalnej. Kultura masowa, która jeszcze niedawno nieśmiało i najczęściej w negatywnych kontekstach, pojawiała się w polskiej refleksji publicystycznej i naukowej, teraz mogła swobodnie rozpierać się w radiu, prasie, telewizji, w opracowaniach naukowych i popularnych wydawnictwach. Nie dość tego, że przyznawano, iż nie ma niczego dwuznacznego w fakcie znajdowania się w kręgu oddziaływania kultury masowej, tyle że inaczej «ukierunkowanej». Nastąpiła też prawdziwa eksplozja tekstów poświęconych analizom tych zjawisk zarówno na Zachodzie, jak i u nas. Przestawały one być domeną propagandowych porównań (choć te wciąż były aktualne), bądź naukowych wyłącznie badań, a stały się tematem popularnych, masowych publikacji. Polska kultura masowa zaczęła wytwarzać własną, do masowego użytku przeznaczoną, autorefleksję. Sama stawała się atrakcyjnym towarem-tematem, dostarczała pożywki własnej mitologii.

Polak spragniony dostępu do kultury masowej niewiele mógł zobaczyć na własne oczy, ale mógł za to poczytać o rzeczach, które dla niego (i za niego) oglądali inni. Popularność owych popularnonaukowych opracowań i reportażowych doniesień była ogromna, a ich autorzy cieszyli się niemałą popularnością. To za sprawą owych tekstów rosło zainteresowanie popularną (acz trudno dostępną) rozrywką: literaturą fantastyczną, kinem akcji, komiksami (że o pornografii nie wspomnę). To właśnie owa fala wzmożonego zainteresowania sprawiła, że "Relax" przebojem zdobył rynek i zadomowił się na dobre.

Zaproponowaną w "Relaksie" nowością było to, że czytelnik dostał do ręki magazyn wypełniony komiksami, z których jedne stanowiły zamknięte na kilku stronach całości fabularne, inne były pierwszymi odcinkami cykli i seriali, kontynuowanymi w następnych numerach "Relaksu". Magazyn obiecywał różnorodność opowieści i sposobów ich rysowania. Otwierała go bowiem historyjka, której oprawę graficzną stworzył Szymon Kobyliński - rysownik w owym czasie powszechnie znany i ceniony, mający doświadczenie (o czym mało kto pamiętał) na polu komiksu. Autorem rysunków do drugiego komiksu był Grzegorz Rosiński, który wcześniej dał się poznać jako rysownik obrazkowego serialu opowiadającego o pracy milicji obywatelskiej - nazywanego przez wszystkich Kapitan Żbik, bo takie było nazwisko głównego bohatera. W pierwszym numerze "Relaksu" swe umiejętności zaprezentował też inny rysownik Kapitana Żbika - Bogusław Polch. Obok tej trójki wystąpił czwarty weteran - Janusz Christa - i dwaj rysownicy, którzy nie mogli wylegitymować się żadnym znaczącym dorobkiem: Tadeusz Baranowski i Bogusław Pawłowski.

Wokół "Relaksu" skupiło się wiele osób, które już wcześniej komiksy rysowały oraz ci, którzy dostrzegali pozytywne walory historyjek obrazkowych i chcieli zajmować się ich robieniem. A trzeba pamiętać, że były to czasy, w których o komiksie mówiono wyłącznie źle. Rosiński, Polch i Christa, wspominając początki swoich karier, równie mocno podkreślają, że zainteresowanie komiksem pojawiło się niejako na przekór marnej opinii, jaką cieszył się ten gatunek artystyczny w Polsce, i że rysowali swoje historyjki pomimo tego, że ich na różne sposoby od tego zajęcia odwodzono.

Niechęć polskiej krytyki do komiksów miała dwa powody. Po pierwsze, komiks był "wynalazkiem" zachodnim, kojarzonym z Ameryką i pochodzącymi stamtąd bohaterami kultury masowej (jak Tarzan czy Superman), prezentowanymi również w komiksowych publikacjach wydawanych w przedwojennej Polsce. Drugim powodem było to, że komiks operował uproszczonym rysunkiem i przedstawiał obraz świata przy pomocy silnie skonwencjonalizowanych środków, przez co postrzegany był w opozycji do artystycznych środków wyrazu. Jeśli obcowanie z dziełami sztuki rozwijało wrażliwość i intelekt, to komiks działał na swych czytelników dokładnie odwrotnie: znieczulał ich i "zwijał" intelektualnie. Był oceniany jako zjawisko wtórne wobec osiągnięć sztuk plastycznych i w porównaniu z nimi prymitywne, a więc i bezwartościowe.

W czasie, gdy w sprzedaży pojawił się "Relax", krytyka zaczęła już doceniać niektóre osiągnięcia komiksowe. Stało się to za sprawą dokonującego się na Zachodzie zwrotu ku czytelnikom dorosłym i bujnie rozwijającej się tam refleksji komiksologicznej. Z uznaniem spotkała się u nas jedynie twórczość satyryków: Czeczota, Mleczki, Dudzińskiego, postrzegana jako efekt nobilitacji "niskiego" gatunku w wyniku uszlachetnienia środków artystycznych i komplikacji światopoglądowych treści. Innymi słowy, doceniono satyryków za to, że rysowali antykomiksy, kontestując obowiązujące w ramach gatunku reguły. Nie doceniano natomiast takich rzeczy jak: sprawność narracji, ekspresja rysunków czy precyzja w konstrukcji przestrzeni. W czasie, gdy Parowski pisał, że na kompromitację polskiego komiksu pracowały dzieła w rodzaju Janosika, Włosi zapraszali Jerzego Skarżyńskiego (autora owego Janosika) na kongresy komiksologiczne w Lucce i do współpracy z prestiżowym magazynem komiksowym "Sgt Kirk". Niedoceniani w kraju Rosiński i Polch również nawiązali współpracę z wydawcami zachodnimi, którzy mieli znacznie wyższe mniemanie o ich umiejętnościach niż najzagorzalsi nawet zwolennicy komiksu w Polsce.

"Relax" zdobył serca czytelników, ale nie krytyków. Ci drudzy narzekali na niego systematycznie (z wyjątkiem Macieja Parowskiego, którego głos był jednak odosobniony), co w żaden sposób nie mogło sprzyjać rozwojowi w jakimkolwiek kierunku. Oglądając prace opublikowane w trzydziestu jeden numerach magazynu, można dostrzec, że pracujący dla pisma rysownicy doskonalą swój styl lub próbują jakichś eksperymentów formalnych, albo też, że robią komiksy tak, jak umieją. Nie widać natomiast żadnego wpływu "uznanych specjalistów", którzy mieliby pieczę nad zawartością "Relaksu". Zresztą, trudno się dziwić, że go nie widać, skoro ani rysownicy, ani redaktorzy nie mieli większych doświadczeń w tworzeniu magazynu komiksowego. "Relax" był w gruncie rzeczy poligonem doświadczalnym, na którym wszyscy (z czytelnikami włącznie) uczyli się metodą prób i błędów, jak powinno wyglądać pismo komiksowe.

4.
"Relax" powstał z inicjatywy ówczesnego szefa Krajowej Agencji Wydawniczej - Dobrosława Kobielskiego, który uważał, że wydawanie komiksów będzie dochodowym interesem. Redaktorami magazynu zostali Henryk Kurta, Bolesław Kowalski i Adam Kołodziejczyk. To oni decydowali o tym, jaki pismo będzie miało kształt, co się w nim znajdzie i na co położony zostanie szczególny nacisk. Chodziło nie tylko o to, by zachować odpowiednie proporcje pomiędzy rozrywką i dydaktyką (czy wręcz propagandą) i niedopuszczanie na łamy treści niepożądanych, ale też o sprawy znacznie bardziej prozaiczne, jak uzyskiwanie przydziału papieru, na którym "Relax" miał być drukowany. W owych latach papier na druk książek i czasopism był przyznawany wydawnictwom odgórnie i odbywało się to na szczeblu ministerialnym. Urzędnicy decydujący o tym, kto i na co dostanie przydział papieru, brali pod uwagę walory artystyczne dzieł, ich zgodność z socjalistycznym modelem wychowania czy propagandową użyteczność. Zła opinia, jaką cieszył się komiks w Polsce, łatwo mogła przełożyć się na odmowę przyznania papieru na wydawanie takiego pisma jak "Relax". Kobielski zdobył jednak dla magazynu poparcie szefa Urzędu Rady Ministrów Janusza Wieczorka, który był wielkim entuzjastą budowy Centrum Zdrowia Dziecka, bo obiecał ministrowi, że dziesięć procent wpływów ze sprzedaży magazynu będzie przekazywane na Centrum. Zobowiązał się również do jego promowania na łamach pisma (i słowa dotrzymał).

Osoby, które nad "Relaksem" pracowały, wspominają pierwsze spotkanie redaktorów i współpracowników nowego magazynu jako meeting jedyny w swoim rodzaju. Zebrało się wówczas wiele osób - niektórzy znali się skądinąd, inni zaś pojawili się nie wiadomo skąd. Zapraszał ich Henryk Kurta, kierując się swoim rozeznaniem rynku komiksowego w Polsce i... marzeniami. Według Bogusława Polcha najosobliwszą postacią na tym pierwszym spotkaniu był Jan Wołek - śpiewający poeta i malarz, który nigdy z komiksem nie miał nic wspólnego. Miał za to wiele pomysłów i składał liczne obietnice, ale ostatecznie nie narysował do "Relaksu" ani jednej planszy.

W trzecim numerze "Relaksu" pojawiła się pierwsza praca Witolda Parzydły, a w czwartym opublikowane zostały rysunki kolejnego "starego wiarusa": Jerzego Wróblewskiego. Obaj rysownicy mieli współpracować z magazynem aż do końca jego istnienia. Innym stałym współpracownikiem "Relaksu" stał się Marek Szyszko, którego pierwsza praca (Na surowym korzeniu) ukazała się w numerze 10. Pojawiali się też i inni twórcy, najczęściej na krótko. Był wśród nich nawet znany satyryk Edward Lutczyn, który próbował rysować komiks kryminalny, będący zarazem zagadką dla czytelników. W "Relaksie" publikowano też komiksowe plansze Andrzeja Mleczki. Od początku jednak były one wtłaczane w ramy strony, na której prezentowano zestawienie dowcipów rysunkowych różnego autorstwa. Choć były komiksami, to jednak miały inny status niż historyjki Baranowskiego, Christy czy Rosińskiego. W dodatku były utrzymane w innej poetyce niż reszta prac. Nic dziwnego zatem, że ukazały się tylko trzy razy.

Wspominając tamte czasy, Tadeusz Baranowski stwierdził, że w PRL-u komiks musiał mieć jakieś usprawiedliwienie swojego istnienia. W "Relaksie" takim alibi było podejmowanie tematyki historycznej, czyli edukowanie młodego pokolenia przy pomocy obrazków. Pojawiała się ona nie tylko w komiksach o najdawniejszych dziejach Polski i o wydarzeniach z II wojny światowej, ale i w postaci rozmaitych artykułów oraz w formie cyklu ilustracji ukazujących uzbrojenie i umundurowanie wojsk polskich w różnych wiekach. Na przychylność władz partyjnych, od których zależało, czy magazyn w ogóle będzie się ukazywał, "zapracowywał" "Relax" także i tym, że wciąż intensywnie propagował budowę Centrum Zdrowia Dziecka.

Zawartość "Relaksu" była efektem kompromisu pomiędzy obowiązkami, wynikającymi z konieczności podporządkowania się linii programowej pisma (wyraźnie istniejącej, choć, jak twierdzą dawni współpracownicy magazynu, nigdy wprost nie sformułowanej) i chęciami, by po prostu rysować historyjki obrazkowe. W "Relaksie" rysownicy, którzy pragnęli robić komiksy, mogli znaleźć więcej miejsca na prezentację swoich możliwości, talentów i pomysłów niż gdziekolwiek indziej. Skorzystali z tej szansy, prezentując się z jak najlepszej strony, ale to, co pokazywali, w dużej mierze zależało od scenarzystów, z którymi przyszło im współpracować.

Opublikowane w "Relaksie" prace można podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią komiksy w pełni autorskie, zrobione od początku do końca przez osobę, która sama wymyślała fabułę i przenosiła ją na papier. Tak postępowali Janusz Christa, Tadeusz Baranowski, Andrzej Mleczko i nikt prócz nich. Druga grupa to adaptacje tekstów literackich, wykonane albo przez rysownika, albo przez kogoś, kto z nim współpracował. W niektórych wypadkach adaptatorem opowiadania był jego autor we własnej osobie. Były też w "Relaksie" komiksy narysowane do scenariuszy dostarczonych rysownikom przez redakcję, opowiadających historie, które powinny być opowiedziane z przyczyn dydaktycznych i propagandowych. W większości przypadków trudno dziś ustalić, kim byli ich autorzy, bo nie bardzo wiadomo, gdzie szukać innych przejawów ich twórczej aktywności. Rekrutowali się zapewne z kręgu pracowników i współpracowników KAW-u, mogli też być przyjaciółmi rysowników i redaktorów. Jedno jest pewne. Jako twórcy komiksów byli oni zupełnymi amatorami.

Leszek Moczulski (działacz politycznej opozycji; późniejszy przewodniczący Konfederacji Polski Niepodległej) pisał scenariusze do komiksów historycznych, ponieważ cenzura wydała zakaz publikowania jego tekstów. Niewątpliwie to on był pomysłodawcą opowieści i od niego zależał stopień wierności historycznym realiom w komiksie. Raczej jednak nie on planował układ strony, następstwo i zestawienie rysunków. Nie od niego zależało to, jakie obrazki wykona rysownik. Wystarczy porównać prace Kobylińskiego i Rosińskiego, by się o tym przekonać. Każdy z grafików rysuje inaczej, w inny sposób prowadzi narrację, proponuje odmienne punkty spojrzenia na to, co się dzieje. Ich komiksy diametralnie się od siebie różnią, chociaż scenariusze do nich pisał ten sam człowiek.

Najpłodniejszym z pisarzy, którzy zaangażowali się w pisanie scenariuszy komiksowych, był Stefan Weinfeld. Pierwsze prace przez niego podpisane (historia Tam, gdzie słońce zachodzi seledynowo i cykl Opowieści nie z tej ziemi), były przeróbkami jego fantastycznonaukowych opowiadań. Później jednak pisarz zasmakował w projektowaniu historyjek obrazkowych. Rozwinął też swój warsztat. Dla "Relaksu" napisał jeszcze scenariusz do sensacyjnej Czarnej róży i okolicznościowego Polaka w kosmosie. Po zamknięciu magazynu pozostał jednak stałym współpracownikiem Krajowej Agencji Wydawniczej, dostarczającym scenariuszy do najrozmaitszych odmian komiksów. Wśród autorów skupionych wokół "Relaksu" był jedynym (poza rysownikami, którzy sami tworzyli fabuły swych historyjek) twórcą, który nie uważał pisania scenariuszy do komiksów za zajęcie przypadkowe i doraźne.

5.
“Nie zawsze słowo jest sprawnym, posłusznym instrumentem dla tego, kto pragnie wyrazić swoje odczucia, swoją wizję świata. Gdyby tak było, prawdopodobnie nie istniałyby sztuki plastyczne, film czy telewizja” - tymi słowami zwracali się twórcy "Relaksu" do swoich czytelników. – “W celu przedstawiania otaczającego go świata, człowiek zawsze posługiwał się - obok słowa - obrazem. Wiedział, początkowo podświadomie, z biegiem stuleci coraz bardziej świadomie, że rysunek jako środek wyrazu ma tę przewagę nad słowem, iż jest zrozumiały przez wszystkich - i to niezależnie od stopnia wyrobienia artystycznego czy poziomu nabytej wiedzy. W naszych czasach, być może z powodu zalewu słów, następuje jak gdyby renesans obrazka, będącego po trochu zaczarowanym zwierciadłem rzeczywistości”.

Słowo wstępne było zapowiedzią inwazji obrazków, próbą nobilitacji komiksu w oczach wymagających odbiorców i jednocześnie obietnicą zaspokojenia potrzeb tych czytelników, których stopień wyrobienia artystycznego i poziom nabytej wiedzy zniechęcał raczej niż zachęcał do obcowania ze słowem. Cały "Relax" - od pierwszej do ostatniej strony - był obietnicą nowych czasów. Czasów, w których rozrywka będzie lekka, łatwa, przyjemna, podana w formie kolorowych obrazków oraz ...połączona z treściami dydaktycznymi i propagandowymi. Komiksowa forma magazynu stanowiła istotny składnik owej obietnicy, gdyż historyjki obrazkowe były w Polsce postrzegane jako wytwór kultury Zachodu czy wręcz amerykański wynalazek, obcy naszym tradycjom (i przez długi czas absolutnie nie do przyjęcia na rodzimym gruncie).

W eseju Era wizji, publikowanym w trzech kolejnych numerach "Relaxu", Henryk Kurta opowiadał o randze przekazów wizualnych, opowiadał historię komiksu, przedstawiał jego najsłynniejszych bohaterów, a nawet sugerował, że być może niebawem doczekamy się polskiego wydania przygód dzielnych Galów, walczących orężem i dowcipem przeciw legionom Cezara, wędrujących po krajach Europy sprzed dwóch tysięcy lat. "Relax" zdawał się być idealnym miejscem do zaprezentowania takiego komiksu jak Asterix a czytelnicy pisali o tym, że chcieliby zobaczyć go na łamach magazynu. Ich nadzieję na to, że zobaczą polską wersję znanych na świecie seriali komiksowych rozbudzał fakt, że już w drugim numerze "Relaksu" pojawiły się przedruki prac zagranicznych. Była to pierwsza część opowieści Zamach, narysowana przez Czecha Karela Saudka, i węgierska historyjka Świątynia słońca. Numer ósmy z kolei przyniósł pracę rysownika belgijskiego, przedstawionego jako autora pracującego dla magazynu "Spirou", który tym razem narysował komiks specjalnie dla czytelników "Relaksu". Komiks nosił tytuł Szczęki i składał się z dwóch plansz, z niewyjaśnionych przyczyn oznaczonych numerami: 5 i 6.

Komiksy węgierskie były drukowane w magazynie opowieści rysunkowych aż do końca jego istnienia. Publikowano je wówczas nie tylko w "Relaksie", ale i w postaci odcinków w "Świecie Młodych", a nawet wydawano w formie albumów. Korzystano z nich obficie, chociaż niespecjalnie podobały się czytelnikom. Natomiast na łamy "Relaksu" nie trafiły już więcej żadne komiksy zachodnie, z jednym wyjątkiem. Był nim Thorgal, rysowany przez Grzegorza Rosińskiego do scenariusza Jeana Van Hamme'a, oryginalnie publikowany (od 1976 roku) na łamach belgijskiego magazynu "Tintin". W "Relaksie" pierwszy odcinek Thorgala pojawił się w numerze dziewiętnastym, wydanym w 1978 roku, ostatni - w numerze dwudziestym trzecim z 1979. The World Encyclopedia of Comics pod redakcją Maurice'a Horna podaje, że to właśnie prace opublikowane w "Relaksie" zwróciły uwagę belgijskich wydawców na polskiego rysownika i sprawiły, że zaproponowano mu współpracę - najpierw z magazynem "Spirou", a potem z "Tintinem".

 

5.
"Relax" ukazywał się do 1981 roku. Kres jego istnieniu położyło ogłoszenie stanu wojennego, wyznaczające kres epoki, w której wszystko miało być lekkie, łatwe, przyjemne i na zachodnią modłę. Kiedy Krajowa Agencja Wydawnicza publikowała jego pierwszy numer, stanowił propozycję nowego wydawnictwa komiksowego. Był obietnicą dostępu do komiksów innych niż Kapitan Żbik, Kapitan Kloss czy Podziemny front. Choć sam "Relax" nie do końca był taki, jak się zapowiadał, to jednak stanowił impuls zachęcający do tworzenia i publikowania komiksów bliskich temu, co było prezentowane na jego łamach.

W latach osiemdziesiątych polskie wydawnictwa publikowały jeden po drugim albumy tworzone przez rysowników związanych z "Relaxem": kolejne historyjki o Kajku i Kokoszu autorstwa Janusza Christy (oraz dwa tomy - znanych z "Relaksu" przygód Gucka i Rocha), humorystyczne opowiastki Tadeusza Baranowskiego, historyczne i sensacyjne komiksy Jerzego Wróblewskiego, prace Marka Szyszki i Zbigniewa Kasprzaka, który zadebiutować na łamach "Relaksu" już nie zdążył (choć The World Encyclopedia of Comics Maurice'a Horna przypisuje mu współpracę z magazynem). Wśród rzeczy wydanych w latach osiemdziesiątych w Polsce znalazły się także pierwsze albumy Thorgala i serial Według Ericha von Dänikena, który Bogusław Polch narysował dla niemieckiego wydawnictwa Econ Verlag. Można było wówczas narzekać na jakość druku lub nieregularność pojawiania się komiksowych publikacji, ale sama oferta obrazkowych historyjek była niezwykle obfita i różnorodna. Część z nich jest wznawiana do dziś. Inne są jedynie wspominane z sentymentem. Jeszcze inne zostały - jak najsłuszniej - zapomniane.

Polscy krytycy na ogół nie byli życzliwi dla rodzimego komiksu. Narzekali na niską jakość rysunków i na obecność wtrętów propagandowych w fabułach. Zwracali uwagę na niedociągnięcia scenariuszowe i na dublowanie w komentarzach słownych tego, co dostatecznie wyraźnie pokazuje obrazek (zdarzało się również narzekanie na to, że słowo dopowiada to, czego nieudolnie wykonany obrazek nie pokazuje). Pojawiało się nawet twierdzenie, że polski komiks jest takim samym produktem zastępczym jak polskie dżinsy i że charakteryzuje go taka sama (niewiarygodnie niska) jakość. W zarzutach krytyków było wiele racji, ale równie wiele było w nich zacietrzewienia, które nie pozwalało na dostrzeganie jakości artystycznych tam, gdzie chodziło o propagandę. Dziś, kiedy PRL-u już nie ma, a poza oficjalnym obiegiem ukazują się jedyne wydawane przez młodych twórców i miłośników komiksów fanziny, w których pojawiają się pełne atencji wspomnienia o "Relaksie" i skupionych wokół niego rysownikach, warto spojrzeć na prace Christy, Kobylińskiego, Polcha, Rosińskiego, Wróblewskiego i innych nieuprzedzonym okiem. Warto zapytać, o to, co było i co pozostało w nich dobre.



blog comments powered by Disqus