Wywiad z Jerzym Szyłakiem - "Czy tęsknimy do opowieści seryjnej?"

Autor: Przemysław Zawrotny
14 stycznia 2012

Z Jerzym Szyłakiem o zbrodniach w komiksach, recenzjach w prasie oraz czytelnikach w Polsce rozmawia Przemysław Zawrotny

PRZEMYSŁAW ZAWROTNY: Podczas dyskusji na Bałtyckim Festiwalu Komiksu 2011 Paweł Timofiejuk mówił, że Szelki będą sprawdzianem dla polskiego czytelnika, ile ten jest w stanie znieść. Łatwo się domyślić, że chodziło mu o okrucieństwo i perwersję oraz o to, że zdaniem niektórych stały się one najbardziej rozpoznawalnymi cechami pańskich komiksów.

JERZY SZYŁAK: Trudno mi bronić moich komiksów – Szminki czy Szelek. Nie powiem, że podczas pisania scenariusza nie myślałem o seksie ani przemocy i nie będę mówił, że tak samo wyszło czy przypadkiem. To nieprawda. Ale uważam, że to, co robię, jest ledwo wierzchołkiem góry lodowej w porównaniu na przykład z From Hell Moore'a i Campbella. Po prostu czytam dużo różnych komiksów, również rzeczy, które w Polsce się jeszcze nie ukazały, i mam inne spojrzenie na to, co się w komiksie dzieje, niż wielu młodszych czytelników. Bo ja rozumiem, że powiedzmy czytelnika Thorgala mogło zaskoczyć, że jest w moim komiksie mowa o seryjnym mordercy podrzynającym gardła, wypruwającym flaki i robiącym inne straszne rzeczy ze zwłokami. Podkreślam: mowa, bo tego nie ma na obrazkach, ale to, czego nie widać, czasem bywa straszniejsze. Natomiast już byłbym zaskoczony tym, że taki krytyk jak Paweł Dunin-Wąsowicz uważa, że to jest przerażające. Przepraszam – on innych komiksów nie widział?

Jak mówiłem, istotne jest też to, że w moim komiksie tego wszystkiego nie ma na obrazkach. Komiks może opowiadać o przemocy i perwersji, w ogóle nie pokazując tych rzeczy, w sposób podobny do literatury. A czy ktoś zarzuca dziś powieściom, że są zbyt okrutne?

Ale przecież w Szmince były również drastyczne sceny. Namalowane zdjęcia zmasakrowanych zwłok, pełno tam czerwieni.

Najwięcej czerwieni jest na kadrach przedstawiających spotkanie policjantów z prostytutkami. A we fragmentach, o których pan wspomina, Joanna Karpowicz nie wyeksponowała żadnych szczegółów. Zresztą tak było w scenariuszu. Można narysować komiks, w którym odstrzeliwuje się komuś głowę i widać, jak mózg wylatuje na zewnątrz. Albo wynosi kogoś w wiaderku. I to jest brutalność, epatuje się dekompozycją ciała w sposób absolutny. „Heavy Metal” dostarczał takich wzorów. Na przykład Philippe Druillet – jego Vuzz składa się niemal wyłącznie z takich opowieści: bohater rzuca się na kobietę, żeby ją gwałcić, a jak ją złapie w ręce, to ona się rozpada, bo jest martwa już od dawna i tylko pięknie wyglądała. Widzimy zwłoki ściekające mu po palcach, wypruwanie flaków, podrzynanie gardeł, cała masa okropności śmierci pokazanej w detalach. Ja wymyśliłem sobie komiks, w którym niczego nie pokazuję.

Przez to Szminka wcale nie jest mniej straszna. Poza tym cały czas zastanawiam się, czemu służy takie operowanie brutalnością w Szmince. Nie chcę myśleć o tym tylko jako o dekoracji.

Szminka miała być prostą historią, która swoim mrokiem poraża. Operowanie brutalnością zawsze służy naruszeniu tabu. Na zasadzie: dostaniesz historię inną niż wszystkie historie. W każdej opowieści kryminalnej jest ten moment, gdy się aresztuje kogoś, kogo uważa się za mordercę i potem odkrywa się, że to nie on. Stały punkt programu. Ale w momencie, gdy aresztuje się mordercę, który zostanie zdefiniowany tak okrutnie, przez rzeczy, których nie akceptujemy, to inaczej na niego patrzymy. Nie uważam, że bawię się brutalnością dla samej brutalności. A może to nieprawda, może ja tylko tak udaję, że mi o coś chodzi, a po prostu lubię tak przywalić z grubej rury? Chodziło mi też o uchwycenie takiego punktu, w którym się coś narusza. Są takie rzeczy, o których nie mówimy, chociaż wydaje się nam, że jesteśmy absolutnie szczerzy.

Szminka miała być zamkniętą całością, czyli opowieścią detektywistyczną, w której nie ma rozwiązania i nie będzie. Niezbyt wychodzi pan naprzeciw gustowi odbiorcy komiksu środka. Raczej igra pan z oczekiwaniami czytelnika – to nie jest komiks detektywistyczny, Szelki też nim nie są.

Nie są. Wyjściowo Szminka rzeczywiście miała być zamkniętą całością. Dopiero gdy się ukazała i zaczęła się dyskusja wokół tego komiksu, to zacząłem myśleć, co mogłoby być dalej. I postanowiłem zmienić wizerunek głównego bohatera. Michał Pawluk okazuje się opiekuńczym i troskliwym mężczyzną, który zajmuje się kobietą w ciąży, akceptuje ją i dziecko. Ona za to akceptuje jego dziwactwa i fantazje. Będą szczęśliwą, wręcz modelową rodziną i będą mieli dziecko. To tak naprawdę jest historia bardzo dziwnego romansu.

Tworząc Szminkę, wziąłem postać z Benka Dampca, który niegdyś miał się ukazywać jako serial. Tak chciała Mandragora, która zostawiła mnie z tym na placu boju, wycofując się. Więc pisałem sobie kolejne odcinki Benka Dampca i pomyślałem, że zrobię historię w zupełnie innym stylu, ale z postacią wziętą stamtąd. Powstała Szminka, a potem stworzyłem jej dalszy ciąg. Miałem pomysł, że odpowiedź na pytanie, kto zabił, pojawi się w Benku. Napisałem całą trylogię oraz odcinek Benek Dampc i seryjny morderca, który rozgrywa się równolegle. Gdy ten komiks zostanie zrobiony, to będzie widać, że bohater siedzi w knajpie, do której wchodzą policjanci znani ze Szminki. Prostytutki ich zaczepiają, wciągają do środka, on siedzi w środku i słyszy, że morderca został schwytany. A gdy u Pawluka dzwoni telefon, to właśnie jest Benek Dampc. Ta opowieść o Benku i mordercy jest tak naprawdę trzecią częścią trylogii, a planowany Szalik - kolejną częścią. Jest więc trylogia złożona z czterech komiksów, a piątą częścią są już wydane Sceny z życia murarza.

A potem zaszalałem, pisząc kolejną część, w której zabity morderca wraca, by się zemścić za to, że go zabili - ale to już zupełnie inna zabawa.

Niezły kocioł, również gatunkowy. Benek to opowieść policyjna, Szminka – niby kryminał, Sceny – opowieść obyczajowa...

No więc trylogia SzminkaSzelkiSzalik jest po to, by wszystko rozgrywało się w planie realistycznym. Tam wszystko jest tak, jak ma być – jest kryminał, jest zbrodnia, jest zbrodniarz, coś się dzieje. A Benek jest mieszaniną wszystkiego. W ogóle seria z Benkiem Dampcem miała zaczynać się od odcinka z aniołem, prawdziwym, ze skrzydłami. Miało to się rozgrywać na zasadzie: a tu spotkam wilkołaka, a tu kosmitę, który się ukrywa na Uniwersytecie Jagiellońskim i prowadzi zajęcia z czegoś tam. Superbohaterowie mieli rozwalać Warszawę w Drugiej Lidze, a potem brać również udział w różnych przygodach Benka Dampca. Taka idea komiksu, w którym wszystko łączy się ze wszystkim. Bałagan jak w uniwersum Marvela. Trochę się ze mnie śmiano, z idei, że wszystko chcę połączyć. Ale mnie to bawi. Obawiam się, że tego nie da się zrealizować. Rynek jest płytki, rysownicy pracują powoli i nie mają motywacji do tego, żeby pracować szybciej, więc pewnie większość z tych pomysłów pozostanie tylko na papierze. Na razie, gdy coś z tego daję ludziom do rysowania, to staram się wybierać takie rzeczy, które mają szanse na to, by broniły się same, jako zamknięte całości.

A jest w tym coś więcej niż zabawa? Pierwszym pańskim komiksem, który przeczytałem, była Alicja stworzona z Mateuszem Skutnikiem. Pierwsza bodaj.

Nie, pierwsza była ta stworzona ze Sławkiem Jezierskim i wydana przez Graf. Mój pierwszy wydany komiks, adaptacja Lewisa Carrolla. Grzeczna porządna, landrynkowa Alicja dla dzieci.

To ja mówię o tej niegrzecznej, heavymetalowej. Gdy ją przeczytałem, przypomniało mi się to, co mówią niektórzy o Umberto Eco – że to taki teoretyk, który się bawi w literaturę. Czy z panem i komiksem nie jest tak samo?

Raczej nie widzę swojej przyszłości na arenie twórczości komiksowej. Zresztą nawet nie pamiętam, kiedy ostatni scenariusz napisałem. Miałem taki okres w życiu, że usiadłem i napisałem strasznie dużo scenariuszy i do dziś je rozdaję. Dla mnie robienie komiksów zawsze było pewnego rodzaju zabawą z gatunkiem, którego teorią się zajmuję. I chciałem się bawić w sposób grzeczny, nie znalazłem wydawców na moje grzeczne komiksy (przynajmniej bardzo szybko się wykruszyli), potem zrobiłem niegrzecznego Benka Dampca, który miał być antybohaterem, osobą, która wywołuje mieszane uczucia. Natomiast Szminka powstała jako historia dopisana na marginesie, jako próba stworzenia czegoś, co byłoby serio. Bez dowcipów, bez ironii, bez szczególnych zabaw formalnych.

Nie zawsze teoretycy piszą dobre powieści. Eco udało się raz. On nie ma przepisu na to, jak za każdym razem napisać bestseller, a Stephen King, który nie ma takiej wiedzy teoretycznej – taki przepis ma. Są ludzie, którzy umieją pisać, i są ludzie, którzy wiedzą, jak to się robi. Ja mam mnóstwo pomysłów. Wiem, jak to powinno działać, ale w dużej mierze zależy to też od rysownika – co doda, co uzupełni, w który miejscu da kadr typu twarz bohatera odbijająca się w kranie. To są smaczki Szelek. Tak naprawdę cała masa smaczków w tym komiksie wynika z tego, że Wojciech Stefaniec wykonał kawał dobrej roboty, myśląc o tym, jak to powinno wyglądać. W żadnym momencie mu nie pisałem, że palma ma stać na pierwszym planie albo że pościel ma być w takich, a nie innych kolorach. Wymyślił całą masę rzeczy i oglądam to podziwiając, jakie to jest fajne, niezależnie o tego, o czym to jest.

A czemu ten Pawluk się tak zestarzał między Szminką a Szelkami? Szybko stracił prawie wszystkie włosy.

To jest licentia poetica Wojtka Stefańca, który bardzo się uparł, że Pawluk ma tak wyglądać i pomimo wielu monitów – na przestrzeni dobrych paru lat oglądałem te plansze – on uporczywie ignorował wszelkie uwagi na ten temat. Myślę, że po ośmiu latach czekania to już nie ma żadnego znaczenia.

Narzekał pan kiedyś, że Szminka przeszła bez echa i krytyka nie zainteresowała się nią w sposób satysfakcjonujący dla pana jako autora.

W zasadzie wszystko przechodzi bez echa. Ale teraz po latach wygląda to nieco inaczej – przynajmniej z moimi rzeczami. Napisałem książkę Komiks: Świat przerysowany. „Machina” napisała, że to takie mdłe jest, nijakie – cztery klucze. Jednocześnie cztery i pół klucza czy tam pięć to „rzecz absolutnie dziejowa”, „kult”. Teraz po latach wspominam te rzeczy, o których pisali, że są kultem – i nie są. A moja książka ma drugie wydanie i człowiek, który mnie nie lubi, pisze, że to jest absolutny kult, że macie to sobie kupić, bo od tego się zaczyna znajomość komiksu. On nie ma powodu mnie lubić – pisałem o jego publikacjach źle, on o mnie wyrażał się źle. Nie ma sprawy. Mamy punkt wspólny, w którym ustalamy, że coś jest kultem i akurat – dobrze się złożyło – to moja książka. Może z braku czegoś lepszego, ale tak jest.

Recenzja Komiksu i okolic pornografii była dłuższa i lepiej napisana. Napisała ją Kazimiera Szczuka. Popkulturowe pismo mówi o tym, że ukazała się książka popularnonaukowa. Ogólnie rzecz biorąc, ton recenzji był taki, że to sympatyczna książka, której brakuje paru drobiazgów, choćby informacji o autorze. Odpowiedź jest taka: nie było co wtedy pisać o autorze, bo autor nie miał się czym pochwalić. Ale to słuszna uwaga. Ogólnie autorka była zaskoczona, że o pornografii można mówić w sposób tak nieszablonowy i niezgodny ze stereotypem mówienia o pornografii.

I po latach też się okazuje, że Szelki są dalszym ciągiem kultowej Szminki, choć gdy ona się ukazała, nikt nie mówił o niej, że jest kultowa, najwyżej, że jest ohydna. Pewnie doczekam się kultowości jeszcze paru innych moich rzeczy, a inne czas i niepamięć litościwie wymażą ze świadomości czytelników. Już się z tym godzę, że nie mamy odbiorców, którzy będą krzyczeć: Hurra! Ukazało się coś fajnego! Albo ewentualnie będą pisać o tym, jakie to fajne rzeczy człowiek powymyślał.

Mam wrażenie, że komiks zakorzenił się w głównym nurcie krytyki artystycznej w Polsce. Być może to jest moja naiwna wiara, a być może w tej chwili po ambitny komiks mogą sięgnąć ci sami ludzie, którzy idą do teatru, obejrzą ambitny film. To po prostu jest część inwentarza kulturalnego.

Ja też mam taką nadzieję. Jest parę zjawisk, które sugerują, że tak jest. Jeśli po ukazaniu się Fun Home Monika Żółkoś, teatrolog, osoba, która pisała o Gombrowiczu i rozmaitych innych rzeczach, a nigdy nie pisała o komiksie, uważa, że powinna napisać duży tekst o tym komiksie, bo był dla niej swego rodzaju objawieniem, to cudownie. To świadczy o tym, że komiks dotarł do osób, które się nim nie zajmują. Nie funkcjonujemy w getcie i nie będziemy w nim zamknięci, bo są również ludzie, którzy czytają. Są osoby, które chcą od studentów prac o komiksowych wizjach holokaustu, bo same zajmują się holokaustem.

Temat holokaustu jest tu dość znamienny. To on sprawił, że wąski krąg ludzi zajmujących się kulturą – ale nie aż tak wąski jak krąg miłośników komiksu – dostrzegł, że gdzieś jest komiks. To jest przejście od komiksu do reszty kultury. Co więcej – nie zostało ono zamknięte w momencie, gdy temat Mausa czy paru innych rzeczy został dość mocno wyeksploatowany. Na tej samej zasadzie działa temat homoseksualizmu – czyli wejście w temat na przykład od strony Fun Home.

Bo to jest świetna opowieść nie jako historia homoseksualna. Pomijając wątek pary głównych bohaterów i tego, że mają oni inną orientację seksualną, tam najważniejsze jest porozumiewanie się między pokoleniami. To opowieść o tym, jak przez wspólne lektury znaleźć sposób na ominięcie kwestii trudnych albo powiedzenie sobie czegoś ważnego bez mówienia tego wprost. Zaczyna się od tego, że bohaterka nie rozumie swojego ojca, nie wie, kim on jest, zawsze był dla niej kimś bardzo obcym i na końcu go odkrywa jako człowieka myślącego, czującego. I go rozumie – przez lektury, które razem czytali. Zadaje sobie pytanie, po co on jej kazał czytać i dlaczego akurat te książki, co się za tym kryło. To jest idealny komiks dla miłośników książek, bo pokazuje, jak te książki można czytać i dlaczego wspólne czytanie może być podstawą procesu komunikacji. A to, co jest komunikowane, to drugorzędna sprawa.

Pisząc niedawno o Rewolucjach: Na morzu, nie wyeksponowałem pańskiego wkładu w ten komiks. Jaki był ten wkład?

Sam nie wiem. Wydaje mi się, że dla Skutnika problemem było – przynajmniej początkowo – stworzenie jednej historii pełnometrażowej. Nasza praca nad Rewolucjami w gruncie rzeczy wyglądała tak, że siedzieliśmy w pociągu i wymyślaliśmy różne rzeczy. Zapisałem je sobie i napisałem scenariusz, dlatego obaj jesteśmy wymienieni jako scenarzyści. Mnóstwo różnych dziwnych rzeczy wymyśliliśmy w tym pociągu, bo to parę razy jeździliśmy w różne miejsca. Wymyśliliśmy nawet nowe przygody Marii Curie i jej męża Piotra. Miała być to opowieść, w której Maria jest byłą agentką carskiej ochrany, niczym James Bond i kiedy porywają jej męża, to ona spuszcza porywaczom straszny łomot, ścigając ich na lądzie, morzu i w powietrzu. Komiksu raczej nie będzie, nigdy go nie skończyliśmy wymyślać i jest to taki żarcik, chociaż w którychś Rewolucjach nawet pojawia się wzmianka o Marii Curie – tak na wypadek, gdybyśmy kiedyś chcieli do tego pomysłu wrócić. Ale nic na to nie wskazuje. Natomiast Rewolucje: Na morzu i Rewolucje: We mgle (następny tom) wymyśliliśmy, jadąc pociągiem jako historie, które mają zostać zrobione.

Czy mój wkład jest istotny? Nie wiem. Nie uważałbym za błąd pisania o Rewolucjach jako o dziele Skutnika, które ma jakiegoś tam scenarzystę. Raczej błędy popełniają ci, którzy starają się doszukać w Rewolucjach: Na morzu czegoś bardzo Szyłakowskiego – na zasadzie: Skutnik nigdy by czegoś takiego nie zrobił, ale Szyłak przyszedł, w związku z tym pojawią się te ptaki i będą dokonywać strasznych rzeczy. Było kilka takich osób, które twierdziły, że wcześniejsze Rewolucje są landrynkowe, że to takie łagodne historie. A przecież jakieś dziecko zostaje zabite po to, by ktoś mógł ukraść jego ciuchy w pierwszej części, są rozwalone głowy... Ani pod względem brutalności, ani pod żadnym innym nie przeskoczyłem pomysłu Skutnika.

Kolejna część tej serii, Rewolucje: We mgle, będą trochę innym typem historii i będą się nieco różnić od reszty. Potem Skutnik ma w planach zrobienie czegoś swojego, ale w tym samym stylu, czyli Rewolucje: Na śniegu albo Rewolucje: W kosmosie. To będzie jego oryginalny scenariusz.

Podejrzewam, że nie jestem jedyną osobą, która czeka niecierpliwie jak dzieciak na kolejne odsłony.

Mam nadzieję, że ludzi czekających na Skutnika będzie coraz więcej. I nie tylko na niego. Odnoszę wrażenie, że czekających na Jeża Jerzego jest dużo.

A czy film nie obnażył słabych stron pomysłu Skarżyckiego i Leśniaka?

Film nie był dobry, natomiast komiks mi się zawsze podobał. No, może nie zawsze, ale autorzy stworzyli pewną formułę bohatera, fajną i bardzo nośną, robią kolejne odcinki – lepsze lub gorsze. Jeśli lepsze to się cieszę, jeśli gorsze – czekam na następny. Ogólnie cieszy mnie Jeż Jerzy jako seria mainstreamowa. Choć najbardziej lubiłem Jeża Jerzego: Dla dzieci i boleję nad tym, że to nie jest kontynuowany. Ta wersja grzeczna, właśnie dla dzieci, ale z przewrotnym poczuciem humoru, była dla mnie idealnym pomysłem na tego bohatera. Później trafił on do innego czasopisma, miał być inny i jest inny. Jest fajnie, chociaż za tym niedorosłym tęsknię.

Z dużo mniejszym zapałem i entuzjazmem czekam na Likwidatora, bo moim zdaniem on już zlikwidował wszystkich, których mógł i teraz ich likwiduje ponownie. Uważam, że to też był dobry pomysł na serię, choć jest ona mniej konsekwentnie realizowana. Natomiast sama postać – urocza.

I to jest główny nurt komiksu w Polsce. Nie osobliwe to? Mam wrażenie, że gdyby umieścić te tytuły we Francji czy USA, z trudem – jeśli już – zmieściłyby w mainstreamie. Może dlatego, że są zbyt niegrzeczne i – powiedzmy – zaangażowane politycznie...

Dlaczego? Czy Lobo nie należy do głównego nurtu? Czy Likwidator czymś się od niego różni? Poza tym odnoszę niejasne wrażenie, że Rysiek Dąbrowski tylko udaje zaangażowanie, że on lubi rysować, jak Likwidator zabija różne osoby. Fakt, że żyjemy polityką, powoduje, że likwiduje polityków. Gdybyśmy żyli sprawami Kościoła, to pewnie likwidowałby księży. Gdybyśmy żyli sportem, to likwidowałby sportowców. Po prostu chodzi o wbijanie kija w mrowisko. Skoro wiemy, kim są osoby, które likwiduje Likwidator, to jesteśmy kupieni dla idei śledzenia przygód Likwidatora.

Faktyczny mainstream to Likwidator, Wilq, Jeż Jerzy, a nie ma nowego Żbika, komiksu środka. Są jakieś nieśmiałe próby, ale one to tak naprawdę głębokie podziemie w stosunku do takiego Jeża. To odwrócenie.

Tęsknimy – czy może tylko pan tęskni – do opowieści seryjnej. Modele rynku, które funkcjonują w świecie, wynikają z tego, że tam przez lata wypracowano sobie czytelnika, który jest przywiązany do serii. My to zaprzepaściliśmy, nawet jeśli mieliśmy czytelników przywiązanych do serii – jak odbiorcy „Wieczoru Wybrzeża” śledzący losy Kajtka i Koka, potem Kajka i Kokosza, bo to się regularnie ukazywało w gazecie. Ale kiedy gazeta rozstała się z Januszem Christą, to nie dołożyła starań, by zastąpić go kimś innym, chociaż mieli nawet takie pomysły. Mieli konkursy, najpierw pojawił się u nich Jezierski, potem Derkacz, obaj są zdolnymi rysownikami i mogliby robić coś dłużej. Ale gazeta doszła do wniosku, że to nie Christa, więc ich nie chcą. Jezierskiego pozbyli się szybko, Derkacz trochę u nich pracował, ale to też już jakby nie było to. A skoro nie ma wśród wydawnictw nośnika, w którym pojawia się komiks, nie ma woli podtrzymania tej tradycji, to i nie ma tradycji. Mieliśmy świetny serial pod tytułem Wiedźmin, nikomu się nie podobał, mnie też nie – ale to był dobry serial! Miał już siedem części. Gdybyśmy ciągnęli to regularnie, do dziś mielibyśmy ze dwadzieścia odcinków i kolekcjonerów Wiedźmina. Mieliśmy Funky'ego Kovala i co? W którymś momencie zaczęły się zawirowania, wydawca rozstał się z Rodkiem, który poszedł robić co innego. Jak spotkali się ponownie i chcieli robić komiks dalej, to chyba mieli problem – czy to niemoc twórcza, czy różne pomysły artystyczne. Po prostu.

Pisze pan w swojej najnowszej książce Druga strona komiksu, że wychodzenie z komiksowego getta nie zawsze robi dobrze komiksowym czytelnikom.

Oni w ogóle nie chcą wychodzenia z getta! Jeżeli istnieje ktoś taki jak komiksowy czytelnik – taki, który mówi, że najważniejszy w komiksie jest mainstream i ten mainstream powinniśmy kochać – to oczekuje od krytyka, że ten przyjdzie i powie: Superman jest najbardziej zajebistym bohaterem wszech czasów. Ewentualnie Batman. Tego rodzaju czytelnik żąda, żeby krytyk mu odpowiedział, jaka jest różnica między pierwszy a drugim, bo on akurat tego typu komiksu chce. Był takie strony fanowskie, których autorzy czytali masę komiksów i pisali, co w nich jest, oceniali je. Kryteria były bardzo przejrzyste: realistyczny rysunek, zrozumiała fabuła... Większość moich komiksów dostawała bardzo niskie noty i ja to rozumiem. Tak samo jak istnieją na świecie miłośnicy malarstwa akademickiego i oni uważają, że po impresjonizmie malarstwo zeszło na złą drogę i się pogubiło. Są na świecie miłośnicy komiksów, którzy zawsze będą świetnie się czuli w swoim gronie. Ale od krytyka, który ma odpowiedzieć na pytanie o wartość artystyczną, nie można żądać znajomości Batmana.

To się też przekłada na dyskusje na środowiskowych forach. Mam wrażenie, że między ludźmi, którzy chcieliby wyrazistego mainstreamu w postaci komiksu środka, a tymi, którzy tworzą, co im się podoba, nie ma możliwości porozumienia. Nie tylko dlatego, że - importowany czy nie – komiks środka jest w Polsce niepopularny i się wydawcom nie opłaca. Po prostu obydwie strony nie chcą zrozumieć różnicy swoich potrzeb.

Obydwie strony dosyć agresywnie żądają, by druga strona zrozumiała ich potrzeby. Punkt widzenia człowieka, który robi komiks bardzo niszowy jest taki: ja wiem, że jest mainstream, ale nigdy nie będę robił wysokonakładowych komiksów. Ale skoro wydałem coś w nakładzie 500 egzemplarzy, to liczę na to, że sięgnie po to te 500 osób, którego tego właśnie chce. A potem na forum czyta: kupiłem sobie komiks i to jest straszne gówno. To podwójna strata. Z 500 egzemplarzy odpadł jeden i trafił w ręce kogoś, kto go nie powinien kupować. A czy ten ktoś nie mógł pójść dalej i kupić sobie kolejnego odcinka Armady? Akurat z komiksem jest inaczej niż z literaturą – człowiek otwiera i widzi, co jest pod okładką. Jak ślepym trzeba być, żeby po przejrzeniu komiksu niszowego kupić go i wierzyć, że to będzie o Supermanie. Inna postawa: nie zaglądam pod okładkę, bo ja wiem, o czym są komiksy. Albo: dlaczego to się ukazało, a nie ukazał się kolejny odcinek czegoś, co kocham?

Problem jest taki, że – mówiąc ogólnie – zazwyczaj nie ma tej Armady. Poza tym mówi pan o ludziach, którzy świadomie wybierają pewne rzeczy. Część dyskusji jednak toczy się wokół tego, że jest przypadkowy odbiorca, potencjalny przyszły czytelnik, który przychodzi sobie do księgarni, chce zobaczyć komiks, bo na przykład kiedyś w zamierzchłej przeszłości coś kupował, i on nie widzi nic, co by mu się podobało, wydanego po polsku. Jeżeli zobaczy coś, to albo od samego początku mu się nie podoba – i to jest wariant optymistyczny, albo dopiero w domu stwierdzi, że wydał ileś tam pieniędzy i nie bardzo się z tym czuje.

Rzeczywiście, w domu odkryje, że ktoś biust pokazuje i popędzi do księgarni, krzycząc, że to pornografia. Albo pójdzie do telewizji. Padamy ofiarą przypadkowego czytelnika. Niech pan sobie wyobrazi sytuację, że przypadkowy czytelnik bierze Sto lat samotności i otwiera na stronie, gdzie któryś tam z Buendiów się bzyka z kochanką. I co? Ten człowiek pobiegnie powiedzieć księdzu, że szerzy się pornografię i przyznaje za to Nobla? Nie, bo on wie, że nie może tego zrobić, jest przypadkowym czytelnikiem, a gdyby to zrobił, to mu powiedzą, że jest głupi i żeby się douczył. Natomiast osoba, która protestuje przeciwko komiksowi, pędzi w dowolne miejsce i ją chętnie pokażą. Na przykład panią, która odkryła, że Japończycy to mają trochę inne podejście do pruderii niż ona.

Jeszcze jest Chopin New Romantic.

Tego to już nie chcę komentować, bo moim zdaniem winę ponosi głównie pani urzędniczka ambasady, która nie wiedziała, co zamawia, i podjęła błędne decyzje. A podejrzewam, że na każdym etapie produkcji tego komiksu każdy z urzędników państwowych miał wgląd w to, co będzie produkowane. W końcu widzę, jak wydaje się państwowe pieniądze. To nie jest tak, że człowiek je dostanie i dopiero na końcu przyjdzie urzędnik i powie, że to nie jest to, czego chciał, i każe oddać pieniądze. A w tym wypadku tak było, bo wydawca oddał.

Akurat mówiąc, że przypadkowy czytelnik nie będzie zadowolony z zakupu, miałem na myśli co innego. Pół biedy, gdyby zobaczył dobrze (w jego ocenie) narysowany nagi biust, bo to byłoby to, czego oczekiwał, to są „plecy konia”*, które pamięta ze Żbika. Tymczasem on zobaczy Skutnika, gdzie nie ma „pleców konia” ani nawet konia, tylko potworki awangardowe i rury jakieś.

Dzieciństwo się skończyło. A jak nie to Tytus, Romek i A'Tomek jest ciągle wznawiany, właśnie dla takich czytelników. Mają oni też Asteriksa na okrągło wydawanego, Thorgala, całego Christę...

Poza tym może by otworzyć oczy i zobaczyć, że komiksy dla bardziej dorosłych też są fajne? Jeżeli dwadzieścia lat temu czytałeś Tytusa czy Thorgala, to może pora zauważyć, że są inne rzeczy.

To chyba nie jest kwestia samego komiksu. Analogicznie ludzie, którzy uwielbiają hollywoodzkie kino, zazwyczaj nie przesiadają się bezboleśnie na ambitne filmy. Niektórzy niedzielni czytelnicy pamiętają tylko Kapitana Żbika, przy którym się dobrze bawili. Teraz takich kapitanów nie ma, ale w głowach czytelników pozostało przeświadczenie, że jeśli po czymś mają się spodziewać prostej historyjki rozrywkowej, to przede wszystkim po komiksie. Po co więc ktoś daje im jakąś awangardę? I skąd ją bierze?

Jest jeden sposób, by zmienić takie myślenie. Długi i żmudny. Drążenie skały jak kropla. Ludzie sobie już uświadomili, że V jak Vendetta jest na podstawie komiksu i nawet jeśli go nie czytali, to wiedzą, że komiks może być inny. Że Ghost World jest na podstawie komiksu – jest przełożenie na kino również, jeśli chodzi o komiksy poważne. Gdybyśmy mieli krytykę, która opisuje te poważne komiksy i o nich mówi... A krytyka budzi się od czasu do czasu – obudziła się przy Mausie, Fun Home. Mogłoby być więcej tekstów na temat tego, czym jest From Hell. Czytelnik gazety, nawet nieczytający książek, wie, że książki to jest coś, co jest recenzowane. Jak przypadkiem rzuci okiem i przeczyta, co w tych recenzjach piszą, to nawet wyobrazi sobie, co w tych książkach jest. I jest szansa, że kiedyś przeczyta taką recenzję i stwierdzi sobie, że on kupi sobie tę książkę i zobaczy, jak to wygląda, bo recenzja go do tego zachęciła. Analogicznie: jeśli nie mamy recenzji komiksów – ewentualnie mamy ich mało, byle gdzie, byle jakie – to mamy również małe możliwości przekonania czytelników, że komiks to coś ciekawego.

Wisława Szymborska napisała recenzję mojej książki i ona się zaczynała od stwierdzenia, że jej to się komiks kojarzy z takim plakatem, co wisiał u szewca. I to jest ten sam sposób myślenia, jak u ludzi, którzy mówią, że im komiks kojarzy się z Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem. Szymborska pisze, że Szyłak ja przekonał, że może być inaczej, ale to tyle. Co było w książce, to u Szymborskiej już się nie pojawiło, bo to była krótka notka. Ale to jest miłe, Szymborska napisała, że jest coś takiego jak komiks i ona jest tym czymś zaskoczona. Stasiuk wyświadczył mi przysługę i napisał recenzję Komiksu i okolic pornografii. I nawet ją przedrukował w Tekturowym samolocie. Pisze, że moja książka uświadomiła mu, że komiks może być czymś innym, niż się spodziewał. Mrożek napisał w łamach „Wyborczej” tekst o tym, że spotkał się z ludźmi z Krakowskiego Klubu Komiksu i oni mu uświadomili, że istnieją komiksy i komixy. I że te drugie są czymś innym. To są drobne wzmianki. Autorytet mówi: ja wiem, co to jest, ja w ogóle się zająłem czymś takim, zajrzałem do tego komiksu i to nie było takie straszne, jak mi się przez całe życie wydawało. Co prawda Mrożek jest podejrzany, bo sam komiksy rysował, ale wyrósł na człowieka.

A w tygodnikach zdarzają się osoby, które mają misję. Kiedyś Jerzy Skarżyński pisał na łamach „Przekroju” o komiksach. Nie dlatego, że polski czytelnik chciał o nich czytać, tylko dlatego, że polski czytelnik nic o nich nie wiedział, a Skarżyński wiedział. W jego domu było mnóstwo komiksów, może powinny być też w innych domach.

*”Plecy konia” to ogólne ironiczne określenie realistycznego stylu rysunkowego cechującego głównie komiks środka. Zostało użyte podczas dyskusji na forum internetowym Gildii Komiksu.

JERZY SZYŁAK (rocznik 1960) – badacz i teoretyk komiksu, literaturoznawca i filmoznawca, profesor Uniwersytetu Gdańskiego, scenarzysta i publicysta komiksowy. Autor artykułów i książek dotyczących komiksu, m.in. Komiks: Świat przerysowany, Poetyka komiksu oraz Komiks i okolice pornografii. Ostatnie publikacje to Druga strona komiksu (zbiór tekstów teoretycznych), a także komiksy Sceny z życia murarza, Rewolucje: Na morzu i Szelki.

Wywiad pierwotnie ukazał się w numerze 11/2011 magazynu "Lampa".

Trylogia "Sz" - 2 - Szelki

Scenariusz: Jerzy Szyłak
Rysunek: Wojciech Stefaniec
Wydawnictwo: Timof i cisi wspólnicy
Rok wydania polskiego: 9/2011
Liczba stron: 92
Format: 210x280 mm
Oprawa: twarda
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 9788361081647
Wydanie: I
Cena z okładki: 69 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus