Historia komiksu: 1945 - 1988

Autor: Janusz Pawlak

Lata powojenne... Okazuje się, że czasem znacznie trudniej pozyskać komiksy z lat czterdziestych czy pięćdziesiątych, niż te sprzed 1939 r. Najstarszym "eksponatem" z tych lat w mojej kolekcji jest... Dick Tracy. Fragment (42 kadry), stanowiący zakończenie dłuższej historii, opublikował "Przekrój" w numerze 76 z 22. IX. 1946 r. Komiks, rysowany przez Chestera Goulda od 1931 r., cieszył się ogromną popularnością w Ameryce i krakowski tygodnik postanowił zaznajomić polskiego czytelnika z ulubieńcem zaoceanicznej publiczności. By szok nie był zbyt duży, dołączono stosowny tytuł i wstęp, który muszę tu zacytować w całości: "Czym karmi się Ameryka: Super comics! Podajemy jedno z typowych nigdy nie kończących się, a ulubionych w Ameryce opowiadań obrazkowych. Za rozpaczliwy poziom tych historyjek odpowiada USA a nie redakcja 'Przekroju'". (Idąc tym tropem zastanawiam się, czy rząd RP poczuwa się do odpowiedzialności za komiksy Śledzia, Prosiaka, czy Bartka Kurzoka? Bez obrazy, zestawiam tu ich prace z rysunkami samego Goulda). Nie wiem, spod czyjego pióra wyszedł ten tekst. Mam nadzieję, że nie od tłumacza. Komiks został bowiem spolszczony przez pewnego poetę, którego lubię i podziwiam, a który ukrył się tu pod pseudonimem Karakuliambro. Tak, tak, to ten sam co napisał "Skumbrie w tomacie" i "Strasną zabę" - sam mistrz Konstanty Ildefons Gałczyński. Historyjka zaprezentowana w "Przekroju" nie należy zapewne do najlepszych. Jesteśmy oto świadkami, jak przebiegły detektyw zlokalizował zawiniętego w dywan imperialistycznego bandytę, wykurzył go z niego przy pomocy roju pszczół i aresztował. Bandyta nosił pseudonim Twarzyczka i charakteryzował się tym, że miał amputowane uszy. Ciekaw jestem, czy to pierwszy występ Dicka Tracy na polskiej ziemi?

Pamiętacie Pata i Patachona? Przywędrowali do nas z Danii i zadomowili się na dobre za sprawą Wacława Drozdowskiego, długo przed wybuchem wojny. Po jej zakończeniu ulegli całkowitej naturalizacji i jako Wicek i Wacek w 1948 r. stali się bohaterami komiksu tegoż rysownika, pod takim właśnie tytułem. Na karcie tytułowej widniało dodatkowo: "Ucieszne przygody dwóch wisusów w czasie okupacji, na ich cześć wierszem opisane". Książeczka ukazała się w Łodzi nakładem redakcji "Expressu Ilustrowanego". Autorem wierszowanego tekstu był W. Ochocki. Komiks zawiera 28 jednost ronnych kart, pierwsza - to karta tytułowa, następnie mamy krótki wstęp, na pozostałych umieszczono po osiem drukowanych jednobarwnie (w sepii) kadrów ze stosownymi podpisami. Przeglądając ten komiks, zawsze zwracam uwagę na strony, gdzie akcja przenosi się za druty obozu koncentracyjnego. O dziwo, autorzy nadal uciesznie opowiadali o zabawnych przygodach swoich bohaterów. Czytelnik nie znajdzie tu owego martyrologicznego tonu, który niezmiennie kojarzy się nam z hasłem "obóz koncentracyjny". Przypuszczam, że wtedy, zaledwie trzy lata po wojnie, tematyka obozowa była na tyle bliska niemal wszystkim Polakom, że tak lekkie potraktowanie tematu nie budziło sprzeciwu. Cóż, to jeszcze nie była historia, to było życie... W latach późniejszych taka perspektywa byłaby nie do przyjęcia. I słusznie. Egzemplarz, który posiadam, nie należy do najpiękniejszych. Krawędzie okładki mają naddarcia, które ktoś kiedyś próbował ratować taśmą. Taśma już dawno odpadła, pozostawiając nieusuwalne zażółcenia papieru. Pierwsze dwie plansze pokolorowano nieudolnie kredkami. Pocieszam się jedynie tym, że nigdy nie miałem sposobności wymienić Wicka i Wacka na lepszy egzemplarz. Pamiętam, że kilka lat temu Biblioteka Narodowa kupiła na aukcji znacznie gorszy egzemplarz, gdyż nie posiadała żadnego. Potem, już po fachowej konserwacji, widziałem go na wystawie w 1999 r. Komiks niewątpliwie jest rzadki. Znacznie łatwiej można kupić jego pokolorowany reprint, wydany przez łódzką KAW w 1989 r.

Od roku 1948 r. na ostatniej stronie "Przekroju" pojawiały się krótkie, nieme komiksy Zbigniewa Lengrena pt. Profesor Filutek. Nie bardzo przypadła mi do gustu postać zacnego naukowca. Przypominał mi raczej uśmiechniętego kaczora, niż brodatego profesora. Krótka historyjka składała się zawsze z trzech czarno-białych kadrów, czasem wprowadzano niewielki akcent w innym kolorze. Zwracam tu uwagę na ten komis, jako że jest on najdłużej ukazującym się polskim komiksem prasowym. Miałem kiedyś dwie książeczki z historyjkami Z. Lengrena, ale gdzieś je zaprzepaściłem i teraz mam kłopoty z ich zdobyciem. Posiadam natomiast oprawiony komplet "Przekrojów" z pierwszego półrocza 1948 r. W numerze z 1 lutego Filutek pojawił się po raz pierwszy i od tej pory na dobre zadomowił się na przekrojowych stronach.

A teraz prawdziwa perełka: Przygody mistrza wielu fachów Grzegorza Idziego Wazonika z pod tytułem "Film rysunkowy". Komiks ten ukazał się w 1950 r. w Warszawie, nakładem połączonych sił "Rolnika Polskiego" i "Łącznika Pocztowego". Autorami wierszowanych tekstów byli Józef Kolka i Marcin Nowak, ilustracje wykonał Jerzy Karcz. Z krótkiego wstępu można się dowiedzieć, że paski komiksowe z przygodami Wazonika ukazywały się początkowo w "Życiu Warszawy", a od 1948 r. w "Rolniku Polskim". Książeczka, wydana w podłużnym formacie, zawiera kartę tytułową, jednostronicowy wstęp i 50 jednostronnych plansz. Każda z nich składa się z ośmiu kadrów podpisanych czterowierszem. Zarówno strona rysunkowa, jak i literacka, nie posiadają większych walorów artystycznych. Nie mogę się powstrzymać i zacytuję kawałek: (Wazonik zwraca się do stracha na wróble) "- Jaśniestrachu - strasz gawrony - po toś tutaj postawiony. Jaśniestrachu - chłopom nie gróź, boś spróchniały kół, a nie gwóźdź". Akcja komiksu rozpoczyna się w Polsce międzywojennej, a kończy w roku 1949. Wyraźnie widać tu obowiązujący w tamtych czasach schemat: koszmarnym czasom Polski sanacyjnej przeciwstawiono nową, socjalistyczną rzeczywistość. Egzemplarz oprawiono niedawno w półpłótno, oryginalną okładkę broszurową naklejono na oprawę. Niewielkie naddarcia czterech ostatnich kart starannie podklejono, jedna z początkowych kart ma uzupełniony papierem ubytek: jeden kadr jest nieczytelny. Wszechwiedzący bibliograf polskiego komiksu Marek Misiora, przed którym chylę czoło i jednocześnie padam plackiem, nie odnotowuje tego tytułu w swoich zestawieniach.

Obiektem pożądania wielu kolekcjonerów są Niezwykłe przygody Michasia Pogody. Drukowane w formie cienkich zeszycików, zostały niemal całkowicie zaczytane. Moich osiem niewielkich książeczek tworzy pierwszą serię Przygód. Ukazała się ona w Krakowie w latach 1956 -1958. Barwne rysunki do tekstów B. Brzezińskiego wykonał J. Karolak. Fabuła jest bardzo bogata: Michaś Pogoda, terminator u szewca w Niebyłowie, staje się posiadaczem czapki-niewidki; są dalekie podróże, niewiarygodne przygody, gangsterzy i policjanci. A wszystko to spisane wierszem i ozdobione blisko 400 ilustracjami. W latach 1958 - 1960 ukazała się seria druga w 10 zeszytach nieco większego formatu, na które wciąż poluję.

Niezwykle_przygody_Michasia_Pogody_02 Niezwykle_przygody_Michasia_Pogody_03 Niezwykle_przygody_Michasia_Pogody_04

Szczególne miejsce w dziejach polskiego komiksu zajmuje Tytus, Romek i A'Tomek, którego 25 części należy już do klasyki. Lada moment spodziewana jest część 26., poszczególne odcinki można zobaczyć już w internetowym serwisie prasowym "Nasze miasto" (http://www.naszemiasto.pl). Z konieczności podam kilka powszechnie znanych informacji: autorem testów i rysunków jest Henryk Jerzy Chmielewski (zwany Papciem Chmielem). Bohaterowie to dwaj chłopcy Romek i A'Tomek oraz szympans Tytus de Zoo, który poddawany jest bezustannie procesowi uczłowieczania. Pierwsza, jeszcze nie numerowana część, ukazała się nakładem Wydawnictwa Harcerskiego w 1966 r. w nakładzie 30.000 egz. Książeczkę otwierało drzewo genealogiczne Tytusa i krótki wywiad przeprowadzony z nim na okoliczność pierwszego wydania jego przygód w formie książkowej (dotychczas trzej bohaterowie znani byli jedynie z łamów "Świata Młodych"). Strony komiksu drukowane były naprzemiennie: po dwóch barwnych następowały dwie czarno-białe. Na końcu wydawca reklamował inne swoje publikacje: serię Złotej błyskawicy, książeczki z cyklu Zrób to sam - coś z niczego oraz "Świat Młodych". Pierwsze wydanie pierwszej księgi Tytusa należy do rzadkości. Trudno również o drugie wydanie, które ukazało się w niezmienionej formie w tym samym roku. Na kolejną część nie trzeba było czekać długo. Już w 1967 r. nakładem tego samego wydawnictwa wyszła księga druga w nieco zwiększonym nakładzie (50.000 egz.). W krótkim wstępie, w którym roztaczano perspektywy regularnego wydawania kolejnych ksiąg z przygodami sympatycznej trójki, przeczytałem: "Wydrukujemy być może (...) księgę dziesiątą, ale to już nie będzie Cię interesowało. Wyrośniesz i będziesz zajmował się inną lekturą. Może dopiero dwudziesta księga naszych przygód znowu Cię zainteresuje, bo... kupisz ją dla swoich dzieci". Oburzyły mnie te słowa i boleśnie dotknęły: jak to? Miałbym wyrosnąć z Tytusa? Postanowiłem sobie (pamiętam ten moment, choć było to 34 lata temu!), że przenigdy nie zrezygnuję z Tytusa. I słowa dotrzymałem. Kupowałem wszystkie księgi i mam je do dziś. Niestety, Papcio Chmiel pomylił się i w drugiej części swojego proroctwa: księgi dwudziestej nie kupiłem dla swoich dzieci. Nie bawi ich to. Nie przeczytały żadnego odcinka. Papcio Chmiel dostarczał nam - średnio raz na rok, kolejną księgę. Odcinek 11. przyniósł nowość - wszystkie strony drukowano w kolorze, a począwszy od księgi 17. format zmienił się z podłużnego na pionowy, choć poszczególne strony wciąż zachowały układ podłużny, ale i on uległ zmianie w księdze 18. Odcinek 25. miał być ostatni. Autor postanowił ożenić Tytusa. Czytałem gdzieś nawet zestawienie komiksów, w których ślub głównego bohatera zakończył ukazywanie się serii. Ale Papcio Chmiel zaskoczył nas nie po raz pierwszy. Jest już gotowy odcinek następny. Na Tytusie wychowały się dwa, a może i trzy pokolenia. Debiut książkowy został poprzedzony licznymi publikacjami prasowymi, począwszy od roku 1957 r., gdy pierwszy komiks zatytułowany jeszcze Romek i A'Tomek ukazał się na łamach "Świata Młodych" (wtedy wyższy z bohaterów nazywał się A'Tomek, a niższy - Romek, później zamienili się imionami). Ostatnie badania Arka Bileckiego ("AQQ", nr 22/2001, s. 49) ujawniły wersje poszczególnych ksiąg. I tak księga 1. miała trzy różne edycje (1966, 1974 i 1988), księga 2. dwie (1967 i 1990), księga 3. tyle samo (1968 i 1992), księga 6. dwie (1971 i 1996), księga 7. również (1972 i 1990) i księga 10. tyle samo (1975 i 1991). Na dodatek - okładki księgi 4. w wydaniu pierwszym (1969) i trzecim (1976) nieco się różnią. Tyle o Tytusie, choć można by znacznie, znacznie dłużej. Literatura przedmiotu jest olbrzymia. Ale moim zadaniem jest jedynie opisanie własnej kolekcji. A zatem: mam komplet pierwszych wydań Tytusa w bardzo dobrych stanach, za wyjątkiem księgi pierwszej, którą woziłem ze sobą na wakacje, co z kolei wywarło swoje piętno na tym egzemplarzu. Na odwrocie karty tytułowej księgi 7. widnieje dedykacja autora dla mnie, mój egzemplarz księgi 22. ozdobił autor osobiście, rysując Tytusa i wpisując stosowną dedykację. Dodam jeszcze, że mam dwie pocztówki z początku lat siedemdziesiątych, na których Papcio Chmiel odręcznie sportretował Tytusa, A'Tomka, Romka i siebie. Wpadł mi też kiedyś w ręce drugi zeszyt z cyklu Malujemy Tytusa z 1984 r. zawierający całostronicowe plansze do kolorowania. Włączyłem go do kolekcji.

Waldemar Świerzy należy do moich ulubionych artystów zajmujących się plakatem. Miałem kiedyś całkiem spory zbiór jego prac. Niedawno nieoczekiwanie zaoferowano mi rzadki plakat tego twórcy i skwapliwie z oferty tej skorzystałem. Plakat wykonano bowiem w konwencji komiksowej. Pochodzi z 1967 r. i reklamuje polską komedię filmową Cała naprzód (reż. S. Lenartowicz, wystąpili m.in. Z. Cybulski, Z. Maklakiewicz). W górnej części widnieje tytuł filmu, poniżej umieszczono siedem barwnych kadrów. Plakat jest w znakomitym stanie i z dumą prezentuję go w tym miejscu. Cenię go sobie tym bardziej, że powstał w trudnym dla komiksu polskiego okresie. To jeden z nielicznych eksponatów z tamtych lat w moich zbiorach.

W roku 1969 byłem już przyzwyczajony do uważnego przepatrywania witryn kiosków "Ruchu" w poszukiwaniu komiksów (mam tu na myśli ukazującego się nieregularnie od dwóch lat Kapitana Żbika). Ku mojemu zdziwieniu - zamiast zeszytu z kolejnymi przygodami dzielnego milicjanta, wśród prasy codziennej i ilustrowanych tygodników wypatrzyłem pierwszy numer serii Podziemny front. Do roku 1972 wyszło ich dziewięć, stanowiąc komplet tego cyklu. Ukazywały się nakładem "Sportu i Turystyki". Pierwowzorem komiksów był zrealizowany w 1965 r. serial telewizyjny pod tym samym tytułem (siedem odcinków) oraz jego kontynuacja pt. Powrót doktora von Kniprode (dwa odcinki). Pierwsze sześć zeszytów rysował M. Wiśniewski, końcowe trzy J. Wróblewski. Opowiadały one o przeżyciach członków batalionu Armii Ludowej im. Czwartaków. Tłem były autentyczne akcje bojowe i działania dywersyjne, przeprowadzone w okupowanej Warszawie. Wewnętrzną część przedniej okładki zajmował krótki tekst wprowadzający, na trzeciej stronie okładki kontynuowano przez sześć zeszytów dział "Z kroniki Czwartaków", w końcowych trzech numerach zastąpiła ją "Informacja historyczna", ostatnia strona prezentowała okładkę następnego zeszytu i powtarzający się rysunek, przedstawiający żołnierzy polskich pod Bramą Brandenburską w zburzonym Berlinie. Podziemny front nie wzbudzał w nas takich emocji, jak Żbik. Może podświadomie wyczuwaliśmy duży ładunek propagandowy zawarty w scenariuszu? Bo nie ulega wątpliwości, że twórcom cyklu chodziło o prawomyślne (co wcale nie znaczy, że prawdziwe) pokazanie obrazu walk z niemieckim najeźdźcą podczas II wojny. Podobną deformację rzeczywistości znaleźć można również w dwóch innych cyklach komiksowych, poświęconych okresowi 1939 - 1945: Kapitan Kloss i Czterej pancerni. Mimo wszystko kupowaliśmy Podziemny front. Zawsze przecież mógł posłużyć jako towar na wymianę - choćby za ciekawszy zeszyt Żbika. Mój egzemplarz Podziemnego frontu przetrwał ponad trzydzieści lat w stanie idealnym. A to dlatego, że jego pierwszy właściciel - po zakończeniu cyklu, oprawił całość u introligatora.

Okazuje się, że w sprawy polskiego komiksu można wciągnąć samego Jamesa Joyce'a, a nawet jego nieco starszego kolegę po piórze Wiliama Shakespeara. Wszystko to za sprawą M. Słomczyńskiego, który przełożył na język polski dzieła obu tych panów i zapisał się na kartach dziejów naszej kultury jako ten, który dał nam pierwsze polskie tłumaczenie Ulissesa. Poświęcając się pracy translatorskiej, tłumacz czerpał dochody z wielokrotnie wznawianych kryminałów, które był napisał pod pseudonimem Joe Alex. I w ten oto sposób dotarliśmy do komiksów. Krakowskie Wydawnictwo Literackie wyposażyło bowiem kolejne wydania książek Alexa w komiksowe okładki. Ich twórcą był Bronisław Kurdziel. W swojej kolekcji posiadam kilka tytułów z lat 1970-tych: Cichym ścigałam golotem..., Śmierć mówi w moim imieniu, Piekło jest we mnie, Jesteś tylko diabłem, Powiem wam jak zginął i Gdzie przykazań brak dziesięciu. Aby skończyć temat komiksów na okładkach, dodam, że również Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne skorzystały z tego pomysłu, by przyciągnąć uwagę młodego czytelnika. W roku 1980 wypuściły w świat lekturkę dla uczących się języka angielskiego, zawierającą dwa opowiadania P. Prowse'a pt. Greek Adventure i Accident. Okładkę zdobią typowo komiksowe kadry, a i wewnątrz znajdziemy kilka utrzymanych w tej konwencji, ilustracji. Autorem opracowania plastycznego książeczki był Piotr Młodożeniec.

Cichym_scigalam_go_lotem Cichym_scigalam_go_lotem_tyl Smierc_mowi_w_moim_imieniu Smierc_mowi_w_moim_imieniu_tyl
Pieklo_jest_we_mnie Pieklo_jest_we_mnie_tyl Jestes_tylko_diablem Jestes_tylko_diablem_tyl
Powiem_wam_jak_zginal Powiem_wam_jak_zginal_tyl Gdzie_przykazan_brak_dziesieciu Gdzie_przykazan_brak_dziesieciu_tyl

Wydawnictwo "Sport i Turystyka", niezwykle zasłużone dla polskiego komiksu, akurat w tej dziedzinie nie wykazywało ograniczenia tematycznego. Trudno bowiem nazwać turystyką liczne podróże Klossa, czy Żbika, a nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie porównywał osiągnięć bojowców Armii Ludowej opisanych w Podziemnym froncie do wyczynów sportowych. Wśród komiksów "Sportu i Turystyki" można jednak znaleźć kilka, których tematyka była w doskonałej zgodzie z profilem wydawnictwa. Pierwszą z takich publikacji był zeszyt zatytułowany Od Walii do Brazylii, narysowany przez G. Rosińskiego. Komiks ukazał się w 1975 roku, w normalnym dla tamtych czasów gigantycznym nakładzie 200.000 egz., a jego treścią był udział polskiej reprezentacji w X Piłkarskich Mistrzostwach Świata w 1974. Na wewnętrznych stronach okładki znalazł się tekst omawiający nasz udział w mistrzostwach (nie zapomniano dodać, że piłkarze zostali przyjęci przez I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka i otrzymali wysokie odznaczenia od Rady Państwa) oraz wykaz meczów rozegranych podczas eliminacji i finałów z podaniem składów drużyn. Na zewnętrznej stronie tylnej okładki zamieszczono barwne zdjęcie kadry narodowej. Choć wszyscy mieliśmy w pamięci dramatyczne mecze na Wembley i w Monachium, i były one w dalszym ciągu tematem naszych codziennych rozmów, to komiks trochę nas rozczarował. Krótkie i z konieczności kronikarskie przedstawienie poszczególnych spotkań, doskonale znane zakończenie i nie najlepsze rysunki sprawiły, że Od Walii do Brazylii bardziej cenili sobie kolekcjonerzy piłkarskich pamiątek, niż zbieracze komiksów. A jednak ten zeszyt zapisał się w historii i to za sprawą nie byle kogo. Prześmiewcza i niepochlebna recenzja komiksu wyszła spod pióra samego Stanisława Barańczaka, a jej tytuł brzmiał "Nie będzie Neeskens pluł nam w twarz".

W roku 1975 ukazał się komiks M. Piotrowskiego Szare Uszko. Zarówno treść, jak i jego forma kwalifikują go jednoznacznie jako komiks dziecięcy. Rysunki przypominają prace kilkuletniego dziecka. Fabuła również: z niejasnych przyczyn (coś spadło z nieba, robiąc przy tym zzzzzz i bum) mały Zajączek zmuszony był opuścić rodzinne strony i uciekać. Trafił do miasta, gdzie wytropił go myśliwy, który wespół z kolegami z Towarzystwa Myśliwskiego ruszył za Zajączkiem w pościg. Bohater komiksu przypadkowo trafił do szkoły, w której zwierzęta "uczą się latać w przestrzeniach kosmicznych". Jako wykwalifikowany kosmonauta odbył lot wokół księżyca. Zimą, gdy zajączek miał urlop, zrewanżował się prześladującym go niegdyś myśliwym: podczas polowania przeleciał parę razy swoją rakietą kosmiczną nad ich głowami, co tak ich wystraszyło, że zaczęli udawać zające. Na koniec wylądował w rodzinnej wiosce i podarował swoim krewniakom i przyjaciołom główkę kapusty. Ta potoczyła się po stoku, a zające popędziły za nią. Koniec. Zupełnie bez sensu! Nie wiem ile lat miał wówczas M. Piotrowski, autor tej książeczki. Na kilku kadrach występuje "Rysownik", który przedstawiony jest jako dorosły mężczyzna. Jeżeli rzeczywiście osiągnął wtedy wiek dojrzały, to zachował niczym nie skażoną dziecięcą wyobraźnię: wątki nie muszą się zamykać, losy bohaterów mogą pozostać nieznane, logika i konsekwencja zdają się być nieobecne. Te interesujące przymioty umysłu autora stanowią interesujący materiał dla lekarzy, jednak dla twórcy komiksów są raczej dyskwalifikującym balastem. Szare Uszko, o dziwo, doczekało się wznowienia w 1978 r. (mam w swoich zbiorach właśnie to drugie wydanie, nieco sfatygowane, niestety). Na okładce niedobry Myśliwy pyta siedzącego w fotelu Zajączka "Czy to jest opowieść obrazkowa?", czyli mówiąc po ludzku "Czy to jest komiks?" Z przykrością muszę odpowiedzieć na to pytanie twierdząco.

Nieczęsto się zdarza, by komiks przeznaczony dla dzieci cieszył się estymą wśród kolekcjonerów. A jednak w przypadku ośmiu zeszytów serii Kwapiszon jest inaczej. Znam wielu zbieraczy, którzy wciąż szukają brakujących odcinków, inni z kolei dumnie chwalą się, że uzbierali komplet. W istocie komiks, mimo że przeznaczony dla bardzo młodego czytelnika, zasługuje na uwagę choćby ze względów formalnych. Jego autorem jest Bohdan Butenko, twórca takich postaci, jak Gapiszon, Gucio i Cezar. Seria o przygodach Kwapiszona składa się z ośmiu podłużnych zeszytów, wydanych w latach 1975 - 1982 przez "Naszą Księgarnię". W poszczególnych kadrach wykorzystano jako tło fotografie, postaci bohaterów zostały odręcznie wrysowane i wyposażone w dymki ze stosownym tekstem. W pierwszym odcinku opowieści tytułowy bohater znalazł na wiślanym brzegu tajemniczą szkatułkę, do której rościło sobie pretensje dwóch oprychów. Pozostałe części komiksu poświęcono pogoni rzeczonych oprychów za Kwapiszonem po całej Polsce. Razem z nimi odwiedzamy Trójmiasto, Frombork, Kraków, Wieliczkę, by w końcu zakończyć wędrówkę w Warszawie. Odnotujmy na koniec drobny szczegół: Kwapiszon w swoim pokoju powiesił na ścianie kalendarz z Guciem i Cezarem oraz starannie oprawiony portret Butenkowego Gapiszona. Przygody Kwapiszona wydano w olbrzymim nakładzie 375.000 egzemplarzy. Los obszedł się widać okrutnie z większością zeszytów, gdyż wcale nie tak łatwo zebrać cały zestaw.

okladka okladka okladka okladka
okladka okladka okladka okladka

Siedem zeszytów magazynu "Alfa" z pewnością nie należy do rarytasów kolekcjonerskich. Dysponując nawet niezbyt zasobnym portfelem i odrobiną cierpliwości, można zebrać komplet tego wydawnictwa. "Alfa" zaczęła ukazywać się w 1976 r., by dokonać żywota 9 lat później. Nie było to przedsięwzięcie udane. Poszczególne zeszyty, wydawane przez warszawską KAW w nakładzie 100.000 egz., zawierały artykuły popularnonaukowe, opowiadania fantastyczne, ciekawostki. Tematyka tych tekstów obracała się wokół niewyjaśnionych zagadek dawnych cywilizacji, UFO, najnowszych odkryć naukowych. Były również komiksy. Pierwszą część otwierała historia Zaginiony świat węgierskiego tandemu Horvath-Sebök wg powieści A. C. Doyle'a. W tym samym zeszycie znaleźliśmy pierwszy odcinek opowieści W służbie galaktycznej, z rysunkami znanego ilustratora J. Stannego. Jego prace towarzyszyły również drugiemu odcinkowi tego cyklu, natomiast dwa następne epizody narysował G. Rosiński. Ostatni, piąty odcinek był autorstwa J. Majewskiego. Fabuła i jej plastyczna realizacja nie były porywające; wspominam tu o tym cyklu jedynie ze względu na osobę autora Thorgala. Dla "Alfy" rysowali również: Z. Panasiuk (dwuodcinkowy Andrus i Robik, Założyciel cywilizacji), W. Andrzejewski (Wehikuł czasu i Wojna światów wg G. H. Wellsa), A. Barecki (Droz), J. Majewski (Dziwne zdarzenia wg K. Bułyczowa), B. Łukaszewski (Głowa), M. Dzwonkowski (Cyrk w kosmosie), M. Demczuk (Blamaż Mr. Spacerangera) i H. Laskowski (Góra Gwiazdy i Najważniejszy powrót). Żaden z tych komiksów nie przeszedł do historii. Warto odnotować, że wydawcom udało się pozyskać współpracę znakomitego grafika i projektanta, W. Świerzego, który ozdobił okładkę nr 3.

Jerzy Skarżyński, profesor krakowskiej ASP, niejednokrotnie sprawiał niespodzianki miłośnikom komiksu. Do takich niewątpliwie należały ilustracje do książki Julio Cortazara pt. Fantomas przeciw wielonarodowym wampirom. Ukazała się w Krakowie w 1979 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego, tekst przełożyła Z. Chądzyńska. Wewnątrz znajduje się 17 całostronicowych barwnych plansz komiksowych, ilustrujących fabułę opowiadania. Okładka pozwalała przypuszczać, że mamy tu do czynienia nie tylko z tekstem literackim. Widnieje na niej bowiem postać głównego bohatera w ekspresyjnej pozie i charakterystyczny dla komiksu dymek, z wpisaną weń drugą częścią tytułu. Niewiele pisało się u nas o tej publikacji. Być może znaczna przewaga tekstu nad ilustracjami nie pozwalała uznać ją za klasyczny komiks. Bardzo cenię sobie Fantomasa i to właśnie ze względu na rysunki Skarżyńskiego. Starannie zakomponowane kadry, precyzyjna kreska, znakomite wyczucie konwencji, pozwalają zaliczyć tę publikację do najwybitniejszych w dziejach polskiego komiksu. Stawiam ją na równi z Janosikiem tego samego rysownika.

W roku 1980 stolica naszego wielkiego sąsiada, Moskwa, gościła uczestników XXII Olimpiady. Z tej okazji wydawnictwo "Sport i Turystyka" wydało komiks, sławiący osiągnięcia naszych olimpijczyków. Zeszyt zatytułowany Polacy na olimpijskich arenach zawierał spis igrzysk nowożytnych, osiem stron poświęcono omówieniu udziału Polaków oraz dodano pełny wykaz naszych medalistów. Tylną okładkę zarezerwowano dla programu igrzysk moskiewskich. Pozostałą część wypełniały rysunki Jerzego Wróblewskiego. Pierwsze kadry ukazywały pojedyncze epizody z najwcześniejszych igrzysk nowożytnych, a bohaterem pierwszej historii był K. Römmel, medalista z Amsterdamu (1928). Na dalszych stronach



blog comments powered by Disqus