Philippe Druillet

Autor: Jerzy Szyłak
Ur.: 28 czerwca 1944 , Tuluza / Francja
zdjęcie

W zależności od tego, jaki punkt widzenia przyjmiemy patrząc na Philippe'a Druillet'a i jego prace - zobaczymy różnego człowieka. Idąc za pierwszym pełnym podziwu wrażeniem, ujrzymy wybitnego artystę, który z pasją walczy z dziwnymi obsesjami. Jego dzieło odsłania się jako dokonanie zmieniające język współczesnego komiksu. Z kolei Druillet oglądany krytycznie, może jawić się hochsztaplerem, który sprytnie wykorzystał sztywność w poglądach krytyków i modę na komiks artystyczny, by wylansować siebie. Jednak i w owym hochsztaplerstwie można dostrzec nową wartość artystyczną.

Druillet urodził się w Toulouse (we Francji) w 1944 r., następnie wyjechał wraz z rodzicami do Hiszpanii, a do ojczyzny powrócił w latach pięćdziesiątych. Tu zaczął pracować jako fotografik, ale w 1966 r. opublikował album komiksowy Lone Sloane. Rzecz tę wydał Eric Losfeld, wydawca, który podjął ryzyko poszukiwania dla komiksów dorosłego odbiorcy. To on wydał komiksy o Barbarelli, Valentynie i Pravdzie, Epoxy i Sagę de Xam oraz pozwolił zadebiutować (oprócz Druilleta) Philippe'owi Cazie i Georgesowi Pichard.

W 1970 r. Druillet pojawił się w redakcji pisma "Pilote" drukowanego przez Dargaud. Tu opublikował (w odcinkach) kolejne przygody Lone Sloane'a, zebrane potem w albumach Sześć podróży Lone Sloane'a i Delirius oraz rzecz zatytułowaną Urm, le fou. Z kolei porzucił to wydawnictwo na rzecz "L'echo des Savanes", które zostawił, by w Les Humanoides Associes - wraz z J.P. Dionnetem i Moebiusem - zakładać magazyn "Metal Hurlant". Tu Druillet stał się prawdziwą gwiazdą, ale wystarczyło, że magazyn zaczął popadać w tarapaty finansowe (w 1981 r.), by artysta porzucił go i przeniósł się na powrót do wydawnictwa Dargaud...

Druillet opublikował ponadto wiele krótkich historii oraz albumy Yaragael, Le Nuit, Vuzz i Gail - będący dalszym ciągiem przygód Lone Sloane'a, bohatera umieszczonego następnie w kilkuczęściowej adaptacji powieści Flauberta Salambo - oraz Nosferatu n'est pat mort; tą historią powrócił rysownik na łamy "Pilote'a" i do wydawnictwa Dargaud, gdzie działa do dziś.

Druillet otrzymał wiele nagród, a ich ukoronowaniem był "Grand Prix Alfred" (1988 r.) za całokształt twórczości. Ta nagroda jest czymś w rodzaju pożegnania z artystą, bo choć rysownik pozostaje do dziś aktywny i twórczy, to jego prace giną pośród nowych zjawisk w komiksie. Żadna z nich już nie szokuje, ani nie zachwyca nikogo poza fanami twórcy. Epoka Druilleta skończyła się.

Prawdę powiedziawszy, fenomen Druilleta to dziwny fenomen. Artysta zadebiutował w momencie, gdy zainteresowanie komiksem jako sztuką nabierało rumieńców, a pierwsi dorośli czytelnicy byli już pozyskani dzięki rozebranym i pełnym nie tylko wdzięków, ale i ironii bohaterkom. I odniósł sukces głównie u krytyków. Uwagę czytelników zdobył dopiero późniejszymi pracami.

Krytyków zachwyciła niekonwencjonalna i nieprofesjonalna technika Druilleta. Ujęło ich również, że artysta w większym stopniu był plastykiem niż opowiadaczem komiksowych historyjek. Operował przecież całostronicowymi kompozycjami, a fabułę - jej zwięzłość, ciągłość i logikę - poświęcał niefrasobliwie na rzecz plastyczności wizji, w której skład wchodziły postacie ludzkie, elementy architektoniczne, futurystyczne pojazdy i fantastyczne potwory. Z upodobaniem też sprowadzał postacie do wyrazistych, acz umownych znaków-symboli, ich gesty - do jasnych, ale nierealistycznych sygnałów działania.

Trudno powiedzieć, w jakim stopniu Druillet podporządkował rysowane przez siebie historie teoretycznym koncepcjom komiksu i sztuki w ogóle. Pozostaje wrażenie, że jego prace są dokładnie tym, co w komiksie eksperci od sztuk plastycznych chcieli zobaczyć. Czy to zarzut? Komiks wymaga od twórcy analitycznego podejścia, wykalkulowania wizji, ma przecież oddziaływać nie urodą spontanicznie tworzonego obrazu, lecz więzią pomiędzy poszczególnymi obrazkami decydująca o spójności opowiadania.

Druillet nie tylko szlifował dzieło, lecz pracował także nad własnym życiorysem. W wywiadzie, udzielonym Bradowi Balfourowi, pozuje na artystę wyklętego, opętanego przez narzucające się wizje i wspomnienia, których nie sposób wymazać Podkreśla, że był dzieckiem niezrozumianym i samotnym, wyalienowanym ze środowiska z powodu niezwykłej wyobraźni, nie umiejącym porozumieć się z ojcem, z powodu przewin moralnych, jakimi go obarczał. Wszystko to jest zbyt zgodne z poglądami psychoanalityków, by można było artyście bez zastrzeżeń wierzyć.

Również gdy mówi o sztuce, robi to w kategoriach freudowskich. Np. wyznaje, że był zawsze szaleńczo, wręcz seksualnie zafascynowany możliwością odtworzenia rzeczywistości na papierze. Ponadto podkreśla swa osobność artysty ("nikt we Francji nie rozumiał, co robiłem"), postawę buntownika przeciwko instytucjom społecznym (w czasie pobytu w wojsku - jak twierdzi - wiele dni spędził w areszcie, bo nie potrafił się podporządkować koszarowemu drylowi). A przede wszystkim (znów kłania się Freud) stwierdza: "Wierzę, że bym oszalał, gdybym nie rysował". Rozwija tę myśl w różnych kierunkach. Jednym z nich jest wyznanie, iż album Noc powstał jako reakcja na śmierć pierwszej żony w wypadku samochodowym.

Warto tu przypomnieć, że główną cnotą dla tradycyjnie zorientowanej estetyki były związki sztuki z życiem i obecność cierpienia w dziele. Druillet pakuje więc do Nocy i do Gaila zdjęcia zmarłej żony i czyni ją w tych dziełach bóstwem śmierci; do albumu Karthago natomiast wprowadza fotografie drugiej - żyjącej - małżonki, którą przedstawia jako księżniczkę Salambo - u Flauberta tak piękną, że mężczyźni poświęcali dla niej wszystko. Jest to łopatologiczny sposób sugerowania odbiorcom: "Patrzta, ludziska, jak ja przeżywam!!!".

Życiorys Druilleta, deklarowane przeżycia, lęki i wizje mają zbyt podręcznikowy charakter, by można było wierzyć bez zastrzeżeń w to, co artysta próbuje sprzedać jako prawdę o sobie. Czy Druillet jest poważny, gdy mówi wszystkie te rzeczy...? We współczesnej kulturze mamy do czynienia z wielopoziomowymi grami z odbiorcą; jedna z nich polega na tym, by za pomocą pastiszu i ironii ratować sztukę przed zadęciem i zużyciem. Jeśli Druillet jest artystą nowoczesnym, to jego szczerość nie tylko może, ale i powinna być nieszczera.

Nowatorstwo Druilleta z cała pewnością nie objawia się w fabułach, jakie artysta przyobleka w kształt plastyczny. Jego główny bohater - Lone Sloane - jest pilotem kosmicznym, który dostał się we władanie potężnych, nieludzkich i niezrozumiałych mocy. Pod ich wpływem Sloane działa jako pirat, niszczyciel i bicz Boży w rękach obcych i złowrogich bogów. Kolejne przygody Sloane'a pełne są klisz odwołujących się do tradycji literatury popularnej. Podobnie w wypadku innych bohaterów. Druillet tak dalece zawierza konwencjom science fiction i horroru (w lovecraftiańskim wydaniu), że wręcz nie dba o logiczną zawartość własnych opowieści.

Druillet jest kiczowaty, ale artystyczna konsekwencja ratuje go przed oskarżeniami o uprawianie kiczu. Nie poprzestając na tworzeniu demonicznego bohatera rodem z groszowej opowieści, buduje wokół niego równie demoniczny, okrutny i obrzydliwy świat. Artysta operuje skrajnościami treści i form, ale w jego świecie skrajność jest normą.

Komiksów Druilleta nie można czytać w pociągu. Nie można ich poznawać pobieżnie, ani przyjmować bezkrytycznie, jednak nie sposób ich odrzucić z miejsca i nieodwołalnie. Wymagają one od odbiorcy refleksji. Refleksji, która - być może - nie jest w stanie zmienić tego gatunku artystycznego, lecz z pewnością kształtuje świadomość, czym jest i zwłaszcza czym może być komiks.


Komiksy:



blog comments powered by Disqus