Kaznodzieja

Autor: Piotr Mirski
21 maja 2007

Bóg odszedł. Nie wiadomo, dlaczego - po prostu go nie ma. Nie umarł, jak to zapowiedział Nietzsche, ale opuścił stworzony przez siebie świat. Pozostały tylko anioły, ale te totalnie nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Do tego dochodzi jeszcze problem z Genesis - dzieckiem mającym matkę w Niebie, a ojca w Piekle, które w dodatku ucieka do świata ludzi. Tam wstępuje w ciało kaznodziei - Jessego Custera, a ten, dowiedziawszy się prawdy, postanawia odnaleźć zbiegłego Stwórcę. Wraz ze swoją dziewczyną - byłą płatną zabójczynią o imieniu Tulip i bezczelnym irlandzkim wampirem, Cassidym - wyrusza przez zdeprawowaną Amerykę w straceńczą podróż. Ich kolejne kroki będą znaczyły rzeki krwi i tony ołowianych łusek...

Brzmi mocno? I to jak! Tak oto prezentuje się fabuła Kaznodziei - komiksu, który na początku lat 90 - tych zszokował całe środowisko zwolenników sztuki obrazkowej. Pierwsze skojarzenia, jakie budzi ta opowieść to: Quentin Tarantino, Miasteczko South Park, Robert Rodriguez, Dzikość serca. To mocna, męska, na poły westernowa historia - dodatkowo mierząca we wszystkie możliwe świętości. Bohaterowie klną niemiłosiernie, zabijają się nawzajem i torturują bez opamiętania, a sprawy teologiczne ukazane są w sposób daleki od tego zalecanego przez Pismo Święte. Wbrew pozorom nie jest to jednak opowieść klasy B. Kaznodzieja, pomimo całego tego sztafażu, tak naprawdę jest historią o utracie wiary, próbie jej odzyskania i egzystencjalnej trwodze gnębiącej ludzi w obliczu stopniowego upadku cywilizacji, w dodatku pełną wiarygodnych i skomplikowanych psychologicznie postaci.

Podobno nie wszystko złoto, co się świeci. Podobno. Miło jest jednak, gdy ze świetną treścią idzie w parze sytuująca się na podobnym poziomie forma. I w tym miejscu właśnie ujawnia się największy mankament Kaznodziei. Niebanalną, autorską historię Gartha Ennisa ilustruje w sposób banalny i nijaki Steve Dillon. Jego rysunki są boleśnie... komiksowe. Trudno tu mówić o własnym stylu - podobny sposób kreślenia można znaleźć w setkach takich wydawnictw. Pierwszym skojarzeniem są serie wydawane przez Marvela i DC, gdzie - znanych już chyba wszystkim - superbohaterów rysowano przeważnie w sposób, który można określić jako transparentny, czyli nieodwracający uwagi od treści. Mówiąc inaczej, medium staje się niewidoczne. W przypadku czysto rozrywkowych opowieści pokroju Punishera czy Sandmana miało to swoje uzasadnienie - takie same jak w przypadku kina stylu zerowego. Jednakże Kaznodzieja to przecież coś więcej - to nie banał o złych naukowcach i ratowaniu świata. Odwołanie się w tym wypadku do antycznej zasady decorum może wypaść zbytnio patetycznie, ale przytoczenie słów Krzysztofa Toeplitza na temat podziemnego komiksu Kto się boi Baby Jagi autorstwa Guide Crepaxa, wydaje się już być całkowicie na miejscu: "Znamieniem tego rozwoju jest (....) dążenie, aby przy pomocy języka komiksowego komunikować zdarzenia nie mieszczące się bezpośrednio na linii akcji, lecz rozgrywające się w sferze bardziej nieuchwytnej, należącej do świata emocji czystych, dla których przebieg fabularny jest jedynie pretekstem"1. Dalej Toeplitz wspomina jeszcze o surrealistach: "Surrealiści potrafili powiększać, uwidaczniać, akcentować realność malowanych przez siebie przedmiotów do tego stopnia, że stawały się one rodzajem "paszkwili na materię"2. A więc inwencja i próba oddania obrazem duchowości opisywanego świata. Zgorzkniałe, wynaturzone i brudne uniwersum Gartha Ennisa aż prosi się o podsumowanie odpowiednim rysunkiem.

Czasem określa się styl Dillona mianem naturalistycznego. Bynajmniej. Jest on jedynie tragicznie zwyczajny. Szkoda, tym bardziej, że wystarczy sobie przypomnieć, jak dziwaczne i zdeformowane rysunki podkreślały oniryczny charakter Sandmana lub jak zabawa cieniem dodawała mroku Hellboyowi. W Kaznodziei wszystko jest pomalowane w te same, lekko wyblakłe barwy. Czy jesteśmy w tanim motelu, czy w obskurnej knajpie wszystko jest niezmiennie kolorowe. Aż prosi się o - chociażby odrobinę - szarzyzny, zabrudzenia kadrów, może nawet wykrzywienia perspektywy. Aż prosi się nie tylko o naturalizm, ale i weryzm.

Tak samo sprawa ma się z postaciami. Amerykę w wydaniu Ennisa zaludniają hordy degeneratów, zboczeńców, cyników i morderców. Jeśli ktoś nie jest gwałcicielem, to gustuje przynajmniej w wynaturzonym seksie. Jeśli ktoś nie jest sadystą i mizantropem, to - chociaż raz - zdradził swoich bliskich. Takie zepsute charaktery zasługują na równie zepsute maski. Niestety, tylko niektóre - najbardziej zdeprawowane (jak np. pomocnicy despotycznej babci Custera) - posiadają fizjonomię odzwierciadlającą ich osobowość. Złośliwe uśmiechy czy ironicznie wydęte usta to trochę za mało, by w pełni zobrazować aż tak czarne charaktery. Wystarczy zestawić sobie okrutnego i cynicznego Starra z Żółtym Draniem - pedofilem z Sin City Millera. Z jednej strony mamy nieruchomą maskę, która straszy jedynie zakrytym bielmem okiem i blizną biegnącą wzdłuż czoła, a z drugiej pokraczną, odrażającą istotę o chorobliwie żółtym kolorze skóry kontrastującą z czernią i bielą reszty postaci. Oto jaskrawy stygmat podłości. W tej kwestii Kaznodzieja również dostarcza nam poczucia niedosytu.

Toeplitz - we wspomnianej wyżej książce - pisze: "(...) nieodzownym warunkiem jego zaistnienia jest stała postać bohatera, wokół której koncentruje się cała narracja komiksu, ale która dla odbiorcy również stanowi jego rację bytu i zwiększa zainteresowanie komiksem. Bohater też, jego ewolucja i rozwój, posiada zasadniczy wpływ na ewolucję i rozwój środków stosowanych, stając się przez to zarówno przedmiotem, jak i jednym ze środków opowiadania"3. Słowa te brzmią może nieco zawile, ale w gruncie rzeczy jest to coś, o czym wie każde przysłowiowe dziecko. Komiks = bohater. Jakie są pierwsze skojarzenia ze sztuką obrazkową? Kaczor Donald? Spiderman? Punisher? Zawsze będzie to jakiś bohater. "Kaznodzieja" nie odbiega bynajmniej od tej konwencji. Nawet sam tytuł wskazuje, że cała historia rozgrywa się wokół jednej postaci - Jeskego Custera. A jak prezentuje się nasz heros? Sztampowo. Kwadratowa szczęka, rozwiane włosy, mięśnie prężące się pod czarną koszulką. Wrażenie, że znajdujemy się na dworze u Marvela, potęguje jeszcze wygląd jego towarzyszki - Tulip. Jest ona typową żyletą - blondynką o zadziornie wydętych ustach. Macho i twarda sztuka. Para jak z komiksu klasy B. Słowem - nuda. Z trójki pierwszoplanowych bohaterów ciekawiej narysowany jest tylko "szczurowaty" Cassidy.

Świat bez Boga, świat stylizowany na peckinpahowski western - takie założenia implikują brutalność i surowość. Przemoc to bardzo ważny element Kaznodziei. Chociaż nie jest to komiks akcji i cała historia - z każdym kolejnym odcinkiem - coraz bardziej zwraca się ku melodramatowi (tak!), to obrazy śmierci i tortur serwowane są czytelnikom z nieubłaganą systematycznością. Niestety, w tej kwestii rysownicy także zawodzą. Sławny hiszpański surrealista - Luis Bunuel - powiedział kiedyś, że pornografia odziera sferę seksu z tajemniczości. Podobnie jest z przemocą, co można zauważyć na przykładzie podziemnych filmów gore, takich jak niesławna seria Guinea Pig czy trylogia August Underground. Tak naprawdę, na odbiorcę bardziej działa niedomówienie i sugestia niż dosłowność. Udowodnił to już Hitchcock w swojej słynnej "Psychozie", pokazano to również całkiem niedawno w psychologicznym thrillerze pt. "Pułapka". Gwałt i terror serwowane bez ogródek stają się szybko nijakie, często nawet śmieszne. Steve Dollin ukazuje sceny zabójstw i okaleczeń w sposób jasny, klarowny i.... prostacki. Historia, której ważnymi składnikami są takie treści, aż prosi się o odrobinę fantazji, szaleństwa. Od razu na myśl przychodzą komiksy Franka Millera, gdzie przemoc stawała się rysunkowym teledyskiem, hipnotyzowała czarnymi, białymi, czerwonymi i żółtymi konstelacjami plam, szokowała przerysowaniem, zmieniała się w teatr, komiksowy Grand Guignol. Jeśli już same - prezentowane w Mieście Grzechu czy 300 - historie przytłaczały, to w krzywym zwierciadle takiej kreski stawały się naprawdę trudne do zniesienia, ale i zarazem niezwykle fascynujące. W porównaniu z tym przemoc w Kaznodziei - pomimo swojego natężenia - wydaje się błaha, wręcz dziecinna. Krew - jak wszystko - jest tu wyblakła, jasnoczerwona, co przywodzi na myśl rażące brakiem realizmu włoskie filmy gore, bardziej śmieszne niż straszne. W tomie zatytułowanym Nowojorscy gliniarze w jednej ze scen jesteśmy świadkami zrywania skóry z twarzy bohatera trzecioplanowego przez psychopatycznego mordercę, co jest zabiegiem niezwykle drastycznym. Ofiara wygląda tu jednak bardziej jak pomoce naukowe dla studentów medycyny niż faktycznie cierpiąca osoba. Widzimy wszystko - mięśnie, kości, ale nie robi to na nas większego wrażenia. Wszystko jest nijakie, wręcz mdłe - ani realistyczne, ani ekspresyjne, po prostu plastikowe. Być może ilość miała zastąpić jakość. Niestety, takie rozumowanie bardziej pasuje do twórców telenowel lub hollywoodzkich wyrobników niż do twórców jednego z najbardziej obrazoburczych komiksów w historii.

Obrazy bólu również pozostawiają wiele do życzenia. Rysownicy ograniczają się do standardowych rekwizytów - rozszerzonych oczu, otwartych ust, niezbyt przekonujących grymasów. Razi to brakiem dynamiki i ogólną topornością. Takie stany aż proszą się o odpowiednie podkreślenie, nie tylko przez potok wulgaryzmów upchanych w dymki. Najlepszym tego przykładem są mangi, w których tła (często czarne lub zaciemnione i pełne poszarpanych linii symbolizujących stan psychiczny bohatera) zazwyczaj intensyfikują prezentowane w historii emocje. W Kaznodziei jednak najbardziej wyraziste postacie w sytuacjach ekstremalnych zdają się być manekinami, zaledwie wycinkami z papieru.
A przecież największy sukces komiksiarza jest wtedy, gdy rysunki ożywają, nabierają nie tylko duszy, ale także krwi i kości.

Jeśli ktoś myśli, że twórcy Miasteczka South Park - Matt Stone i Trey Parker - posunęli się zbyt daleko w swym dążeniu do nieograniczonej wolności słowa, to Kaznodzieja brutalnie pozbawi go złudzeń. Ogromna eskalacja przemocy jest zaledwie wierzchołkiem lodowej góry kontrowersji. Przeklina się tu niemiłosiernie, kpi ze świętości, dosłownie obrzuca się nawzajem fekaliami. Niemalże w każdym tomie powracają kwestie perwersji seksualnych - w Salvation spotykamy zafascynowaną faszyzmem fankę BDSM, a w Nowojorskich gliniarzach - dwójkę detektywów homoseksualistów mających w zwyczaju gwałcić podejrzanych. Można pomyśleć, że twórcy dosłownie nie boją się nikogo, jednakże przy dokładniejszym przyjrzeniu się sposobowi prezentacji niektórych scen, dochodzi się do wniosku, że w sprawie seksu pozostają oni jedynie "mocni w gębie". Na tle śmiałości całej historii sceny stosunków wypadają bardzo (sic!) subtelnie. Logiczną kontynuacją konceptu całego komiksu byłaby pornografia. Tymczasem Dillon decyduje się jedynie na klasyczne ujęcia, które nie przekraczają żadnego tabu. Nagość jest tu dozowana w sposób umiarkowany, bez jakiegokolwiek epatowania, a genitalia - zgodnie z ogólnie przyjętymi normami społecznymi - pozostają zakryte. Same sceny stosunków pokazywane są tu fragmentarycznie - zazwyczaj jeden lub dwa kadry podsumowują całe zajście. W dodatku w ich centrum znajdują się przeważnie twarze głównych bohaterów, ewentualnie splecione postacie pokazywane z pewnego oddalenia i w sposób raczej statyczny. Znacznie częstszym zabiegiem jest zaledwie zasugerowanie aktu poprzez zaprezentowanie kochanków prowadzących dialog w łóżku. Taki umiar dziwi niezmiernie w przypadku dzieła, które na każdym kroku epatuje wulgarnością i bezceremonialnością. Być może to kwestia cenzury, dla której elementy pornograficzne byłyby przysłowiową ostatnią kroplą w czarze goryczy, być może lęk twórców przed ostatecznym przekroczeniem granicy. Niepotrzebna obawa, ponieważ granicę przekroczyli już dawno, a jeśli powiedziało się A, to wypadałoby dodać również B.

Mogło powstać transgresyjne, szalone a zarazem epickie dzieło. Mógł to być komiks niezwykle śmiały i inteligentny, odpychający i jednocześnie fascynujący. Niestety - forma graficzna, którą obrali twórcy, kieruje uwagę czytelnika w stronę sztuki niższej, w stronę pospolitej opowieści dla nastolatków. W takim świetle wszystkie obrazoburcze elementy Kaznodziei jawią się niczym tania prowokacja i - niemalże - campowy wygłup. Daje to broń do ręki wszelkim "moherowym" obrońcom wiary i moralności, którzy bez strachu przed posądzeniem o fanatyczną krytykę twórczości prezentującej inne stanowisko ideologiczne, mogą storpedować dzieło Gartha Ennisa i Steve'a Dillona jako tanią kontrowersję. W końcu łatwiej jest zdegradować żenująco słaby Kod da Vinci Howarda niż wyśmienitą Viridianę Bunuela. Mogło być wspaniale - tymczasem łatwo pomylić Kaznodzieję z prostackim, bluźnierczym paszkwilem na poziomie statystycznego zespołu black metalowego, a autorów uznać za troglodytów, którym tylko przez przypadek udało się dojść do ciekawszych wniosków i osiągnąć psychologiczną głębię.


Bibliografia:

1 K. Toeplitz, Sztuka Komiksu: próba definicji nowego gatunku artystycznego, Warszawa 1985, Latarnik, s. 42.
2 Tamże, s. 43.
3 Tamże, s. 54.

Kaznodzieja - 12 - Całe piekło nadchodzi

Scenariusz: Garth Ennis
Rysunek: Steve Dillon, John McCrea
Kolor: Patricia Mulvihill, Pamela Rambo
Okładka: Glenn Fabry
Tłumaczenie: Maciej Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 3/2007
Tytuł oryginalny: Preacher: All Hell's a-coming
Wydawca oryginalny: DC Comics - Vertigo
Rok wydania oryginału: 1999 - 2000
Liczba stron: 254
Format: B5
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 978-83-237-2820-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 59 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus