Wywiad z Ryszardem Dąbrowskim - "Dyskretny czar likwidacji"


fotoZ Ryszardem Dąbrowskim rozmawia W. Leszczyńska

Czym jest dla Ciebie szeroko pojmowana fantastyka?

Jest jednocześnie rozrywką i stymulatorem krytycznego myślenia. Dla mnie wartość fantastyki - oprócz oczywiście czysto wzrokowej, jak w przypadku dobrych filmów czy komiksów sf - leży w tym, że może ona pokazywać, do czego może doprowadzić rozwój różnych kulturowych, politycznych, cywilizacyjnych zjawisk i tendencji. Fantastyka może przed nimi świetnie ostrzegać - przykład wielkiego Orwella chociażby - może otwierać ludziom oczy na to, co jest złe, ukazywać to już w formie rozwojowej, a nawet końcowej. Tu tkwi wielka antytechnologiczna i antytotalitarna wartość fantastyki - jej polityczno-krytyczna funkcja (np. genialnie wywrotowa wymowa MATRIXA).

Chociaż określa się niekiedy fantastykę mianem chorobliwej ucieczki od rzeczywistości - to myślę, że jej oddziaływanie w drugiej połowie XX w. mogło mieć spory wpływ na poglądy wielu ludzi, a co za tym idzie - pośrednio i na samą rzeczywistość.

Jeśli chodzi o wizje pozytywne - fantastyka często popada w śmieszność - przynajmniej dla mnie - tu staje się błahą zabawą - właśnie ucieczką od rzeczywistości i to przeważnie kiczowatą.

Jaki był początek Twojej przygody z komiksem?

Zaczęło się od „Świata Młodych” - gazety dla dzieci i młodzieży w zamierzchłej epoce PRL-u. W dzieciństwie było to dla mnie pismo nieomal kultowe, a to za sprawą jego ostatniej strony, na której trzy razy w tygodniu ukazywał się kolejny odcinek jakiegoś komiksu - w formie dużej kolorowej planszy z winietą tytułową. Pierwszy „ŚM”, jaki wpadł mi w ręce, kupili mi pewnego razu rodzice i tak zaczęła się prawdziwa przygoda. Pamiętam, że urzekła mnie ta precyzyjna koncentracja kolorów, detali, postaci i pracochłonnych małych rysuneczków na tak małej powierzchni - no i podobało mi się, że ktoś postanowił opowiedzieć jakąś historię głównie przy pomocy rysunków. Bardzo bawiła mnie też humorystyczna deformacja ludzkich twarzy i całych postaci.

Nieco później był magazyn „Relax” i serie piastowskich legend Rosińskiego - no i zaczęło się zbieranie komiksów.

Jednakże, chociaż jako dziecko i nastolatek dużo rysowałem i malowałem, nigdy nawet nie próbowałem robic komiksów - wydawało mi się to zbyt trudne i żmudne. Przypuszczałem, ze zawodowcy robią jakieś dwie strony na miesiąc.

Jakich rysowników komiksowych cenisz najbardziej?

Z Polaków Christę i Rosińskiego (obu za twórczość z lat 70.) oraz Śledzia, Pałę i Gawronkiewicza. Z twórców zagranicznych są to: Crumb, Edika, Uderzo, Guarnido i Serpieri.

Jak układa się Twoja współpraca z „MF?

Jak na razie dobrze, a stawiane mi wymagania nie wymuszają na mnie odejścia od mojego stylu rysowania.

Będziecie kontynuować „Gwiezdne bezdroża”, czy może będziesz rysował coś nowego?

Z tego co pamiętam, rednacz „MF” zaproponował mi na początku naszej współpracy stanowisko stałego komiksodostawcy - więc pewnie nie ograniczymy się do tej jednej histrii.

Wymyślasz większość narysowanych przez siebie historii, ale rysujesz także do scenariuszy innych osób. Jak wygląda współpraca z nimi?

Nie mogę narzekać. Prawdę powiedziawszy, rysowanie do cudzych scenariuszy jest dla mnie odpoczynkiem od tworzenia w pełni autorskich komiksów. Rysowanie do cudzego scenariusza zdejmuje ze mnie połowę odpowiedzialności za ogólną jakość komiksu - nie muszę też cały czas główkować, jak ulepszyc fabułę i dialogi, tylko po prostu wizualizuję cudze pomysły. Ta, nazwijmy to, pokora - paradoksalnie pozwala na większy luz. Oczywiście nie jest to odtwarzanie bezmyślne - zresztą takowe nie byłoby możliwe - gdyż moi scenarzyści nigdy w stu procentach nie określają, jak ma wyglądać kompozycja kadu czy strony.

Do tej pory rysowałem do scenariuszy trzech osób: Michała „Śledzia” Śledzińskiego dla magazynu „Produkt” - niedokończoną serię „Ucieczka do miasta”, Szymona Surmacza dla magazynu „Obywatel” - serię „Redaktor Szwędak” oraz kolorowy minikomiks promujący dzień bez samochodu, a także Roberta Zaręby - redaktora niniejszego pisma, którego scenariuszy nie będę tu chwalił - bo nie wypada.

Stworzyłeś kilka wyrazistych postaci komiksowych. Którą z nich darzysz największą sympatią?

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że zębatego…

Można śmiało powiedzieć, że „Likwidator” to już komiks kultowy. Jak wyglądały jego początki?

Był rok 1995. Moi kumple anarcho-punkowcy z lubelskiej punkowej kapeli „AMEN”- z Pałą na wokalu - wydawali fanzin, do którego rysowałem pojedyncze rysunki i mini - komiksy, od dłuższego czasu bezskutecznie namawiali mnie do wykonania jakiegoś niedługiego komiksu - który zamierzali następnie wydać. W końcu uległem. Ten pierwszy fanzinowy „Likwidator” powstał w ciągu trzech majowych tygodni bez żadnego planu, wymyślany ad hoc, niemal ze strony na stronę. Dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej drukarni wyszedł w nakładzie 1000 egzemplarzy i był sprzedawany za grosze na punkowych koncertach, „giełdach” i w sprzedaży wysyłkowej.

Samą postać Likwidatora i fabułę komiksów wymyśliłem sam - ale były one wyrazem nastrojów i poglądów nie tylko moich. Chciałem, aby komiks ten był do bólu undergoundowy i środowiskowy, prowokacyjny i zabawny.

Ostatnio nie ma w prasie rzetelnie napisanego artykułu publicystycznego o komiksie, w którym prędzej czy później nie padłoby słowo Likwidator.

Wzmożone zainteresowanie Likwidatorem odbieram ze zdziwieniem - nie powiem - całkiem przyjemnym. Bo chociaż Likwidator nadal jest i raczej powinien pozostać wytworem bardzo niszowym i w sumie znanym jedynie „wtajemniczonym” - to jednak sam fakt, iż znalazł on publiczność również poza środowiskiem, nazwijmy to kontrkulturowym, był dla mnie sporym zaskoczeniem.

Jaka jest Twoja recepta na sukces?

To bardzo proste - tą receptą jest odradzająca się chęć zabawy w tworzenie dziwnego komiksu. Oprócz tego oczywiście trzeba mieć coś do powiedzenia w warstwie tekstowej i mieć jeszcze chęć, by to wyrazić i upublicznić, co nie zawsze idzie w parze. Trzeba być wiernym raz obranej wizji bohatera i próbować wyobrazić go sobie w coraz to nowych sytuacjach i „towarzystwie”.

Wciąż przychodzą mi do głowy nowe konfiguracje Likwidatora z polską rzeczywistością. Wciąż rodzą się nowe refleksje prowokujące do przelania w komiksową formę.

Kim tak naprawdę jest lub chciałbyś, aby był Likwidator?

Nie jest to oczywiście żadna postać realna, chociaż bardzo bym chciał, aby była. Dzika przyroda jest bezwzględnie aczkolwiek powoli i po cichu wypierana, kaleczona i wyniszczana. Bezlitosny zabójca skurwieli niszczących dla zysku Naturę byłby przeze mnie mile widziany (jak Ted Kaczynski). Likwidator jest eko-wojownikiem i jako taki dystansuje się od spraw polityczno-społecznych. Ale i w tej dziedzinie - i wiem, że wielu się ze mną zgodzi - również bardzo potrzebny jest taki skuteczny działacz z karabinem. Majątek PRL-u został chytrze przechwycony przez jego dawnych zarządców i nowych kapitalistów. Wypracowany dochód narodowy nie jest sprawiedliwie dzielony, miliony biednych pracują na nielicznych superbogaczy zgarniających 80 procent „tortu”, coraz więcej dzieci wychowuje ulica, a politycy są agentami wielkiego kapitału. Ale ponieważ raczej nie będzie rewolucji, namiastką elementarnej sprawiedliwości byłyby przynajmniej skryte likwidacje.

Amerykańscy superhero poklepują się przyjaźnie po plecach z rządzącymi, przy każdej okazji powiewają amerykańskim sztandarem i są ogólnie szanowani przez strażników porządku i moralności. Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której Likwidator odbiera order od prezydenta Kwaśniewskiego za rozbicie komórki al-Kaidy ?

Taki order nie miałby dla niego żadnej wartości, pomijając fakt, że przy pierwszej nadarzającej się okazji zlikwidowałby samego Kwaśniewskiego, może nawet publicznie. Likwidator nie lubi bluźniącego Naturze islamu i islamskich fanatyków, wiec chętnie zlikwidowałby al-Kaidę, ale nie dla nagrody - nagrodą jest mu zawsze świadomość, że walczy ze złem.

Natomiast mogę sobie wyobrazić, że Likwidator odbiera order od Fidela Castro za wysadzenie Pentagonu lub Białego Domu, ale bez zbytniej powagi (i już chętniej skrzynkę kubańskich cygar).

Z okazji dziesięciolecia pierwszej udanej likwidacji ma ukazać się okolicznościowy album. Powiedz coś więcej o tym projekcie?

Parę razy wyobrażałem sobie, jak wyglądałyby komiksy o Likwidatorze, gdyby były rysowane przez innych - w końcu zaproponowałem im ich wykonanie. Uznałem ze będzie to najprostszy sposób, by ciągle sobie tych komiksów nie wyobrażać. Chodzi po prostu o zaspokojenie mojej ciekawości. Myślę że dla sympatyków Likwidatora (jak również dla wszystkich miłośników komiksu) będzie to ciekawe.

Oczywiście, chodzi też o to, by sprawić Likwidatorowi przyjemność i uczcić jego 10. urodziny.

Na pewno się chłop ucieszy.

Których artystów zaprosiłeś do współpracy przy tworzeniu albumu?

Zaprosiłem prawie wszystkich, których cenię, z wyjątkiem starych klasyków. Są to rysownicy według mnie obecnie najlepsi w Polsce. Udział w przedsięwzięciu zadeklarowało 26 rysowników - co mnie bardzo mile zaskoczyło, tym bardziej że udostępniają mi swoje prace nieodpłatnie. Szczególnie cenię właśnie tę chęć współuczestnictwa bez oglądania się na finansową korzyść - bez tego coraz bardziej powszechnego dziś wymieniania wszystkiego na pieniądze. Zaproszeni przeze mnie do współpracy rysownicy to: Leśniak, Śledziu, Myszkowski, Truściński, Gawronkiewicz, Simson, Cisza, Janicki, Kochański, Madej, Ostrowski, Cabała, Tomaszewski, Rebalka, Szneider, KRL, Owedyk, Frąś, Klarens, Lachowicz, Kirkor, Mieszkowski, Chochowski, Sopo, Gonzales i Kiełbus - ilu z nich dotrzyma słowa - zobaczymy.

Dziękuję za rozmowę.

Magazyn fantastyczny - 4

Redaktor naczelny: Robert Zaręba
Wydawnictwo: Robert Zaręba
Rok wydania polskiego: 3/2005
Liczba stron: 140
Format: C5
Oprawa: miękka
Papier: matowy + kredowa wkładka
Druk: cz.-b. + kolorowa wkładka
Dystrybucja: kioski, saloniki
Cena z okładki: 6,99 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus