Wywiad z Michałem Gałkiem

Autor: Robert Zaręba
18 stycznia 2008

Skąd się wzięło Twoje zainteresowanie komiksem?

Tak jak większość dzisiejszych komiksiarzy po prostu na komiksie się wychowałem. Wbrew pozorom całkiem sporo ich wtedy wychodziło. Może nie wszystkie były najwyższych lotów. Uczyłem się czytać na "Kapitanie Klossie", kolorowałem pisakami "Szranki i Konkury" a nawet "Szninkla" (stronę z gołą babą, ku przerażeniu mojej babci ?). Potem przestawiłem się na superbohaterów, z których w sumie do dziś nie wyrosłem.

pART Studio utworzyli twórcy związani z magazynem komiksowym "KKK". Byłeś zaangażowany w ten projekt. Opowiedz o swoich doświadczeniach związanych z pismem.

"KKK" to magazyn tworzony przez Krakowski Klub Komiksu. Trafiłem tam dobrą dekadę temu przez znajomego handlarza komiksów. Były to mroczne czasy narodzin oryginalnego "KKK", kiedy żył Tomek Krasnowolski, a Krzysiu Tkaczyk i Kamil Śmiałkowski jeszcze się lubili. Napisałem recenzję jakichś "X-Menów", a oni zgodzili się ją wstawić do drugiego numeru. Mój wkład w powstawanie pisma czy organizowanie imprez był wtedy raczej śladowy. Dopiero gdy obsada mocno się przetasowała, a do klubu przyszedł Janek Korczyński, trochę się to zmieniło. Janek uznał, że warto by zrobić "KKK" od nowa, a ja się zgodziłem pomóc, bo granie pierwszych skrzypiec jakoś mnie nie pociągało. Początkowo tylko pisałem teksty, ale z czasem przejąłem skład pisma, dobór komiksów i pisanie większości scenariuszy. W pewnym momencie zacząłem używać "KKK" jako poligonu doświadczalnego dla młodych talentów, z których część potem przeszła do pART Studio. Prawda jest taka, że gdyby nie upór Janka, to nigdy nie pociągnęlibyśmy tak długo. A to dzięki niemu moje zainteresowanie komiksem ewoluowało w stronę pisania i "zarządzania" talentami. Kamil Śmiałkowski, który wtedy dość mocno animował krakowskie środowisko, też miał w tym spory udział. Swoją drogą ciekawe, czym bym się teraz zajmował, gdyby nie ta "przygoda" z "KKK" ?. Więcej na temat narodzin i przemian magazynu "KKK" na macierzystej stronie, która wciąż stoi (www.kkkomiks.prv.pl).

Nie robicie już magazynu, czy klub jeszcze istnieje?

Kiedyś klub to było takie miejsce, gdzie ludzie mogli przyjść i o komiksie pogadać, pochwalić się wiedzą, kolekcją, a w pewnym momencie także własną twórczością. Teraz to bardzo mała grupka dobrych znajomych, którzy trochę z przyzwyczajenia spotykają się właśnie w klubie. Mimo że nie robimy już magazynu, a część z nas zajmuje się zupełnie czym innym, fajnie czasem wpaść do klubu i pogadać o filmach i serialach. Bywa nawet, że o komiksach ?.

Z "KKK" współpracowało wielu wybitnych polskich rysowników, dbaliście o wysoki poziom edytorski pisma, nie popełnialiście grubszych błędów, a mimo to magazyn padł. Jakie Twoim zdaniem były tego przyczyny?

Kiedyś tworzenie magazynu czy organizacja imprezy miały na celu podnoszenie świadomości mediów i ogólnie społeczeństwa. Misja taka ?. Chcieliśmy udowodnić, że komiks to sztuka, rozrywka itp. itd., jednym słowem naprawić efekty wieloletniej propagandy, że jest to medium dla półkretynów. Byliśmy świadkami ogromnych przemian na tym polu i chcielibyśmy wierzyć, że także nasze działania jakoś w tym pomogły. Ale rynek załamał się równie szybko, jak powstał. A potem zmutował w przedziwną stronę i miejsca dla nas zabrakło. Najkrócej mówiąc, kiedy na rynku pojawiły się komiksy, czytelnicy woleli kupić je niż magazyn o nich. Myślę, że to był problem, który wykończył nas i całą (także wysokonakładową, jak "Świat Komiksu") konkurencję.

Jesteś pomysłodawcą i redaktorem "Piekielnych Wizji". Jak doszło do realizacji tego projektu?

Przez przypadek. Zrobiłem z Grahamem wywiad do "KKK", ale nie bardzo było czym tę rozmowę w magazynie zilustrować. Poprosiłem więc kilku znajomych rysowników o obrazki inspirowane powieścią Mastertona "Wojownicy nocy". Wyszło super, a mnie taki sposób pracy z grupą ludzi na odległość bardzo przypadł do gustu. Potem wystarczyło tylko namówić Mastertona, Przemka Wróbla i oczywiście wszystkich twórców ?. Aha, i napisać do tego wszystkiego scenariusze i złożyć dymki (taki mam fetysz, bo rysownicy w większości robią je na odwal się ?).

Czy współpraca ze światowej sławy pisarzem Grahamem Mastertonem była trudna?

Nie, było super. To bardzo otwarty człowiek. Pytałem, to odpowiadał. Nie marudził, nie "gwieździł". Swobodę dał mi ogromną, ale chciałem to zrobić dość wiernie.

Kto współtworzył ten projekt?

Lista była długo i kilka razy zmieniana. Była moja osobista pierwsza liga - Truściński, Śledziu czy Piorunowski. Pojawili się też bliżsi i dalsi znajomi z KKK. Był Nikodem i Mariusz (jako Jakub Tulipan, sorki za dekonspirkę) z pART Studio. Narobiłem sobie kilku wrogów przy tej okazji (zresztą zabawą w KKK jeszcze więcej), ale poznałem też kilka osób, z którymi współpracuję do dziś.

Samo napisanie tego i złożenie do kupy to był pikuś. Natomiast organizacyjnie porwałem się z motyką na słońce. Ba, na całą galaktykę. Bo każdy taki twórca to małe słońce otoczone swoimi sprawami, terminami, fochami itp. Wyciągnięcie od nich zamówionych i sto razy obiecanych komiksów graniczyło z cudem. Każdy, kto próbował takich eksperymentów, wie, o czym mówię. Może dlatego nieskromnie pamiętam, że Jerzy Szyłak po wydaniu powitał mnie słowami "Mistrzu" ?.

Skąd pomysł na powołanie grupy pART Studio?

Kiedy zaczęliśmy z Wojtkiem Franzblau pisać "DuszPasterzy", naszym marzeniem było mieć publikację w "Nowej Fantastyce". Jako że komiks miał rysować Nikodem, a kolorować nasz kolega z roku - Jarek Bieda, liczba twórców urosła do czterech. Nie chciałem, żeby pół strony zajmowały nasze nazwiska i zdecydowałem, że trzeba wymyślić jakąś grupę, żeby to było łatwiej i krócej. Wojtek wymyślił pART Studio. P-art, czyli taki niby art, ale tylko częściowo ? (part - ang. część). Kiedy przy okazji tworzenia "Relaxu" dla Agressivy 69 grupa się rozrosła, postanowiliśmy przejąć nazwę i nią firmować produkcję. I tak jakoś zostało.

A jak przebiegała praca nad samym wideoklipem "Relax"?

Praca była skomplikowana z wielu powodów, ale najważniejszy był taki, że nikt nie wiedział, jak się robi film animowany ?. Ponieważ nikt z nas nie pracował przy tak dużym projekcie, nie wiedzieliśmy też, jak dzielić się zadaniami. Na przykład, kiedy to wszystko w miarę pospinaliśmy, okazało się, że nasz montażysta (ten sam Jarek Bieda) nie ma bladego pojęcia o podziale piosenki na jakieś takty, frazy itp. ?. Dlatego automatycznie oprócz reżysera, scenarzysty i kierownika produkcji dostałem fuchę współmontażysty. Żeby było śmieszniej, kiedy zsynchronizowaliśmy obraz z dźwiękiem, przyszedł do nas Tomek z zespołu i mówi, że przyniósł nam ostateczną wersję muzyki, którą trochę wydłużyli. Więc wyrzuciliśmy cały montaż z rytmem i akcentami muzycznymi do śmieci i zaczęliśmy od nowa.

Zabawa była niezła, terminy popieprzone, a stawki zerowe (nawet nie głodowe ?). Jedyną satysfakcją były przelotne emisje klipu w Vivie. Do MTV ostatecznie nie weszliśmy, bo klip był ponoć za ostry. Nie pytaj dlaczego, nie wiem ?.

"DuszPasterze" to jeden z nielicznych polskich komiksów fantastycznych. Dlaczego zdecydowaliście się puścić go w "NF", zamiast poszukać wydawcy albumu?

Marzenie o publikacji w "NF" to raz. A dwa, to czysto pragmatyczny pomysł, że przecież możemy najpierw sprzedać komiks w odcinkach, a potem dopiero w albumie ?. Przyznam się, że był to plan tak ambitny, że nawet scenariusz pisaliśmy w odcinkach.

Był czas, kiedy albumem (a właściwie trylogią) interesował się Tomek Kołodziejczak (puścił nam prequel w "Świecie Komiksu" i dał wiele pomocnych uwag do samego albumu). Wtedy Jarek pojechał sobie do USA (gdzie nadal siedzi i raczej nie wróci) i kolor utknął na kilku zaledwie stronach. Ja z przyzwyczajenia pokazywałem go w wielu miejscach, licząc że jak go sprzedamy, to się chłopaki zmobilizują i skończą. No i sprzedaliśmy, ale z braku laku skończyć go musiałem ja. Pracuję jako desinger, więc środowisko Photoshopa nie było mi obce, ale Jarek wytyczył tak wysoki poziom skomplikowania strony, że bardzo ciężko było do niego równać. Tym bardziej że kolorystą jestem raczej z przypadku i chętnie bym poza doświadczenia ze "Szninklem" nie wychodził.

Potem hossa na polskich twórców się skończyła, a mnie jakoś odechciało się walczyć o "DuszPasterzy" w albumie (choć mamy nawet okładkę). Tym bardziej że Nikodem zaczął z Edvinem "Biocosmosis" i raczej się nie zapowiada, żeby pozostałe części trylogii "DuszPasterze" kiedykolwiek powstały. A szkoda.

"DuszPasterze" zostali przyjęci przez czytelników "NF" z mieszanymi uczuciami. Obok pochlebnych opinii nie brakowało zjadliwych ataków. To chyba dobrze, kiedy dzieło wzbudza emocje?

Szybko się zorientowałem, że trafiliśmy na bardzo zły grunt. Czytelnicy "NF" komiksy czytają rzadko i raczej inne niż ja. Nie zrozumieli konwencji, zabawy schematami, a nawet faktu, że finał jest połowiczny, ewidentnie otwarty na kontynuację. Poza tym w pewnym momencie staliśmy się modnymi ofiarami polowania na czarownice. Każdy kolejny forumowicz "NF" poczuwał się do rzucenia błotem w naszą stronę mniej więcej w taki sposób: "No, zgadzam się z poprzednikiem, straszne gówno". Zero argumentacji! Mnóstwo ludzi uznało pomysł na komiks w "NF" za kiepski, woleli galerię. Ja nie mówię, że wyszło nam genialne osiągnięcie polskiego komiksu, a to czytelnicy się nie znają. Tak naprawdę na tym przykładzie dopiero uczyliśmy się budować dużą fabułę. Ale myślę, że gdyby "DuszPasterze" wyszli w albumie i trafili do czytelników KOMIKSU, mogliby się spodobać. Wiele osób z nieukrywanym zdziwieniem przyjęło decyzję o zmianie formatu publikacji (żeby szybciej skończyć). Pytali: "O co cały ten szum? Przecież to jest nawet niezłe". Wzbudzanie emocji to fajna sprawa, ale mnie to trochę dobiło. Może innych etykieta "niezrozumiałego artysty" podnieca, ale mnie jakoś nie bardzo. Ja zawsze chciałem robić komiks środka, dla wszystkich.

Artyści współtworzący grupę są obecni niemal we wszystkich antologiach tematycznych ukazujących się w ostatnich latach. Praca nad którymi projektami wzbudziła najwięcej emocji?

Hmm... Trudno powiedzieć. "Piekielne Wizje" to był mój projekt-gigant, ale myślę, że najbardziej ekscytująca była szansa zrobienia komiksów do "Września". Wcisnęliśmy się tam trochę po czasie i Tomek zrobił nam straszny przesiew scenariuszy, ale i tak udało się puścić dwa. Oba pisaliśmy z Wojtkiem wspólnie (podobnie jak w "Próbówce"), choć sygnowaliśmy je osobno. Na pewno był to dla nas zaszczyt znaleźć się w takim towarzystwie w dużym projekcie Egmontu. Szczególnie wtedy, kiedy jako twórcy dopiero raczkowaliśmy.

Była to też na pewno przełomowa antologia dla Marcina Nowakowskiego, który we "Wrześniu" miał swój debiut! Wysłał akurat swoje prace do "KKK", a my natychmiast stwierdziliśmy, że ten koleś zniszczy konkurencję, jeśli tylko się go wyda. Tomek Kołodziejczak najwidoczniej doszedł do podobnych wniosków, bo wybrał Marcina do zilustrowania scenariusza "Jej oczy".

Ubawiło nas, że w tym samym niemal czasie w konkurencyjnym periodyku komiksowym (Marcin wysłał próbki do wszystkich) pokazano jego prace w dziale debiutów z jakimiś tam bezsensownymi wskazówkami w stylu: "Pracuj, pracuj". Oczywiście, zwyczajowo na stronach przeznaczonych dla "zawodowców" pojawiły się szity, które do "KKK" nie trafiłyby nigdy.

Rok 2006 był przełomowym. Do dystrybucji trafiło kilka albumów członków grupy...

"Biocosmosis" Nikodema od początku żyje własnym życiem, więc nazywanie tego produktem grupy jest trochę na wyrost. Po prostu tak się złożyło, że Nikodem kiedyś dla mnie rysował i został w poczet grupy zaliczony. A że teraz wypłynął na szerokie wody, to się chwalimy, że to nasz człowiek. Ale tak serio, to wszyscy trzymamy za chłopaków mocno kciuki i liczymy, że "Biocosmosis" podbije rynek, nie tylko polski.

Serie edukacyjne dla Mandragory dostaliśmy w sumie dzięki Arkowi Klimkowi, którego prace bardzo polubił Przemek Wróbel. Arek to taki pechowiec, który zrobił komiks dla "Produktu" i miał zamiar dla "KKK" dokładnie w tym momencie, kiedy oba magazyny upadły. Ale bardzo chciałem gdzieś gościa pokazać, więc przygotowaliśmy próbkę do mojego scenariusza. Przemek stwierdził, że to bomba, więc komiks się rozbudował, zyskał tytuł "Yrmina" i jak wszystko dobrze pójdzie, wyjdzie jeszcze w tym roku.

Wybór Mariusza do "Opowieści biblijnych" był już zupełnie naturalny. Mariusz ma genialną kreskę dziecięcą, a poza tym pracuje w kosmicznym tempie. Wyobraźcie sobie, że ten gość przez dwa lata zrobił ponad 100 stron "Almy", kolejne 100 "Opowieści" w kolorze i kilkaset storyboardów równocześnie! Nie znam drugiego takiego tytana pracy.

Rok 2007 to kontynuacja dotychczasowych osiągnięć. Stworzona przez Was machina nabiera rozpędu. Pojawiają się następne albumy. Opowiedz coś o nich.

To trochę wstyd, że wszystko, co teraz wydajemy, to projekty sprzed ładnych paru lat. Po prostu proces robienia komiksu w Polsce na zasadach hobbystycznych tyle trwa. Część z nich debiutowała jeszcze w "KKK", jak na przykład świeżo wydany "Alma".

Drugi w kolejce jest antykryminał "Deduktor", który robię z Marcinem Nowakowskim. Jest to zupełnie inny rodzaj komiksu niż "Alma" pod każdym niemal względem. Jest osadzony w Polsce, we współczesnych realiach. Jest pełen popieprzonego czarnego humoru i akcji rodem z "Zabójczych broni".

Kończymy także prace nad "Yrminą", która będzie takim trochę "Mad Maxem" dla młodych widzów. Lekka, przyjemna fabuła z prześlicznymi obrazkami. Potwory, walki i dziwaczne machiny. Dla starszych czytelników trochę popkulturalnych cytatów i schematów, ale ogólnie czysta rozrywka bez pseudoartystycznych ambicji i zadęcia.

Muszę też wspomnieć o reaktywowaniu bardzo dużego projektu pt. "Krewangelia", który przedstawia wampiry w zupełnie nowym świetle. Rysuje Tomek Jędrzejowski i jeśli kiedyś skończy, to wszyscy fani niemożliwego wręcz hiperrealizmu padną przed nim na twarz.

A jeśli to wszystko się w miarę sprzeda, to ja chętnie napiszę ciąg dalszy. Lubię ciągi dalsze.

Pod bokiem szkolimy też młodzież w postaci Łukasza Mendla i Michała Pyterafa, którzy też mają mnóstwo fajnych pomysłów. Chłopaki dopiero się rozkręcają, ale już reprezentują wysoki poziom i są bardzo kreatywni.

Jakie macie plany na przyszłość?

Póki mamy zapał i w miarę wolny czas, chcemy robić komiksy. Praca w reklamie to fajna kasa, ale radości twórczej niewiele. Może uda się kiedyś robić tylko komisy, może zajmiemy się animacją, może grami, szczerze mówiąc, opcji jest mnóstwo. Sukces (bądź jego brak) naszych autorskich komiksów być może trochę nas nakieruje. Z drugiej strony tak długo, jak chłopaki będą chcieć rysować, ja będę pisał. Bo dla scenarzysty nie ma nic fajniejszego, niż zobaczyć własne kretyńskie pomysły, kiedy nabierają kształtów w rękach piekielnie utalentowanych ludzi.

Oprócz artystycznej prowadzicie zakrojoną na szeroką skalę działalność komercyjną. Jaka jest Wasza oferta?

Mieliśmy takie hasło reklamowe: "Jeśli inni mówią, że to niemożliwe... - pART Studio ?". Prawda jest taka, że robimy wszystko. Zajmujemy sporą część krakowskiego rynku reklamowego storyboardów. Każda "Nowa Fantastyka" jest ciężka od naszych obrazków. Marcin robi okładki dla ISY, Arek robił Unimile. Jest tego coraz więcej, ale duża część jest w ogóle niedostępna dla przeciętnego śmiertelnika, bo to na "rynki wewnętrzne". Powoli krystalizują się jednak dwa duże projekty komiksowe na zlecenie. Nareszcie za takie pieniądze, że można odpuścić storyboardy. Ale ogólnie: jeśli chcesz coś narysować i masz worek pieniędzy, to zgłoś się do nas ?.

Udało się Wam połączyć przyjemne z pożytecznym. To raczej rzadka sztuka w tych czasach...

Na pewno. Dla każdego rysownika możliwość rysowania za pieniądze to świetna sprawa. Bo przecież robiąc te dziesiątki obrazków reklamowych, cały czas doskonali się warsztat, podciąga tempo itp., itd. Godziny pracy są luźne i ogólnie jest fajnie. Są gorsze zawody. Dlatego pewnie od nadmiaru dobrobytu przewraca nam się w głowach i chcemy robić komiksy ?.

Magazyn fantastyczny - 11 - (2/2007)

Redaktor naczelny: Robert Zaręba
Wydawnictwo: Robert Zaręba
Rok wydania polskiego: 11/2007
Liczba stron: 100
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: kioski, saloniki
Cena z okładki: 8,99 zł
Materiały powiązane:

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus