Wywiad z Michałem Śledzińskim

Autor: Robert Zaręba
30 grudnia 2007

Magazyn fantastyczny - 11 - (2/2007)Robert Zaręba: Czy pamiętasz swój pierwszy narysowany komiks?

Michał Śledziński: Jak przez mgłę. Moim pierwszym komiksem z klasycznym podziałem na kadry była historyjka o latających, skrzydlatych ludziach, którzy walczyli z potworami, zainspirowana fragmentem filmu Flash Gordon, który zobaczyłem w telewizji. Wcześniej rysowałem historyjki o zacięciu rycerskim, dziś powiedziałbym: "na pełnych panelach", czyli kadr zajmował całą stronę. Ale już wtedy te obrazki układały się w historię. To był czas, kiedy jeszcze nie potrafiłem pisać ani czytać.

Jakie są Twoje najistotniejsze inspiracje komiksowe, literacki, filmowe?

Gdybym miał uderzać tytułami, nie starczyłoby miejsca. Właściwie inspiruje mnie wszystko, co zobaczę, usłyszę, czego posmakuję i dotknę.

Swego czasu podjąłeś odważną decyzję, aby zrezygnować ze studiów na animacji i całkowicie poświęcić się komiksowi. Czym jest dla Ciebie komiks?

Michał ŚledzińskiSposobem na życie. Od zawsze lubiłem opowiadać historyjki. Obojętnie, czy było to amatorskie słuchowisko radiowe, preparowane wraz z bratem i kuzynem, teatrzyk cieni, tworzony ku uciesze rodziców i ciotek, czy komiks. Często powtarzam, że tworzę komiksy, bo ich "produkcja" jest szybsza i tańsza niż filmu, do którego zresztą nie mam cierpliwości. Proces montażu, udźwiękowienia to mozolna praca, a ja lubię szybko widzieć efekty swojej pracy. Gotowe, wydrukowane i w ręku odbiorcy. A z tą odwagą to bym nie przesadzał. Zrezygnowałem ze studiów m.in. dlatego, że zajęcia z angielskiego były o 7.30 rano, a mieszkałem wtedy około półtorej godziny jazdy od centrum Poznania, czyli musiałem wstawać dość wcześnie. A wcześnie to wstaje piekarz czy kierowca miejskiej komunikacji, a nie rysownik komiksów.

Czy mając obecne doświadczenie, postąpiłbyś tak samo, czy też "zadrżałaby ci ręka"?

Nie żałuję żadnego wyboru, którego dokonałem. Przeszłość odkładam do szufladek, do których zaglądam tylko w czasie kumplowskich wspominek lub tworzenia scenariusza.

Jakie były początki "Azbestu"? Kto współtworzył to pismo i co teraz dzieje się z tymi ludźmi?

"Azbest" założyliśmy w trójkę. Romek, Wilk i ja. Trzy piąte gangu "Wilków" z bydgoskiego "plastyka". Romka troszkę wykorzystaliśmy, bo zależało nam na kasie na druk. Pierwszy numer to był praktycznie monolog złożony z moich pracek, supportowanych przez grafiki Simsona i Wilka na okładkach oraz scenariusz Gajosa (twórcy postaci Zdzicha i Wujasa). W kolejnych dwóch numerach skład autorów rozrósł się o jeszcze kilku chłopaków z "plastyka". Simson i Gajos współtworzyli potem legendę "Produktu", a reszta chłopaków zajęła się maturą, zdawaniem na studia, wyjazdami i w końcu pracą.

Produkt - 3 - (2/2000)Kolejnym etapem Twojej komiksowej kariery był "Produkt". Jak doszło do realizacji tego projektu?

Narysowałem wtedy pełnometrażową Biegunkę, która stawiała na pierwszym planie Skolmana, żółwia torpedę, bohatera drugoplanowego serii Fido i Mel, drukowanej na łamach "Świata Gier Komputerowych", a później także "Świata Komiksu". Pojechałem z tym do Warszawy, do Tomka Kołodziejczaka, aby pogadać o albumie, czy da radę itp. Spotkaliśmy się w czasie jednego z tych fantastycznych konwentów, na których każdy jest zabiegany, zmęczony i ma wszystkiego dosyć. Tomek sprawiał wrażenie dość skołowanego i gadka na temat puszczenia Biegunki w albumie się nie kleiła. Po spotkaniu miałem jeszcze kilka godzin na śmierdzenie w stolicy, więc zadzwoniłem do Marcina Przasnyskiego - Martineza, byłego naczelnego "Secret Service", któremu rysowałem cartoony do jednego z "Kompendiów wiedzy" - książek dla graczy, czy nie chciałby pogadać, ot tak. Spotkaliśmy się w jakimś siermiężnym postpeerelowskim barze i w końcu temat rozmowy zszedł na komiks. Naszkicowałem mu werbalnie zarys Osiedla Swoboda, które chodziło za mną od roku, a on strasznie się zapalił, żeby to wydać. Od słowa do słowa rodziła się idea magazynu komiksowego. Miesiąc później razem z Andrzejem Janickim pojechaliśmy do Wawki z logo, szkicami itd., a po kolejnych dwóch miesiącach, w grudniu 1999 roku wyszedł pierwszy "Produkt", wydany jeszcze przez Independent Press, czyli oficynę Marcina Góreckiego - Gulasha, wydającego "NEO+", pisma dla graczy konsolowych, a wcześniej publicysty "Secret Service". Tak to się zaczęło.

Od początku istnienia "Produktu" drukowaliście wyłącznie komiksy polskich autorów, często podkreślając, że w tym po części tkwi jego wyjątkowość. Z drugiej zaś strony lwia część publicystyki dotyczyła komiksów zagranicznych. Skąd ten brak konsekwencji?

Och, gdyby Polacy wydawali tyle, że moglibyśmy poświęcić lwią część publicystyki na komiks PL, to byśmy tak zrobili. Jeśli ukazywało się coś rodzimego, pisaliśmy o tym w recenzjach, ale nie były to rzeczy warte artykułów na dwie, trzy strony, analiz itp. Teraz sytuacja się zmieniła. Gdyby "Produkt" się ukazywał, pisalibyśmy o Zychu, Rebelce, Frąsiu, Skutniku i wielu innych zdolnych bestiach. Dziś ukazuje się o wiele więcej polskich albumów niż wtedy, kiedy pismo wychodziło. Z drugiej strony to był okres, kiedy zachłysnęliśmy się ofertą Egmontu. Bisley, Ennis, Moore, Mignola, Miller to były nazwiska, przy których dorobek rodzimych twórców wypadał blado.

Osiedle Swoboda tym było dla "Produktu", czym jest lokomotywa dla całego składu. Komiks ten odniósł tak wielki sukces, że w bardziej cywilizowanym świecie byłbyś ustawiony do końca życia. Dlaczego więc najpierw stopniowo wycofałeś OS z "Produktu" (bawiąc się przez jakiś czas w poboczne epizody, które w coraz większym stopniu zatracały atmosferę pierwszych odcinków serii), a następnie wypuściłeś na rynek kolorowe zeszyty niemające nic wspólnego z klimatem starego OS?

Dunin-Wąsowicz pisał, że nie rozumiał decyzji zakończenia OS w "Produkcie", że zarżnąłem lokomotywę, a magazyn zaczął tracić czytelników, ale to był ogólnie dziwny okres w moim życiu. Zacząłem się troszkę buntować przeciwko komiksowi z powodów różnych, również materialnych, bo faktycznie - w cywilizowanych kraju żyłoby mi się wygodniej. Odwalałem niesamowitą robotę przy "Produkcie", pisałem scenariusze, artykuły, recenzje, rysowałem, redagowałem teksty, projektowałem loga, robiłem za speca od DTP, choć nie miałem o tym bladego pojęcia, siedziałem nad okładkami, to mnie kompletnie wykończyło. Ostatnie dwa lata pracy nad magazynem to już była praca z zaciśniętymi zębami i zrzucanie odpowiedzialności za komiksy na resztę zespołu. Ja byłem zadowolony z ich roboty, choć klimatycznie magazyn odchodził od korzeni, ale wiedziałem, że chłopaki też chcą się już bawić w zupełnie innej piaskownicy, niż ta na ulicy.

Z kolei zeszytowa seria była tak pomyślana od początku, że miała czerpać ze źródełka, jakim było OS, ale płynąc zupełnie innym korytkiem. To ja jako autor chciałem uciec od dosadnego komentarza rzeczywistości, skupiając się na czymś o wiele lżejszym - mainstreamowej historyjce z kopaniną, strzelaniną, badassami. Hardcorowi fani Osiedla odnieśli się do serii z dystansem, ale czytelnicy nieznający wcześniejszych odcinków chłonęli komiks z entuzjazmem. Do dziś na stronie Osiedla (wciąż nieukończonej) ludzie wpisują, że było OK i chcą więcej.

Większość drukowanych w "Produkcie" komiksów to tworzony w różnych konwencjach komiks obyczajowy, natomiast fantastyka pojawia się w ilościach śladowych, a i to najczęściej jako pastisz, parodia. Skąd w "Produkcie" taka awersja do komiksu fantastycznego?

Bo mam z tą fantastyką spory problem. Czytam Zelaznego, Adamsa, oglądam Wachowskich, Twohy'ego, Lucasa i jestem wniebowzięty, ale kiedy przychodzi do tworzenia w tym nurcie, to jedyne na co mam ochotę, to spuścić fantastyce spodnie. W "Produktowym", obyczajowym Osiedlu Swoboda pojawia się telepatia i duchy ("człowiek w pasiakach") tylko po to, aby złamać gatunek. Bo łamanie gatunku to mój konik. Nic na to nie poradzę.

To wynika także z mojego podejścia do fantastyki czy komiksu, jako rzeczy nie do końca poważnych. Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie, w ustach człowieka, który z komiksem jest tak mocno kojarzony, ale ja ogólnie życia nie traktuję zbyt poważnie, troszkę jak bohater Śniadania na Plutonie. Wszyscy wokół są strasznie spięci: praca, rodzina, problemy. A ja chcę tylko zapalić skręta (alkohol piję raz na jeden-dwa tygodnie, nie mam zdrowia do tej używki), odprężyć się, postawić kilka kresek na papierze, odpalić konsolkę i się zrelaksować.

"Produkt" wypromował kilka wspaniałych komiksów: Osiedle Swoboda, Wilq, Emilia, Tank i Profesor, Na sygnale, Pokolenia i wiele innych. Niestety, większość z nich nie zaistniała poza "Produktem", zaś kolorowe OS i Eryk poszły w zdecydowanie innym kierunku, niż to miało miejsce w "Produkcie" i odniosły raczej umiarkowany sukces. Dlaczego nie potrafiliście wykorzystać tego, że byliście na fali?

Z tym wykorzystaniem i falą to bym nie przesadzał. Po pierwsze: co tu wykorzystywać? Z całym szacunkiem dla Was - czytelnicy komiksów, ale jest Was garstka, która najwyżej wytworzy malutką piankę na Zalewie Koronowskim, a nie falę, na której surfingowcy łamią deski. Reszta społeczeństwa traktuje komiks jako hobby zdziecinniałych dorosłych lub coś wręcz niebezpiecznego dla zdrowia psychicznego. Pytam więc po raz kolejny, co tu wykorzystywać? Inną sprawą jest kariera rysownika lub grafika, tutaj ludzie z komiksowym widzeniem świata są potrzebni, dobrego rysownika agencja hołubi i pieści. Przynajmniej ja mam takie układy. Problem w tym, że większość tych prac nie wychodzi poza wąskie grono pracowników agencji. No i jest jeszcze sprawa bardzo prozaiczna, biznes i sztuka kręcą się w Warszawie, a większość PCrew omija stolicę szerokim łukiem, zamieszkując w bardziej przyjaznych środowiskach: Poznań, Olsztyn, Toruń.

Jedynym komiksem z "Produktu", który poza nim odniósł niezaprzeczalny sukces, jest Wilq. Może dlatego, że Minkiewiczowie robią dalej to samo co w "Produkcie" i choć mają swoje wzloty i upadki, to jednak seria ciągle trzyma wysoki poziom?

Bo Wilq to Wilq właśnie. To jest nasz Southpark, nasz Family Guy, nasze The Simpsons. W Minkiewiczów uderzył jakiś szatański piorun geniuszu komiksowo-marketingowego i już. I jest w tym cholernie dużo wyrachowania na najwyższym poziomie. Do tego trzeba się urodzić w Toruniu, wychować w Opolu i studiować w Krakowie. Gdzie mnie, robaczkowi z Bydgoszczy do takiej mieszanki?

O co chodziło z "P-luxem"? Oficjalnie mówiliście o potrzebie stworzenia bardziej ekskluzywnego pisma, ale nie widzę w tym żadnego sensu, gdyż komiksy z tego magazynu nie różniły się znacząco od komiksów z "Produktu"?

A według mnie różniły się znacznie. Tym bardziej że wiem, czym miał się stać "P-lux", a nie zdążył. To miał być typowo mainstreamowy magazyn z komiksami środka, Josephine miała przeskoczyć na stałe do "P-l", Parish miał się rozkręcić w fajną sagę. Wszystko na wzór takiego bardziej zjadliwego "Heavy Metalu". To miało być coś, po co sięgnie 40-letni Kowalski, aby się zrelaksować, tylko nie okrzepło i zdechło.

Z komiksem Parish jest chyba trochę jak z horyzontem. Wciąż się do niego zbliżasz, a komiksu jak nie było tak nie ma...

Bo to tak wielka historia, że boję się do niej usiąść. I nie do wydania w tym kraju. Właśnie stuknęło mi 29 wiosen i priorytety się pozmieniały. Nie mam zamiaru rzucać się na tak głęboką wodę, a potem nie mieć co do gara włożyć, bo Parish to sprawa na co najmniej dwa lata intensywnej i konsekwentnej pracy. Nie twierdzę, że dzień w dzień, ale życia zabierze sporo. I samo wydanie. Opcje są dwie: albo poszczególne rozdziały w zeszytach (kto to kupi?) albo w albumie, który ma 300 stron (i podobne pytanie). W Polsce to nie pójdzie, nie będę inwestował czasu w coś, co przeleci przez media komiksowe i inne w ciągu tygodnia, zostanie oplute przez fanów polskiego oldschoolu i miłośników amerykańskiej pulpy i docenione przez kilku starych wyjadaczy. Słowem - chromolę.

Po co ci Żbik?

Teraz już po nic. O ile przy pierwszym zeszycie bawiłem się tą konwencją, bardziej w główce i wśród przyjaciół niż na papierze, tak teraz, zasiadając z rzadka do pracy nad drugim zeszytem, dostaję odruchu wymiotnego. Ze Żbikiem jest jak ze starymi grami. Pamiętasz, że zagrywałeś się w takie Smash TV jako gówniarz na Amidze, że zabawa była lepsza niż na wieczorze kawalerskim kumpla ze striptizem, a potem ściągasz tę ramotę za około 15 zeta na swoją nową, wypasioną, next-genową konsolę, grasz kwadrans i zauważasz, że mechanika rozgrywki jest do rozbicia o kant tyłka, sterowanie ssie, a grafika wali pikselami w twarz jak pięści żula spod nocnego.

Na szybko spisane - 1 - 1980-1990Twój ostatni komiks Na szybko spisane nawiązuje do najlepszych osiągnięć Osiedla Swoboda. Prosta fabuła, tematy zaczerpnięte wprost z życia, interakcje międzyludzkie, trochę egzystencjalnej zadumy. Komiks to czy raczej "powieść graficzna"?

Dziwna sprawa z tym terminem. Zawsze uważałem, że został wymyślony, aby zrobić dobrze autorowi i krytykom, ale kiedy opowiadam lub piszę o Na szybko..., słowo "komiks" nie przechodzi mi przez gardło. Tak, jakby nie wyczerpywało tego, czym NSS jest dla mnie i jak zauważyłem, dla czytelnika również. W "Przekroju" napisali, że "to pierwszy polski komiks obyczajowy, dorównujący zagranicznym graphic novels" i coś w tym jest. Czy robię sobie dobrze? Pewnie tak.

Komiks ten czytałem dziecku do poduszki i potem przez pół godziny musiałem je przekonywać, że św. Mikołaj istnieje. W końcu ustaliliśmy, że autor komiksu musiał być niegrzecznym dzieckiem i dlatego prawdziwy Mikołaj przestał do niego przychodzić. Jak to jest, w jakim stopniu jest on komiksem biograficznym, a w jakim fikcją literacką?

Kilka miesięcy temu, napisałbym, że pół na pół. Teraz myślę, że już wszystko mi się pomyliło i precyzowanie tego, co jest, a co nie jest fikcją, jest ponad moje siły. Tak dużo rzeczy zostało w Na szybko... zmiksowanych, doprawionych i wyjętych z szufladek przeszłości tylko do połowy... Moja staruszka oburza się, kiedy czyta w recenzjach, jak krytyk identyfikuje narratora - bohatera - ze mną. Ja się nie oburzam, ale nie tędy droga. Także traktowanie NSS, jako manifestu pewnego pokolenia, to błędna interpretacja. Umówmy się, że to pamiętnik kogoś, kto nie istniał.

Osiedle Swoboda - 1Masz niewątpliwie dar opowiadania komiksem, ale jak na razie ograniczasz się do luźnych, czasem nawet niepowiązanych ze sobą epizodów. Nawet zeszytowe Osiedle Swoboda wyglądało jak jeden z epizodów z Czterech pokoi Tarantino. Najpierw dużo gadania, jakieś dygresje, skradanie się wokół głównego wątku i nagle ciach! Koniec i kropka.

Bo taka już moja natura. W komiksie działam impulsywnie, z doskoku, rzadko racjonalnie. Bardziej jak ekspresjonistyczny malarz, który podchodzi do płótna, aby przypieprzyć z pędzla niż cyzelować laserunkiem. Nie mam tej benedyktyńskiej cierpliwości i nie jestem tak konsekwentny jak rasowy twórca komiksów. Moje biurko nie wygląda jak biurko komiksiarza, nie otaczam się albumami z przydatnymi materiałami, narzędziami, piórkami, farbkami. Stąd moje konflikty z "rasowcami" typu Piotr Kowalski. Bo pytanie brzmi "po co?". Po co klecić dopiętą na ostatni guzik fabułę i po co wyrysowywać te legendarne już "plecy konia"? Dla kogo? Dla czytelnika? Sam jestem czytelnikiem i sikam na to, czy ten mercedes ma kółeczka w odpowiednim miejscu, czy bohater zachowuje się logicznie (w tym przypadku im bardziej autor pokręci, tym dla mnie lepiej). Dla mnie kierowca mógłby siedzieć okrakiem na wielkim znaczku merca i wiedziałbym, że jedzie tą, a nie inną marką. Z kolei dopięta fabuła z "rasowo" wyprowadzonym wstępem, akcją i zakończeniem w "rasowych" proporcjach nie pozostawia marginesu błędu, a według mnie to błąd definiuje piękno.

Zważywszy wszystko to, co powyżej, Na szybko spisane... jest jak najbardziej fachowym, pełnometrażowym albumem.

Masz na koncie sporo zaczętych komiksów, tworzonych zazwyczaj w formie odrębnych epizodów. Czy nie korci Cię, aby je jakoś sensownie zamknąć i wydać w formie albumów?

Nie licząc Żbika, którego nie traktuję jak moje dziecko, i Na szybko..., którego każdą część da się czytać, nie znając poprzedniej, to jedynym niedopiętym komiksem w tym momencie jest 8Bit publikowany w "Playu PC", a w tym przypadku "niedopiętość" tej historii jest jej najmocniejszą stroną. Inna sprawa z komiksami puszczanymi w "Produkcie". Osiedle Swoboda, Mondo & Dab, Biegunka czy wszystkie historie, do których napisałem scenariusz, a rysowane przez Myszkowskiego (Dren:Sirena, Strachy), Kurta (Gangsta, Gudrun), Dąbrowskiego (Ucieczka do miasta)... Tak, te rzeczy chętnie ujrzałbym w albumach. Choćby po to, aby skonfrontować ich "magazynowatość" z naturą czytelnika albumu. Oj, by się działo, tym bardziej że lubię warczeć i szczekać.

Żadna forma komiksowego wynaturzenia nie jest ci obca. Uprawiasz komiks satyryczny, fantastyczny, sensacyjny, obyczajowy... W jakiej konwencji czujesz się najlepiej?

W każdej i żadnej. To zależy jak mocno się czuję jako twórca w danym momencie, bo bywa, że patrzę w lustro i widzę totalną szmatę. Ale bywa i tak: mam ochotę na cyberpunka, zaczynam klecić historię i trzymam się kurczowo tego cholernego geniusza Gibsona, a potem się nudzę, zaczynam myśleć o tym ściąganiu spodni, więc sprawa zaczyna mnie bawić na nowo i w końcu zamiast rasowego przedstawiciela gatunku wychodzi kundel. Czy taki pies jest gorszy od szczeniaka z rodowodem? Wiem, że niektórzy przywiązują do tego wagę, ale dla mnie to przejaw snobizmu i braku wyobraźni.

Bears of War - 1 - Round 1Dość mocno zaangażowałeś się w komiks internetowy jako "środek systematycznego i szerokiego docierania do nowych czytelników". Czy darmowa publikacja komiksów w sieci nie jest przypadkiem zaprzeczeniem tego, co piszesz na swoim blogu: "pokazuję środkowy palec wszystkim tym złamasom, którzy za grafiki lub komiks chcą płacić uściskiem dłoni, gadką o autopromocji czy sławie, która czeka twórcę... kiedyś". Czy nie widzisz tu sprzeczności?

W takim wypadku pokazuję środkowy palec samemu sobie, bo sam się promuję za uścisk dłoni, tudzież komentarz pod pracką. Nie przesadzajmy, jeśli twórca ma ochotę pokazać gratis to, nad czym siedział kilka godzin, to przecież nie ma w tym niczego zdrożnego. I sprzeczności w tym żadnej nie widzę. Ogólnie komiks netowy to w Polsce dość przykra sprawa. Na palcach jednej ręki mogę policzyć rzeczy wartościowe, ludzi, którzy faktycznie pracują nad warsztatem. Dziwi mnie to, że komiks netowy żyje w zupełnym oderwaniu od papierowego, co więcej - część netkomiksiarzy traktuje wręcz wrogo twórców wydających na papierze, wieszając psy na ich kreskach. Jest to o tyle niezrozumiałe, że większość z nich warsztatowo jest tak daleko w tyle, jak 80-letni kolarz za czołówką peletonu Tour de France. Znów mi pewnie dopieprzą, ale co tam... Swego czasu śledziłem dyskusję na mój temat na forum Polskiego Centrum Webkomiksu. Jakiś typek, ksywka Godai, jechał sobie po mnie aż miło. Pomyślałem, że jak ktoś warczy tak hardo, to ma mocne korzenie, a zobaczyłem jedynie pokraczne proporcje, jechane prawdopodobnie ze zdjęć. Nawet nie chciało mi się szczekać, a jak wspominałem wcześniej - lubię.

No to teraz zupełnie z innej beczki.

Nie jest tajemnicą, że komiks uznanego polskiego autora, który sprzeda się w nakładzie większym niż 500 egzemplarzy, tu już hicior. W jakim więc nakładzie można sprzedać komiks początkującego rysownika? I czy powinien on pokazywać fucka wydawcy w sytuacji, gdy w naszych realiach sam koszt wydrukowania 40-stronicowego kolorowego albumu w formacie A-4 w cenie detalicznej 24 zł zwraca się po sprzedaży 300 zeszytów?

Pamiętam siebie sprzed dziesięciu lat. Wtedy dałbym się posiekać za album. Kurde, sam bym do niego dopłacił, żeby tylko się ukazał, więc nie dziwi mnie to parcie młodych na papier za wszelką cenę, za kasę, która starczy na gumkę i ołówek. To naturalne. Mieszkasz ze starszymi, lodówka pełna i jedziesz te kreski! Reszta jest nieważna. A potem latek przybywa i się okazuje, że w kwestii kasy zmienia się niewiele, a ty myślisz o tym, aby wylądować na swoim, choćby wynajętym pokoju. I wtedy rezygnujesz z komiksu, idziesz do agencji albo zostajesz wolnym strzelcem i napinasz storyboardy. I wtedy, jeśli jesteś rozsądny, pokazujesz wydawcy fucka i zajmujesz się życiem. Albo masz szczęście, jak ja, bo na komiksie zarabiam, odkąd skończyłem 17 lat, bywało lepiej lub gorzej, nigdy tragicznie. Dlatego nie jestem odpowiednim człowiekiem do odpowiedzi na to pytanie, ponieważ kaska z magazynów, z robótek dla agencji wyrównuje mi "straty", kiedy pracuję nad komiksem.

Fido i Mel - 1 - Na kozetceWspółpracujesz z pismami komputerowymi, w których puszczasz takie komiksy jak 8bit, czy Fido i Mel. Kilku innych polskich rysowników także publikuje w periodykach pozabranżowych, ale za to dysponujących kasą dużo większą niż nasz rachityczny rynek komiksowy. Ostatnio głośno też o dodatku do gry komputerowej w postaci komiksu o Wiedźminie. Może więc tu tkwi remedium na bolączki naszego rynku? Zamiast szukać wydawcy, może lepiej rozejrzeć się za szczodrym mecenasem?

Dla komiksiarza tutaj, w Polsce, to jedyna alternatywa, aby uprawiać zawód i nie zejść z głodu. Jeśli trafisz pod skrzydła dużego wydawcy, co się wiąże z dobrą stawką za planszę lub pasek, a naczelny pisma daje ci niczym nieograniczoną swobodę, to hulaj dusza, piekła nie ma. Oczywiście, do takiej pozycji dochodzi się latami. Tylko jedno nigdy nie dawało mi spokoju. Możesz mieć i z 50 tys. czytelników swojego komiksu w jakimś tam czasopiśmie, dla których rzecz z czasem robi się wręcz kultowa i piszą do ciebie, jaki to fajny komiks, bla, bla, bla. Po dwóch latach wydajesz zbiorczy album, którego objętość w jednej trzeciej to świeży stuff, w piśmie idzie reklama, a komiks i tak leży na półkach przez trzy lata, zanim się sprzeda w jakimś sensownym nakładzie. Nasuwa się pytanie, co się dzieje z tymi kilkudziesięcioma tysiącami czytelników, którzy zaczynali lekturę pisma od twojego stripa czy planszy? Ten naród zwyczajnie nie lubi płacić za tzw. kulturę. Wysoką czy niską - obojętnie. Słuchają radia i mają swoich ulubionych wykonawców, ale płyty nie kupią. Za to na darmowy koncercik - bardzo chętnie. Film obejrzą, a jakże, ale nie w kinie, tylko dołączony do magazynu lub gazety. Komiks? Świetna sprawa, dopóki jest w piśmie, za które już zapłacili, albo w internecie. Na album kaskę wydadzą tylko totalni maniacy (w liczbie 100) lub po prostu czytelnicy komiksów. Założę się, że gdyby te wszystkie gratisy nagle wyparowały, Polacy przestaliby słuchać, oglądać, czytać i żylibyśmy na kulturowej Saharze. Bo teraz to mamy tylko (lub aż) Pustynię Błędowską.

Gdy czytasz różnego rodzaju wypowiedzi czytelników, recenzje czy krytykę komiksów polskich autorów, w których dominujące jest kompletne niezrozumienie istoty omawianego przedmiotu, nie nachodzi Cię myśl, że rodzime komiksowe produkcje są niczym perły rzucane przed wieprze?

Często do krytyki polskich produkcji, szczególnie na netowych forach, biorą się ludzie czytający tylko wąski wycinek gatunku. Stąd rodzą się nieporozumienia i różne, dość ko(s)miczne oceny rodzimej twórczości, często krzywdzące twórcę. Komiks jest cholernie pojemnym medium, reprezentowanym przez mnogość stylów i gatunków. Pojęcie całości jest wręcz niemożliwe, dlatego należy być ostrożnym w swoich sądach, szczególnie na forach, które odwiedzają spece (co prawda też różnej maści), bo potem rodzą się pyskówki, z których nic nie wynika. Z drugiej strony nasz komiks nie jest najłatwiejszy w odbiorze, chyba nawet bardziej w grafice niż w fabule. Jako rysownik doskonale wyczuwam intencje innego rysownika i jestem bardzo otwarty na nową kreskę, styl. Ale większość narodu lubi rzeczy "ładne", a to zazwyczaj oznacza totalną stylistyczną miernotę. I porozumienia w tej kwestii nie będzie, dopóki czytelnik nie wyrobi się estetycznie. Tak - czytelnik. Oczywiście, w międzyczasie pojawią się rysownicy (kilku już nawet jest), którzy pięknie wyrównają do średniej krajowej, ale tzw. rzemieślników stawiam na równi z hydraulikiem i monterem telewizji kablowych. Niby nic zdrożnego, praca jak każda, ale ja takiego komiksu nie kupię, bo nie znajdę w nim nic, co mnie potelepie.

Z jednej strony deklarujesz niechęć do środowiska komiksowego, do poklepywania się po plecach i innych tego typu czynności środowisku owemu właściwych, z drugiej zaś jesteś chyba największym środowiskowym pieszczochem. Ukazaniu się zeszytowego Osiedla... towarzyszyła akcja medialna niemająca swojego odpowiednika w komiksie polskim: seria artykułów w wysokonakładowej prasie, TV, nawet recenzje w opiniotwórczym tygodniku, zanim komiks się ukazał. Gdyby nie środowiskowe układy, Twój wydawca na taką promocję musiałby wydać majątek. To jak to z tym właściwie jest?

Tak z tym jest, że są to inicjatywy oddolne. Ja ich nie inspirowałem ani tym bardziej, he, he, Banan - mój wydawca. Ale wiesz, pieszczocha łatwo potem z kolan zrzucić, co mnie poniekąd spotkało po chłodnym przyjęciu serii OS przez... No właśnie. Środowisko. To jest jakaś efemeryda, rosnąca dwa razy do roku podczas konwentów lub większej pyskówki na forum Gildii. Nic więcej. Ani to jakoś skonsolidowane, ani zbytnio o ten komiks walczące. Taka grupka ludzi: kilku fajnych, kilku wypłoszy, kilku, z którymi rozmawiam i się męczę. Większości przecież nawet nie znam, imię, ksywka, że coś napisał, coś zrobił, często nie pamiętam co, myli mi się, wtedy się uśmiecham, żeby komuś się przykro nie zrobiło. Przecież ja tu sobie siedzę w tym Toruniu praktycznie sam jak palec, pogadam czasami na GG ze starym Pcrew, pogram w Wipeouta z Simsonem, poszczekam na Gildii, ale rzadko. Czy to jest jakieś środowisko?

No cóż, na bezrybiu i rak ryba :) Środowisko komiksowe wydaje się pozornie podzielone, lecz jak to ujął Jerzy Szyłak w jednej z pyskówek na Gildii, kieruje się silnym poczuciem solidarności zawodowej, zaś publicystów z sitwy dość łatwo rozpoznać, gdyż nawet gdyby pisali o wzwodzie Spidermana, to i tak ni z gruchy ni z pietruchy podadzą przykład Mausa jako komiksu poruszającego ważne i trudne tematy.

Tym publikacjom w prasie, kiedy wypływa Maus, to ja się za bardzo nie dziwię. To chyba jedyny komiks z poważniejszego nurtu, który jakoś tam się przebił do świadomości tego zakompleksionego narodu, więc jeśli wytaczać jakieś działo, to chyba tylko to. Polakowi, co właśnie wstał i ogląda w "Kawie czy herbacie" np. Śmiałkowskiego rozprawiającego o komiksie, nic nie powiedzą tytuły najlepszych nawet zachodnich komiksów, ale kiedy słyszy Maus, to potrafi postawić uszy na sztorc, bo coś się tam po tej łepetynie wtedy kołacze ("A nuż Niemiec znów nam w twarz... I Żyd!"). Jestem ciekaw, kto czyta recenzje komiksów w takim np. "Przekroju"? Pewnie tylko albumowcy, aby potem móc nabić sobie posta w temacie "O komiksach w mediach".

Czy Ucieczka do miasta jest tym, co chciałbyś powiedzieć rzeszy sfrustrowanych trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy odpadli z wyścigu szczurów?

U, la, la. Przecież to są szorty o świrach, którzy za bardzo pokochali jedno prozaiczne zajęcie, a w takim wyścigu nawet nie wystartowali, bo nie mieli o nim pojęcia.

Jesteś jak doktor Jekyll i mister Hyde. Z jednej strony tworzysz świetne komiksy, z drugiej zaś grasz w gry komputerowe i nie widzisz w tym nic złego ;) Czy takie połączenie zainteresowań zaowocuje w przyszłości czymś więcej niż komiks Bears of War, na przykład jakąś autorską grą komputerową?

Dobrze, że to mrugnięcie okiem pojawiło się pod koniec drugiego zdania. Ja wiem, że gry w Polsce traktuje się jedynie odrobinę lepiej niż komiks, a media potrafią przypieprzyć z partyzanta tekstami typu "człowiek myślący potrafi sobie znaleźć inteligentniejszą rozrywkę" (TVN Fakty), ale to wynika tylko z naszego zacofania. Gra cały świat - na komputerach osobistych, konsolach, komórkach, gry dzielą się na dziesiątki gatunków, podgatunków. Niektóre szczycą się udziałem najlepszych aktorów tej planety (w sesjach motion capture, dubbingu czy wręcz użycia całego wizerunku). Ninja Theory, dłubiące właśnie dla Sony Heavenly Sword dostało od producenta ekipę dźwiękową odpowiedzialną za Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka, bo poprosiło. Budżety produkcji największych tytułów są porównywalne, a czasami nawet większe niż hajtekowych amerykańskich produkcji. A tutaj wyskakuje jakiś polski polityk chorej opcji i zaczyna ględzić, i nie ma pojęcia, o czym ględzi, i żałość, wiocha i słoma z butów wyłazi. Dla mnie człowiek, który w dzisiejszych czasach nie gra i się tym chełpi, jest kulturowym półanalfabetą, jest to porównywalne z wyznaniem, że się nie czyta książek. No, wypstrykałem się.

Chciałbym, żeby kiedyś moje zainteresowanie grami zaowocowało czymś poważniejszym, dlatego tak bardzo kibicuję Truścińskiemu i CD Projekt RED w pracy nad The Witcher, czyli grze opartej na książkach Sapkowskiego. Jeśli jakiejś grze, w dodatku z Polski, obrywa się dwa (!) razy od Penny Arcade, to coś jest na rzeczy. Co prawda były już szpile oparte na rodzimych komiksach, Kajko i Kokoszu oraz Tytusie i nawet zagrałem w demówki na PieCu (a nienawidzę grać na PC), to jednak były to crapy straszliwe, platformówki na słabiutkich silnikach, z fatalnymi modelami postaci i z drewnianym sterowaniem. Gra oparta na jakimś moim komiksie byłaby pozbawiona tych wad, bo, kurde, wiem, na czym polega dobra gra wideo, he, he.

Czy Twoim zdaniem papierowy komiks przetrwa w dobie mediów elektronicznych?

Czy ja wiem? Niby płyta CD nie zabiła winyla, a internet nie zabił gazet. O ile czytanie w sieci komiksów dłuższych niż strip jest dla mnie męczarnią, to obcowanie z twardookładkowym albumem komiksowym jest drogą krzyżową. Kto to wymyślił? Takie draństwa powinny lewitować przed oczami i same przewracać strony. Szczególnie za taką cenę. Serio mówiąc, najlepsze netowe komiksy i tak dążą do tego, aby wylądować na papierze, więc chyba nie ma się czym martwić.

Magazyn fantastyczny - 11 - (2/2007)

Redaktor naczelny: Robert Zaręba
Wydawnictwo: Robert Zaręba
Rok wydania polskiego: 11/2007
Liczba stron: 100
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: kioski, saloniki
Cena z okładki: 8,99 zł
Materiały powiązane:

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus