Wywiad z Jakubem "Demem" Dębskim - "W świecie Demlandu rzeczy dzieją się bardzo szybko"

Autor: Aleksander Krukowski
7 maja 2014

Aleksander Krukowski: Wciąż mówi się o złym stanie rynku komiksów w Polsce. Narzekają twórcy, narzekają wydawcy, narzekają czytelnicy. I w tym rynkowym marazmie pojawiasz się nagle ze swoim niezależnym wydawnictwem, w którym publikujesz i - z powodzeniem - sprzedajesz swoje komiksy, w nakładach rzędu 1000 egzemplarzy. Okazuje się, że Polacy jednak chcą czytać komiksy, że są w stanie za nie płacić, że nie ściągają ich z internetu, nawet jeśli sam autor je udostępnia w tej czy innej formie. Czy to znaczy, że problem polskiego rynku nie leży w jego ekonomii a jakości tego, co się wydaje?

Jakub "Dem" Dębski: Na ten temat już chyba powiedziano wszystko. W niekomiksowym portalu pewnie by mnie spytali "jak ty to robisz, że sprzedajesz te komiksy w DOBIE KRYZYSU?". Nie ma żadnego kryzysu. A jak jest, to dlatego, że wszyscy mówią, że jest kryzys. Jak rynek komiksowy będzie płakał, że komiks umiera, to nikt komiksu nie kupi - bo po co inwestować w trupa?

W przypadku komiksu mamy prostą sytuację - sprzedają się rzeczy znajome, a w Polsce nie mamy wielu znajomych. Kaczora Donalda kojarzy każde dziecko, więc każde dziecko go kupi. Starzy ludzie kupią Tytusa, bo znają Tytusa. Wilq i Jeż Jerzy pójdzie nie przez znajomość marki, a przez znajomość rzeczywistości. Komiks japoński też przecież ruszył przez popularność telewizyjną Sailor Moon i Dragon Ball. Przez charakterystyczność japońskiej kreski popularność rozszerzyła się na inne serie.

A poważny komiks, komiks artystyczny, komiks autorski, komiksowy reportaż? Nie było, więc nie ma. To jest obce.

W ogóle nie wiem, czy istnieją jakiekolwiek grupy artystyczne, które nie płaczą, że ich rzecz umiera. Pisarze książek, aktorzy teatralni, ktokolwiek. Wszyscy poważni artyści jadą na tym samym wózku.

Typowa dziś tendencja, obejmująca nie tylko komiksy ale i część różnego rodzaju magazynów, prowadzi od wersji papierowych, do cyfrowych. Coraz niższe nakłady i wysokie koszty druku sprawiają, że dużo tytułów przenosi się do sieci i rezygnuje z papierowej formy. Twoja historia jest odwrotna: zaczynając od wersji cyfrowych swoich komiksów, zacząłeś je drukować. Skąd taki zwrot?

To bardzo naturalna droga moim zdaniem i nawiązuje do tego, że sprzedają się rzeczy znajome. Komiksy w internecie tworzę od 2004 roku. Powoli przez te lata zbierałem czytelników. Kiedy przeglądasz jakiś komiks internetowy stale przez 5 lat, możesz chyba śmiało zacząć mówić, że jest częścią twojego życia. Nie widzę lepszego powodu do wydania pieniędzy. A ja dotarłem akurat do momentu w swoim życiu, kiedy musiałem się zacząć sam utrzymywać.

Aby wydawać swoje komiksy, założyłeś własne wydawnictwo. Co stało za tą decyzją? Czy chodziło o niezależność? Czy miałeś problemy ze znalezieniem wydawcy ze względu na brutalne albo wulgarne treści?

Nie pamiętam, żebym pisał do jakiegoś wydawcy. Nie pamiętam, żeby jakiś wydawca kiedyś do mnie napisał.

Po pierwsze, nie sądziłem, żeby ktoś to potraktował poważnie. Ogólnie ludzie mi to odradzali i mówili, że nakład powinienem ograniczyć do 200 sztuk, żeby mi nie zalegało. Że "te dzieciaki w internecie nigdy za nic nie zapłacą, a oglądalność w internecie się nie przekłada na papier i że ZJEDZĄ CIĘ TAM, CHŁOPIE".

Po drugie to wydawało się najlogiczniejszym wyborem. Jako, że przyszedł czas zarabiać faktyczne pieniądze, nie mogłem się bawić w półśrodki. Do tego wiedziałem, kto jest moim targetem - ludzie, którzy czytają mój komiks. Po co mi wydawca, jeśli mam bezpośredni dostęp do nabywców?

Wydawane przez Ciebie zeszyty stały się okazją do rozwinięcia komiksowej formy. Peryferie kosmosu to już nie pojedyncze plansze, ale cała historia ze spójną fabułą. Jak pracuje Ci się z taką formą? Jakie nowe możliwości stwarza?

Jestem fanem historii o ogromnym zasięgu - bycie bogiem, odkrywanie tajemnic wszechświata, epidemie, polityka. Komedia, moim zdaniem, zbyt często dotyczy jednostek i zabawności znajdowanej w codziennych sytuacjach. A wystarczy oddalić trochę widok i spojrzeć na miasto, państwo czy całą naszą planetę. Dłuższe formy to dla mnie dobra okazja do takiej zabawy. Przy okazji lubię zamieszczać też przesłania i widzieć w swoich tworach odbicie swoich własnych poglądów. Wiele osób tego nie zauważa, ale to zupełnie nie jest problem - te opowiastki to rozrywka przede wszystkim, a na drugim miejscu coś do myślenia.

Bossi i Bosso, Gothads i Roboty D19 i B20 to komiksy, do których pisałeś scenariusz, ale rysunki wykonywali inni (kolejno: Vigor, Spellcaster i Bele). Od 2010 roku praktycznie działasz w pojedynkę. Czemu rzuciłeś kooperatywę?

Mam swój własny proces tworzenia komiksu - tworzę planszę na bieżąco, improwizując, a potem usprawniam ją zamieniając kadry miejscami, podmieniając teksty, zmieniając lekko wyrazy twarzy. Jestem przede wszystkim reżyserem, nie scenarzystą. Oddając kontrolę rysownikowi pozbawiam się większości procesu twórczego. Jasne, rysownik może mi podsyłać szkice do akceptacji, ale mi chodzi o drobiazgi, które czasem wyjdą dopiero w tuszu. Mam swój własny feel, co jest zabawne, a co nie. Ale w życiu bym nie umiał powiedzieć rysownikowi, że potrzebuję czegoś inaczej - bo poza moim "feelem" nie mam żadnego argumentu.

Z osób z którymi współpracowałem, Tomasz Grządziela i Igor Wolski dzielą chyba najwięcej tego poczucia. Liczę, że uda mi się z nimi popracować w przyszłości, ale póki co skupiam się na swoim, bo to mi daje radość i swobodę.

Wydaje mi się, że ostatnie plansze publikowane na Twojej stronie są w nieco łagodniejszym tonie. Mniej w nich wulgarnej dosadności, mniej przemocy. Podobnie zeszyt Atlas zwierząt jest "przyjazny dzieciom". Czy to świadomy zwrot?

Tak, od dawna odcinam sobie skróty do humoru. Od zawsze unikam tematów seksu, naszej polskiej polityki czy innych fekaliów, bo to są banalne drogi, wielokrotnie już wydeptane. Okazało się, że nadal jest zbyt łatwo, więc w ostatnim czasie coraz bardziej odcinam wulgarność, zarówno w filmikach, jak i komiksach. Nie planuję z nich rezygnować, bo nadal uważam, że celna "kurwa" potrafi w zdaniu zdziałać cuda, ale jak wszyscy tutaj pewnie wiemy, z wielką mocą powinna wiązać się wielka odpowiedzialność. Co do przemocy, zarówno fizycznej jak i słownej, to w dużej części przestała mnie bawić. W swoich tworach często unikam też gier słownych i memów.

Eksploatujesz nowe media, jak tylko się da - publikujesz w internecie komiksy, które później trafiają na różne serwisy, nagrywasz filmiki rozmaitego rodzaju, gameplaye, animacje, podcasty. Czy przywiązujesz się do którejś z tych form bardziej? Czy to wciąż działalność "po godzinach", czy też pełnowymiarowa, "etatowa" działalność? Czy czujesz się internetowym celebrytą i czy sama sieć nie jest (nomen omen) ograniczająca?

Działalność filmowa jest dla mnie równie ważna, jak ta komiksowa. Wszystko powstaje pod szyldem Demland i jest częścią mojej pracy, którą jest po prostu tworzenie (no, tak mówię, ale pewnie minimum połowa tego czasu to sprzedawanie, maile, prowadzenie działalności, dodawanie linków, tagowanie, research, komenty i inny tego typu syf). Opowiadam historie i szukam różnych form, by to robić. Ostatnio zacząłem prowadzić codzienny zwykły vlog. Okazuje się być ciekawą formą - bardzo wyzwalające jest to, że można codziennie mówić na kompletnie inny temat niż poprzednio, wystarczy mieć coś do powiedzenia! Myślałem, że takie coś nie ma prawa istnieć, ale jakoś się te Kinder Niespodzianki nadal na rynku trzymają.

Masz prawie 50 tysięcy fanów na FaceBooku i dwa razy tyle subskrybentów na YouTube'ie! To imponująca ilość. Czy trafiając do tak szerokiego grona odbiorców, czujesz się za nich w jakiś sposób odpowiedzialny? Dostajesz masę listów od widzów i czytelników, duża część z nich wpisuje się w humorystyczną konwencję Twoich filmików, ale zdarzają się pytania dość poważne – w jednym z listów fan prosił Cię o radę w wyborze kierunku studiów. Jak do tego podchodzisz?

Haha, nie, nie czuję się odpowiedzialny. To nie jest tak, że zapisali się do mojego kościoła i to jest ich całe życie. Ci ludzie poza moim kanałem na YouTube śledzą pewnie jeszcze 10-50 innych. Może znajdą się tacy, którzy uważają mnie za guru, ale podejrzewam, że to jacyś schizofrenicy i autyści. Są tacy, którzy słuchają szczerze tego, co mam do powiedzenia, ale traktują to z przymrużeniem oka. Myślę, że ogromna większość piszących to ludzie, którzy starają się wpisać w listach w mój humor. Rzecz w tym, że uważam, że temu od kierunku studiów czy takiemu, który pyta o pogodzenie się ze śmiercią, lepiej to wpisywanie się wychodzi, niż tym, którzy piszą śmieszny liścik z żartami. Poważny temat ma większy potencjał do stania się czymś faktycznie zabawnym. A jeszcze fajniej, jak nie stanie się zabawny - nie ma nic śmieszniejszego niż wisielczy nastrój pojawiający się nagle w filmie humorystycznym.

W jednym odcinku Ogarnij się powiedziałeś, że Polacy śmieją się ciągle z tych samych, niespecjalnie wybrednych rzeczy, i inteligentny humor do nich nie trafia. Czy w takim razie chcesz śmieszyć swoimi komiksami ten mało wymagający ogół? Czy masz nadzieję na dotarcie do bardziej wymagających czytelników? Masz pomysł na przełamanie tego impasu?

Ogarnij Się to improwizowana seria humorystyczna i był to mój duży skrót myślowy. Polska czy nie, większość ludzi na świecie śmieje się z tych samych rzeczy, z których śmiali się 1000 lat temu. I nie chodzi mi tylko o łapanie "inteligentnego" humoru, bo nieczęsto swój za taki uważam, a humoru podawanego w innej formie, traktującego o innych tematach.

Ja kilka lat temu zwróciłem się w kierunku Ameryki. I stamtąd wyniosłem humorystyczne cuda. Twórcy tacy jak Tim Heidecker, Christopher Guest, Anthony Clark, KC Green, Andy Kaufman, Gregg Turkington, Jon Benjamin, Loren Bouchard, Adam Reed. Te nazwiska to komicy, rysownicy, reżyserzy. Młodsi i starsi. Każdy z nich wpłynął w jakimś stopniu na moją twórczość. A jest tego dużo więcej.

I nie jestem jakimś wielkim fanem Ameryki. Procentowo jest pewnie tak samo wielu głąbów, jak wszędzie indziej. Ale ilościowo ten inteligentny procent robi ogromną różnicę. W Polsce coś polubi 100 osób. W USA ten sam procent to jakieś 800 osób. A nie zapominajmy o tym, że po angielsku mówi jeszcze cała Europa i kawałek świata! Stąd im jest dużo łatwiej stworzyć coś ryzykownego i nowego. Niczyja w tym wina.

Czy wobec tego planujesz jakieś anglojęzyczne próby?

Miałem kilka prób przebicia się z czymś anglojęzycznym, ale tam konkurencja jest naprawdę wielka, a ja jestem nieco okaleczony przez to, że nie jestem native speakerem. Mimo, że nie mam problemu z odbiorem informacji w tym języku, ciężko mi tworzyć po angielsku – zwłaszcza rzeczy śmieszne. To bardzo frustrujące, bo dobrze rozumiem, co mnie śmieszy, ale zamiast żartów wychodzą mi kaleki.

Na razie skupiam się na Polsce. Fakt, że już mam tutaj popularność pozwala mi na eksperymenty bez zagrożenia, że zaraz nie będzie co jeść. Teraz zacząłem tworzyć serię codziennych vlogów i zachwyca mnie ta luźna forma. Do tego została bardzo pozytywnie odebrana przez widzów. Co do komiksów – w tej chwili nie wiem jeszcze, o czym będzie mój kolejny albumik. Możliwe, że będę wiedział jutro. Albo za tydzień. W świecie Demlandu rzeczy dzieją się bardzo szybko, więc staram się w wywiadach nie mówić za wiele o swoich planach.

Peryferie Kosmosu

Scenariusz: Jakub Dębski
Rysunek: Jakub Dębski
Wydawnictwo: Demland
Rok wydania polskiego: 3/2014
Liczba stron: 28
Format: A5
Oprawa: miękka
Papier: offsetowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: własna, sklepy specjalistyczne
ISBN-13: 978-83-937057-6-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 5 zł


blog comments powered by Disqus