Wywiad z Januszem Christą - "Christa ofiarą UFO"


Wywiad przeprowadzony telefonicznie z Januszem Christą w trakcie spotkania prasowego zorganizowanego przez wydawnictwo Egmont z okazji reedycji komiksów z serii Kajko i Kokosz. (Niektóre kwestie brzmią nieco chropowato, ale wolałem zachować charakterystyczny styl Janusza Christy, niż wygładzać jego wypowiedzi na siłę)

 

- [Tomasz Kołodziejczak] Panie Januszu, wiem że często słyszał pan to pytanie, ale skąd wziął się pomysł na przygody marynarza, a właściwie pary marynarzy, a potem przekształcenia ich w słowiańskich wojów?

- Skąd pomysł? To rzeczywiście nieśmiertelne pytanie, na które odpowiadałem setki razy, bardzo dowcipnie: "z niczego, czyli z głowy". Potem znudziłem się tą odpowiedzią i musiałem wymyślać różne wersje, ostatnią było to, że mam bardzo łatwy kontakt z talerzami latającymi czyli z UFO, które przekazują mi droga telepatyczną informacje i ja te informacje później wykorzystuję. Raz przyszła dziennikarka, która usłyszała jeszcze lepszą historię i później wykorzystała ją w gazecie, że oto dawno, dawno temu, kiedy jeszcze byłem młody i przystojny, poszedłem z moim psem do sopockiego parku w nocy i tam spotkałem talerz łatający (nie wiem dlaczego, zawsze lubiłem historyjkę science fiction). Podszedłem nie wierząc oczom, a wtedy poraziło mnie coś w rodzaju prądu i od tego czasu miałem niezwykłą łatwość tworzenia komiksów i rysowania ich. Na dowód tego okazało się, że mojemu bokserowi odrósł ogon. Dziewczyna napisała to w gazecie, więc janastępnego dnia zadzwoniłem, mówiąc, że to był bajer. Ona na to "Jak pan mógł?", "A jak pani mogła uwierzyć w takie brednie?".
Mówiąc poważnie, sprawa sięga prehistorii. Mój dziad miał trzech synów - dwóch mądrych i jeden głupi był, najmłodszy. I ten głupi poszedł do Legionów, do Józefa, niejakiego Piłsudzkiego, pan musiał słyszeć. Historia powtórzyła się w następnym pokoleniu, mój ojciec też miał trzech synów i ten trzeci, głupi - znaczy ja - poszedł na komiksy.
Obdarzony przez naturę dużą łatwością i rysowania i tworzenia bajek, robiłem to od szczeniaka, choć czasami było to niewdzięczne. Rodzice nie wiedzieli, kiedy ja mówię prawdę, a kiedy zmyślam, więc często ćwiczyli mój dostojny zadek pasem wojskowym. W końcu matka powiedziała "Daj spokój, Kazik, on już tak ma. Tego się nie zmieni".

- Czy najpierw tworzył pan scenariusz czy powstawał on w miarę rysowania i którą część pracy pan wolał?

- Kiedy robiłem do gazety, do "Wieczoru Wybrzeża", znałem scenariusz tylko na tydzień, absolutnie nie wiedziałem co będzie dalej. Często łeb mi pękał ze strachu, bo nie wiedziałem co teraz wymyślę? Pytałem ludzi "co robić dalej?, na nic wpaść nie mogę!", ale w końcu zawsze coś jakoś wymyślałem.
Natomiast kiedy zacząłem pracować w "Relaxie", cenzura wymagała, żeby najpierw przedstawić cały scenariusz do kontroli, poprawiano braki i to dopiero zaczynałem rysować. Ale przyznam się wam szczerze, że wymyślanie scenariusza przychodziło mi z większym trudem niż samo rysowanie. Byłem w stosunku do siebie cholernie wymagający i poprawiałem, poprawiałem, poprawiałem... aż kiedy przerobiłem to na komiks, ciągle uważałem, że można było coś poprawić.

- Jest taka legenda, dotycząca pańskiego komiksu, która mówi, że pan przewidział w swoim komiksie spalenie Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku w 1970 roku.

- Tak, tak. Brzmi to bardzo efektownie, trzeba przyznać, ale jeśli chodzi o komiks, to zupełnie przypadkowo uprzedziłem to zdarzenie. Zaniosłem porcję komiksów na następny tydzień i już w pociągu usłyszałem jakieś łomoty, a jak wysiadłem to widziałem co się działo (chodzi oczywiście o rozruchy grudniowe w 1970 roku - przyp. mój). A w redakcji się za głowę złapali jak to zobaczyli, bo ja narysowałem jak na jakiejś planecie, mieszkańcy kosmicznego miasta, do którego zawitali Kajtek i Koko, zbuntowali się przeciwko tyranowi i podpalili jego siedzibę. Cenzura to zatrzymała, "Wieczór Wybrzeża" przestał wydawać moje komiksy na tydzień i musiałem to poprzerabiać.

- Czy te paski gdzieś się zachowały?

- No, chyba gdzieś są... Państwo byście mogli zerknąć na te historię w kosmosie, nie pamiętam czy tam akurat są.

- Do nich nie dotarliśmy...

-Ten komiks, Kajtek i Koko w kosmosie to pomimo swojej dużej objętości nie jest jednak całość.

- On ukazywał się w gazecie blisko cztery lata, prawda?

- Tak, ale to poginęło, ludzie pokradli, w drukarni pokradli, tam wycieczki dzieci chodziły, każdy za koszulę sobie gdzieś tam wpychał odcinek. Podobnie było z wystawami, na których chciano oryginały prac, ale nikt nie zamierzał ich ubezpieczać, na co oczywiście się nie godziłem. Raz kierowniczka przedszkola na Śląsku tak się naparła, że chce zrobić wystawę, że już nie miałem innego wyjścia i powiedziałem, że "nie, bo ja po prostu chronicznie nie lubię dzieci". I ona w to uwierzyła, chociaż ja przez czterdzieści lat komiksy dla dzieci rysowałem.

- [odtąd pytania z sali] Rozmawialiśmy tutaj o nawiązaniach do rzeczywistości w pańskich komiksach, mówiliśmy, że zbójcerze to Niemcy, że kapral to taki Hitlerek. Czy mógłby pan to skomentować i powiedzieć gdzie szukał pan inspiracji?

- Kiedy komiks już się zadomowił w naszym kraju i kiedy nie musiałem rysować o marynarzach (to było dlatego, ze to miało być jakoś z wybrzeżem związane), wpadłem na pomysł, żeby robić to w zamierzchłej przeszłości, najlepiej w czasach pogańskich. Gdybym zaczął robić to gdzieś na przełomie pogaństwa, naraziłbym się kościołowi, bo trzeba by rysować księżulków albo innych zakonników i wolałem tego uniknąć.
A jeśli chodzi o podobieństwa, to na początku jak rysowałem zbójcerzy, to oni nazywali się "Szprechowie" i mieli na tarczach znak przypominający swastykę. Redaktor jak to zobaczył, złapał się za głowę i powiedział, że to zbyt gruba aluzja i, że to chodzi o Niemców. "Gdybym ja jakoś mógł pokazać, że to chodzi o zachodnich Niemców, no to bardzo dobrze". Ja na to, że to chodzi o wszystkich Niemców, ale Niemcy wschodni to byli nasi przyjaciele, więc aluzja do Niemców musiała zostać nieco przytłumiona. [ten akapit rekonstruowałem spośród hałasów, które się nagrały, ale chyba nic nie przekłamałem :-)]

- A czy mógłby pan podać jakieś przykłady ingerencji cenzury w komiks?

- Za komuny, chyba wszyscy jeszcze pamiętają, że komiks to był synonim zgniłej imperialistycznej kultury i ten kto czytał komiksy stawał się złodziejem, bandziorem i zakapiorem, kto żuł gumę, ten dostawał paraliżu mózgu, a kto pił Colę, ten łykał jednocześnie narkotyki, bo fałszywi imperialiści już od zarania przyzwyczajali dzieci do zażywania narkotyków. Dopiero za Gierka, rząd jeśli chodzi o komiksy dał wolna drogę, przyszło zresztą oficjalne pismo z Komitetu Centralnego z Warszawy, podpisane sześcioma parafkami, żeby nikt nie musiał brać za to samodzielnie odpowiedzialności, że komiksy można publikować, bo mogą one zawierać odpowiednie wartości itd. Zresztą ja się nie dziwię, bo Gierek młodość spędził we Francji, więc musiał się z komiksami zetknąć.

- A czy mógłby pan wskazać konkretne przykłady ingerencji?

- Zdarzały się oczywiście, jeśli aluzja była zbyt wyraźna, poprawiano mi tam i usuwano, ale starałem się tego unikać i nie robić odniesień do spraw bardzo aktualnych, bo szybko przestawałyby one być aktualne i nikt nie wiedziałby o co w danym dowcipie chodzi.

- Pańskie komiksy były wydawane przez kilkadziesiąt lat, raz lokalnie, raz ogólnopolsko, w latach dziewięćdziesiątych była też sytuacja, że nie wychodziły one w ogóle przez jakiś czas. Czy wspomina pan jakieś momenty kiedy reakcja na pański komiks była najżywsza i czy pamięta pan może jakieś wesołe sytuacje kontaktu z czytelnikami?

- Miło było patrzeć jak przy kioskach po "Wieczór Wybrzeża" ustawiają się olbrzymie tłumy i jak zauważyłem, ludzie zaczynali czytać od tylnej strony, od tych moich pasków. To było bardzo sympatyczne.
Do dziś dnia ukazało osiem milionów sztuk moich komiksów, w związku z czym ja się nie palę do jakichś wystaw, bo nie wiem, czy miałbym wystawę, na której byłoby osiem milionów ludzi i to co najmniej osiem, bo każdy zawsze pożyczał to innym.
A była kiedyś taka sytuacja, że pracowałem w KAWie i tam obok była księgarnia wydawnictwa. Pewnego razu kolega mówi: "Idź stary, zobacz jaka tam kolejka ustawia się po twoje albumy!". Poszedłem i rzeczywiście stał ogonek ludzi. Ja się nie przedstawiłem nikomu i przyglądałem się tylko, a tam stoi taki człowiek nienajciekawszy - brudny, wyraźny amator wina i piwa i myślę sobie "i taki czyta moje komiksy?". A za chwile podchodzi kolega tamtego, bardzo podobny, i pyta: "Janek, co tu robisz?", a tamten: "Stary!, komiks wyszedł Christy. O Kajku i Kokoszu!", więc ów kolega: "Czyś ty zgłupiał?! Po co na głupi komiks będziesz wydawał?! Choć pójdziemy na flaszkę, fajniej będzie". "Nie, stary" - zaczął przekonywać ten pierwszy - "a ty wiesz jakie tam jaja są!? Po prostu boki zrywać!" Byłem wniebowzięty.

- [Paweł Dunin-Wąsowicz] I ostatnie pytanie. Czy pan Janusz Christa słyszał piosenkę zespołu Kaliber 44, gdzie jest rapowane, że "hip hop nam wyrósł, popularny jak Smok Miluś"?

- Nie słyszałem.

- Dziękujemy bardzo za rozmowę.



blog comments powered by Disqus