O Donaldzie, który czegoś mnie nauczył czyli 81 lat Kaczora Donalda i 21 lat "Kaczora Donalda" w Polsce

Autor: Jakub Piwoński
29 lipca 2015

Choć każdy je zna, nie u wszystkich komiksy potrafiły wywołać silną fascynację. Taką, która raz zasiana w dzieciństwie, w dorosłym życiu wciąż potrafi wydawać swoje plony. Jako że sam do sympatyków komiksu należę, pozwolę sobie na moment retrospekcji, by spróbować dotrzeć do początków tego zainteresowania. Mam wrażenie, że wiele z tych wspomnień może okazać się wam bliskie.

Tak trwale zakorzenione zainteresowania swój początek zwykle mają już we wczesnych latach dzieciństwa. W wypadku komiksów oczywiste jest także to, że z uwagi na swoją wizualną formułę, komiksy są dla dziecka opcją niezwykle wdzięczną. Przyciągają uwagę kolorytem, bogactwem kształtów, postaci, rysowanych nadto przyjemną dla oka kreską. Przede wszystkim jednak to one, zaraz po filmach animowanych, stanowią najbliższy nośnik narracji, w których zabawne historie zawierają często uniwersalny wydźwięk. Dzięki temu dziecko ma po raz pierwszy okazję do tego, by zmierzyć się z przekazem zawierającym w sobie estetyczny potencjał. Choć samo oczywiście o tym nie wie, a rodzice go w tym raczej nie uświadamiają.

Mój numer jeden? "Kaczor Donald", czyli popularny magazyn komiksowy, wydawany na licencji Disneya. Co ciekawe, jeden z nielicznych w Polsce, który wchodząc na rynek na początku lat dziewięćdziesiątych, pozostał na nim do dnia dzisiejszego. Ma więc okazję do tego, by wychowywać kolejne generacje dzieciaków (o czym mogłem się sam przekonać, podpatrując zaczytanego w znajomym tytule siostrzeńca).

Owszem, wcześniej miałem także okazję poznać Tytusa, Kleksa, a nawet Kajtka wraz z Koko. I choć byłem na nie otwarty, to jednak należały one do domeny mojego starszego brata. Ja z kolei, od zawsze przejawiałem słabość do popkultury amerykańskiej i to w jej obrębie czułem się najpewniej. Do końca wytłumaczyć tego nie potrafię. Może związane jest to z tym, że treści tej kultury zawsze jawiły mi się jako alternatywa do tego, co widzę za oknem. Już wtedy, w moim najmłodszym wcieleniu, wyzwalała się niesprecyzowana potrzeba eskapizmu. Komiksy potrafiły tą potrzebę zagospodarować. Ale te polskie się w tym względzie – przynajmniej dla mnie – nie sprawdzały. To jak zwiedzanie polskich miast – niby wyjechałeś z domu, ale wszędzie czujesz się tak samo. Taka "ucieczka" nie ma sensu, nawet jeśli ta fantastyczna obudowa zgrabnie podrabia zachodnie trendy. Wybrałem więc Kaczogród ze swoją idylliczną aurą. Przyciągał i odrywał. Powracałem do niego z niemałą przyjemnością każdego tygodnia.

A były to wtorki. Pieniążki zazwyczaj miałem odłożone już wcześniej i tylko czekałem na moment opuszczenia szkoły i odwiedzenia najbliższego kiosku Ruchu. Jakaż to była radość, móc znowu prześledzić przygody ulubionego bohatera. Te najczęściej usłane były niesłychanym pechem, co w pewnym sensie było mi bliskie. Dziś wiem, iż najistotniejsze było w nich to, że Donald zawsze wychodził z przeżywanej trwogi obronną ręką – bez względu na skalę jej beznadziejności. Morał był prosty: nie przejmuj się, jeśli on sobie radzi, ty także sobie poradzisz.

Nigdy nie zjadałem całego dania w całości, tuż po zakupie. Choć było dla mnie oczywiste, że nowy numer magazynu mogłem przeczytać w jeden dzień, to wolałem sobie jednak tą przyjemność dawkować. Czytanie przerywałem wcielaniem w życie niezwykle pomysłowych "figlów figlarzy" oraz rozwiązywaniem ulubionych, pojawiających się co jakiś czas zadań na spostrzegawczość. Z kolei na moment przeżywania kolejnej przygody wybierałem częstokroć łóżko, w szczególności nocną porą. Gdy rodzice myśleli, że śpię, ja chowałem się pod kołdrą, gdzie pokonując ciemność zapaloną latarką, mogłem zwieńczyć dzień kolejną przygodą zabawną Donalda.

  

Jeśli zaś chodzi o warstwę edukacyjną, to komiks także w tej roli sprawdzić się potrafił. Mi na przykład pomógł w nauce czytania. Nie jest to zasługa konkretnego tytuły, a komiksu w ogóle. Choć szkoła potrafiła nauczyć mnie czytać bez większych problemów, to jednak nie zdołała wyzwolić we mnie zainteresowania czytanie. Wszelkie treści szkolne, w tym przede wszystkim lektury, nie ułatwiały tego zadania. Inaczej było z komiksem, do którego zacząłem sięgać zanim znalazłem się na pierwszych lekcjach języka polskiego. Na początku ich rozumienie opierało się tylko na śledzeniu ciągu obrazków i wnioskowaniu z kontekstu. Dziś widzę, iż poniekąd wchodziłem wówczas w rolę średniowiecznego analfabety mierzącego się z Biblią Pauperum. Zgłębienie tajników czytania pomogło mi w końcu zrozumieć co takiego bohaterowie wypowiadają w dymkach. Tak też za sprawą popularnego medium, jako dziecko, sam, dla własnych potrzeb i bez dodatkowej motywacji obyłem się ze sztuką czytania. Później oczywiście przyszła chęć chwycenia za książkę, ale to temat już na osobną historię.

Jak da się odczuć, komiks był dla mnie ważny. Pod pozorem krzewienia rozrywki, potrafił także wnieść coś wartościowego. Wypracował moją estetyczną percepcję, opartą na komunikacie wizualnym. Za jego sprawą pojawiło się pierwsze mierzenie z fabułą; pierwsza identyfikacja z bohaterem. Pierwsze, nie tylko zapoznanie, ale całkowite wejście do świata wykreowanego przez autora. I tak to się zaczęło i z powodzeniem trwa do dziś. Co rusz przybiera tylko inną postać.



blog comments powered by Disqus