Wywiad ze Zbigniewem Kasprzakiem - "W komiksie może zdarzyć się wszystko!"


Wywiad przeprowadzili: Tomek Krasnowolski i Michał Gałek przy pomocy całego KKK.

*   *   *

"Możecie mi po imieniu mówić - Zbyszek w końcu jestem. To jest nasze świetne środowisko, środowisko komiksu. Są ludzie, którym odbija i każą się mistrzami tytułować. Ale komiks jest sztuką (jeśli jest to sztuka), jest to działanie blisko ludzi, blisko publiczności. Generalnie są to ludzie przesympatyczni, bardzo prości, często z ogromnym poczuciem humoru. Stąd atmosfera festiwali, wszelkich imprez jest znakomita!"

Rzeka, potok słów. Zbigniew Kasprzak posiada niezwykłą umiejętność nieustającej, ciągłej a przy tym bardzo różnorodnej konwersacji. Spróbujmy zaczerpnąć z tego źródła komiksowej wiedzy i wieloletnich doświadczeń europejskiego rysownika.

O początkach fascynacji gatunkiem

Dla mnie komiks to było dość późne odkrycie. Pierwszy kontakt - Lucky Luke drukowany w Na przełaj w latach sześćdziesiątych. Tamto harcerskie pismo robiło dobrą robotę - lansowało muzykę rockową i nawet usiłowało to samo robić z komiksem. Pamiętam, że zbierałem, wycinałem odcinki właśnie Lucky Luke 'a, który zafascynował mnie zupełnie. To komiks humorystyczny, znakomicie rysowany przez belgijskiego autora - Morrisa. Ale poza tym nie miałem żadnego kontaktu z komiksem; nie mogę powiedzieć, że wychowałem się na komiksie. Nie wiem, czy ktokolwiek urodzony w ówczesnej Polsce mógłby tak powiedzieć, chyba jacyś szczęśliwcy. Nie było przecież żadnego rynku komiksowego. Owszem, było parę osób, które próbowały rysować. Naprawdę stykałem się z komiksem bardzo sporadycznie. Byłem zachwycony tym, co widziałem, choć widziałem bardzo niewiele. Teraz wyobraźcie sobie, jak silnie musiało to działać na wrażliwe plastycznie dziecko. Komiks odkryty stosunkowo późno wybuchł we mnie ze zdwojoną siłą. To był dla mnie nowy świat; nieznany obszar artystyczny łączący różne dyscypliny. Bo komiks stoi na pograniczu różnych światów. A ja odkryłem go dla siebie jako zupełnie nowy, bardzo silny środek wyrazu.

O Gillonie w Pegazie

W latach siedemdziesiątych w Pegazie, pokazano kilkuminutową informację o postaci, która była kamieniem milowym w rozwoju komiksu - Paul Gillon. Przemknęło się to jako ciekawostka z Zachodu (rozpoczął się wtedy wielki boom komiksowy) - pokazano Gillona, pracującego w swojej pracowni: I to był dla mnie jakiś stymulujący moment: jest malutki facet przy ogromnej planszy rysujący szaleńczo! To jest jedyny człowiek, który robi tak wielkie plansze.

O Relaxie

A potem, długo nic. Pojawił się Relax. I wtedy nawiązałem pierwszy kontakt; wysłałem prace na konkurs... który jak się okazało był, ale rok wcześniej! Pamiętam ten ostatni dzień; trzy plansze wysłałem, data stempla pocztowego, ulga, że zdążyłem... Parę dni później przychodzi list: "Brawo! Wygrał pan konkurs". A ja płonąłem ze wstydu, bo następnego dnia jeszcze raz przeczytałem tę zapowiedź. To był numer sprzed roku. Ale oni zaproponowali mi współpracę. Nigdy to się jednak nie ukazało w Relaxie. To, co narysowałem wtedy dla Relaxu, zostało wydane później przez Krajową Agencję Wydawniczą w formie osobnych zeszytów.

O pracy dla "Agencji"

Nie pamiętam wszystkich tytułów. Rysowałem trylogię na temat wielkich odkrywców: Krzysztof Kolumb, Magellan i chyba Kapitan Cook. Narysowałem dużo krótkich historii. To była szansa rysowania, uczenia się komiksu i to było fajne. Z rozrzewnieniem wspominam wszystko, co wtedy wyprodukowałem. Bardzo efemerycznie, bardzo sporadycznie, ale jednak komiksy wydawali. To były bardzo duże nakłady (Rzędu 100000, 200000 egzemplarzy); przyznaję szczerze, że jest moim marzeniem mieć takie na Zachodzie. Mam wielokrotnie mniejsze i zadawalam się tym, bo są to już bardzo dobre wyniki... natomiast to był takie lata, że komiks rzeczywiście się sprzedawał. Nie mieliśmy ani grosza z praw autorskich, płacono nam od planszy i od ewentualnego wznowienia. Na zachodzie jest niewiele serii, które przekraczają dwieście tysięcy egzemplarzy. Moi koledzy rysownicy z Belgii czy Francji padają z wrażenia, gdy mówię, że miałem już w życiu dwieście tysięcy egzemplarzy! Ale natychmiast dodaję, że nie miałem ani centa z praw autorskich.

O komiksie w PRL-u

skan1 Czy bycie rysownikiem w PRL-u wiązało się ze sławą, z prestiżem? Prędzej ze złą sławą, ale był też moment bardzo dobry. Było parę takich lat, kiedy czuliśmy, że to się rusza i idzie w górę. Było widać znakomite postępy u młodych rysowników, przybywali ciągle nowi ludzie. Do Relaxu, a później do Krajowej Agencji Wydawniczej przychodziły listy. Działalność wydawnictwa "Sport i Turystyka" (publikacje m.in. Kapitana Żbika, Kapitana Klossa - KKK) była podyktowana prawdopodobnie tylko i wyłącznie chęcią zysku, ponieważ to się świetnie sprzedawało. Źle sprzedające się inne pozycje, książki podpierały się komiksem. Później pojawił się miesięcznik Fantastyka, który bardzo serio zabrał się do komiksu. Tam miałem okazję zrobić taki troszeczkę antykomiks z nieżyjącym, niestety, świetnie się zapowiadającym młodym autorem literatury science fiction Andrzejem Krzepkowskim. Komiks nazywał się Człowiek bez twarzy, szalona, groteskowa, zupełnie odjazdowa historia! (za zgodą autora od tego numeru KKK, patrz str. 9 - KKK) To ukazało się w odcinkach jakoś między jednym a drugim Funky Kovalem Bogusia Polcha. Wydawnictwa zaczęły mieć kłopoty i w którymś momencie zostaliśmy na lodzie. Wtedy szczęśliwie dla mnie pojawiła się szansa na Zachodzie.

Trzy generacje

Gdy pada pytanie w mediach zachodnich, mówię że są już trzy generacje rysowników w Polsce. Chmielewski, Janusz Christa, nieżyjący Jerzy Wróblewski to są nasi seniorzy. My, ich następcy, (jest różnica kilkunastu lat między nimi a nami - drugą grupą): Skrzydlewski, Mleczko (on nigdy się jednak nie identyfikował z komiksem; nie wrzucajmy wszystkiego do jednej szuflady), Jerzy Skarżyński, który chadzał swoimi drogami (ale wspierał nas moralnie i intelektualnie!), Tadeusz Baranowski... było nas kilkunastu. Nastąpił przełom polityczny i niestety załamał się rynek wydawniczy. Komiks ucierpiał na całe lata, a potem o dziwo zauważyłem, że jednak zaszczepiona gdzieś tam komiksomania dała owoce. Teraz jestem szczęśliwy, że widzę fanów komiksu siedzących tutaj ze mną.

O komiksie na Zachodzie

Komiks nigdy nie miał się na Zachodzie tak dobrze, jak w czasach obecnych. W latach siedemdziesiątych nastąpił boom, który trwa do dzisiaj. Boom niewiarygodny. Przecież Moebius i jego koledzy (czwórka "Młodych gniewnych") sami założyli pismo Metal Hurlant i wydali własnym kosztem. Oni byli zarażeni tym bakcylem, kiedy we Francji oglądano komiks troszeczkę z rezerwą, z dystansem. I właśnie ci czterej artyści dali komiksowi zupełnie nowe życie. Komiks francuski wyskoczył w ciągu paru lat na niewiarygodny poziom. I dzisiaj komiks to jest sztuka, jeśli nie hołubiona, to traktowaną na równi z innymi dyscyplinami. Na wszystko jest miejsce w kulturze. W którymś momencie, zdaje się w latach osiemdziesiątych, nastąpiło nawet przegrzanie koniunktury. Była to wina wydawców, którzy chcieli robić niewiarygodne pieniądze. Zalali rynek złą produkcją. W tej chwili trwa sprzątanie na całym rynku zachodnim, wydawcy są dużo ostrożniejsi. Dlatego niestety maleją szansę młodych rysowników. Nie kupuje się tak dużo i tak chętnie nowych pozycji, ciągnie się raczej serie wypróbowane; rysowników, którzy - powiedzmy - gwarantują publiczność. Myślę, że w Polsce można wywołać artystycznie pewien ferment i prąd, który może być przeciwwagą dla troszeczkę już kostniejącego (obym się mylił!) systemu na Zachodzie. To jest maszyna, która działa świetnie, ale w którymś momencie może się zatrzeć. Wszystkie maszyny się zużywają.

Komiks zamiast domu

Wydawcy na Zachodzie mogą wyeliminować coś bardzo cennego. To znaczy ktoś, kto ma coś do zaproponowania może przepaść. Znam autorów, którzy wydają własnym nakładem (zamiast budować dom), którzy biorą kredyt z banku żeby wydać własny album (chociażby czarno-biały, bo nie stać ich na kolor)! Naprawdę poznałem kilka takich osób, m.in. przeuroczą młodą rysowniczkę, która wzięła na siebie takie ryzyko, zadłużyła się w banku, żeby wydać swój komiks. I ona sama go rozprowadza, zajmuje się dystrybucją, sprzedażą. Teraz zainteresował się wydawca, więc może przynajmniej odzyska włożone koszta, nie straci wiary w siebie.

O bezdusznej machinie edytorskiej

Machina edytorska na Zachodzie jest dość bezduszna, przyznaję szczerze. Mój wydawca ogląda wnikliwie piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści projektów, żeby żadnej perły nie przegapić, ale odrzuca oczywiście 99% tygodniowo. I w efekcie zostają serie, które się sprzedają - taki jest ten świat. Ale jest na przykład młody rysownik rosyjski, który po prostu przyjechał z Moskwy z teczką pełną gotowych plansz zadzwonił do wydawcy, i dostał prawie natychmiast swoją szansę. Nazywa się Jurij Żigunow i to nazwisko będzie na pewno znane. Już zrobił mały szum w tym światku i będzie to wspaniały rysownik, jeśli mu się noga nie podwinie. Więc zdarzają się cuda. Ale generalnie drzwi są prawie zamknięte.

O Festiwalu w Sierre

Ja miałem jednak, trzeba przyznać, łatwiej i to dzięki Grzegorzowi Rosińskiemu. To Rosiński był tym człowiekiem, który otworzył Szwajcarom oczy na polski komiks. To on nas poprosił o przysłanie prac, które dosyć zainteresowały Szwajcarów. Oni przyjechali do Polski i zauroczyli się Krakowem i Polakami - rysownikami. Na miejscu dokonali selekcji wybrali naszą grupę, która pojechała na festiwal do Sierre. Wspaniale przyjęci (jest to jedno z moich najmilszych wspomnień) mieliśmy wystawę zatytułowaną "Polska - gość honorowy". Bardzo duży szum w mediach... wróciliśmy w glorii do Polski.

O pracy z Rosińskim

I wtedy Grzegorz Rosiński zaczął przebąkiwać, że nie jest w stanie ciągnąć dwóch serii, które muszą ukazywać się regularnie; Thorgal szedł wtedy tak gwałtownie w górę, że Rosiński miał ochotę wycofać się z serii Yans. Mówił mi: "No popatrz, masz taka ciepłą kreskę, dosyć podobną do mojej" i... zaproponował mi przejęcie tej serii. Przyjechałem do Brukseli i zaprezentowałem się u wydawcy z próbnymi planszami. Oczywiście oni byli ZA - Rosiński przyprowadził im człowieka, który jego zdaniem był właściwy , żeby go zastąpić. Narysowaliśmy razem (jeśli można mówić o współpracy) piąty album Yansa - Prawo Ardelii. Strasznie zasuwaliśmy, bo to jest bardzo pracowity człowiek. On potrafi rysować od rana do nocy, z małymi przerwami, jeśli trzeba. Rysowaliśmy wiele godzin, a ja przy okazji oglądałem sobie Belgię i Brukselę. Siedząc w jednej pracowni, co chwile wstawaliśmy i gadaliśmy. Dużo było gadania. Jedna plansza wciąż przechodziła z rąk do rąk. Jest kilka plansz, które narysowałem prawie sam, a jednej to nie dotknąłem chyba wcale. Wydawca zareagował bardzo pozytywnie na efekty tej współpracy. W zasadzie nie bardzo się orientował, kto co robił. W typowych studiach komiksowych, tam gdzie wciąga się tzw. "murzynów" (czyli po prostu młodych chłopaków, którzy na początku przyuczają się albo pomagają mistrzowi za pieniądze albo za dobre słowo) to rzecz wygląda tak. Adepci rysują np. dekorację, wpisują dymki, obwodzą ramki. Zaczynają od prostych zadań: jakiś budynek, czy auto. A dopuszczenie do rysowania postaci to ostatni etap wtajemniczenia. Oni nie rysują psychologii postaci, gry rąk czy ciała. Ze mną było inaczej, miałem od razu przejąć postacie. Wtedy nasiąkłem światem Yansa - to było konieczne. Trzeba było przejąć cały nastrój serii, cały światek, który mogę teraz rozwijać. W efekcie są bardzo duże różnice - wprawne oko to wyławia. I wcale nie polega to na produkowaniu klonów prac Rosińskiego. Czytelnicy oczekiwali kontynuacji, która odbyłaby się bezboleśnie. U mnie Yans jest bardziej męski niż był na początku, u Grzegorza - musiał ewoluować. Lata lecą!

O pseudonimie "KAS"

Już wtedy mówiono: "Co to za nazwisko, nie do wymówienia...". Ta ogólna konsternacja bardzo mnie męczyła. Powstał pomysł pseudonimu "KAS". Zresztą Rosiński też przez pewien czas używał pseudonimu, choć jego nazwisko jest dużo łatwiejsze do wymówienia (oni łatwiej łapią wszystkie te na ,,-ski", może dzięki amerykańskim filmom). Poza tym Grzegorz miał szczęście, że jego nazwisko w końcu się przyjęło. Wcześniej działał pod pseudonimem "Rosa" czy "Rosek" i jeszcze jakimiś innymi.

O Podróżnikach

Skąd się wziął pomysł serii Voyagers (Podróżnicy)? Z pewnego przesytu science-fiction. Chciałem zrobić coś nowego (ale raczej tematycznie, niż graficznie), chciałem się odświeżyć. Poza tym chciałem stworzyć zupełnie nowego, niezależnego bohatera. To chyba zdrowa ciągota u kreatora, twórcy, czy też - mówiąc skromnie - rysownika. Chciałem odejść w zwyczajną przygodę dla wszystkich. Fantastyka była u nas przesadnie wykorzystywana. I to, że wciąż połykamy każdą ilość fantastyki, nie chcąc niczego innego, jest trochę niebezpieczne. Pomyślałem, że powinienem wrócić do korzeni, do własnego dzieciństwa, kiedy to w wieku kilkunastu lat czytałem Curwooda, Londona, itp. Ta lektura fascynowała, bo ona jest dobra i piękna; chciałem zrobić właśnie coś takiego. Zjawił się facet, który zaproponował mi Voyagers. Nie szukałem scenarzysty, chciałem po prostu jakiejś odmiany. A on chciał kogoś oryginalnego, innego, właśnie z Polski.Chciał żeby to był ciepły rysunek. Oczywiście, zanim doszło do ukazania się pierwszych albumów upłynęło wiele czasu. Seria miała sporo perypetii, bo nie mogłem jej robić sukcesywnie. I mimo, że nadal jestem "przyblokowany" Yansem nie rozpaczam z tego powodu. Chcę tę wersję oczywiście kontynuować, bo ona przynosi realne wymiary dla mojej kariery.

O nawykach

Pracuje bardzo typowo. Wykonuję zawód niezależny, nie pracuję na żadnym etacie, nie jestem uwiązany do biurka. Pracuję u siebie w domu, w swojej pracowni. Nie zaczynam pracy - przyznaję bez bicia - skoro świt. Siadam czasami przed południem, narysuję troszeczkę (3-4 godziny); popołudnie mam zajęte na różne dziwne rzeczy (wyjścia i tak dalej, sprawy rodzinne). Tam w Belgii żyje się wieczorami; często zdarzają się spotkania z ludźmi, wspólne jedzenie i rozmawianie do godziny dziewiątej, dziesiątej. Czasem po takim spotkaniu siadam jeszcze raz do deski, żeby skończyć dzień pracy około czwartej nad ranem. Bywa że przy kończeniu albumu pracuję osiemnaście godzin na dobę. Jest to zawód, w którym plansze trzeba realizować regularnie. Aczkolwiek są dni, kiedy robię bardzo dużo (jestem w stanie narysować prawie planszę dziennie), i są sytuacje, kiedy rysuję planszę przez prawie dwa tygodnie. Ja jej nie rysuje - ona za mną łazi.

O rodzinie

Moje dzieci są lepszymi czytelnikami komiksów ode mnie! Są moimi pierwszymi recenzentami. Moja piętnastoletnia córka jest bardzo podatna na komiks. Często schodzi do pracowni, gdzie leżą nieskończone prace, które męczyłem jeszcze w nocy. Potem przy śniadaniu rzuca krytyczne uwagi i często mi psuje humor. Są to uwagi bardzo spontaniczne , zupełnie inne od tych, które słyszę od wydawcy. Wydawca bowiem jest to ktoś, w pewnym sensie, skażony. On za dużo widzi, myśli stereotypami. Uwagi od dzieci są rzadkie. Ale liczę się z nimi, bo są trafne i szczere (chociaż najczęściej ograniczają się do mówienia, że moje rysunki są ładne). Moje dzieci czytają bardzo różne rzeczy. I nie uchroniłem - sam nie będąc wielkim zwolennikiem (aczkolwiek nie potępiam w czambuł) - mojego dziewięcioletniego syna od czytania mangi. Kontroluję na szczęście to, co on wybiera. Moje dzieci uwielbiają i pochłaniają tonami komiksy humorystyczne.

O Moebiusie

Mimo, że niezwykle go cenię, nie jest to mój ojciec duchowy. Spotkałem go zresztą ostatnio na festiwalu pod Paryżem. Mimo, że jest już starszym człowiekiem, jest w dobrej formie. Jest trochę przygaszony przez ten ciężar bycia gwiazdą. Stracił trochę publiczności i już jej nie odzyskał, robiąc projekty filmowe dla Amerykanów. Wciąż ma coś do powiedzenia, jest wielkim artystą ale po tych kilkunastu latach zainteresowanie Moebiusem spadło.

To będzie piękny dzień

Czy jest możliwość, że dalsze odcinki Yansa i seria Podróżnicy zostaną w Polsce wydane? Z tym pytaniem należy się zwrócić raczej do wydawcy. Bardzo chciałbym być tutaj obecny, to moje marzenie. Wyjechałem, bo szukałem samorealizacji. Być może uda się pozyskać zainteresowanie polskiego wydawcy. Trudno powiedzieć, czy będą to Podróżnicy, czy coś innego, choć nie widzę teraz żadnych realnych przesłanek. Czekam po prostu na chwilę, kiedy spotkam wydawcę, który zaproponuje mi godziwe warunki, nie obrażając ani mnie ani polskiego czytelnika. Ważny jest też dobry poziom druku, bo to między innymi odstręczało mnie od pracy w kraju (ale teraz przestało to chyba być przeszkodą). Musimy po prostu znaleźć porozumienie, a na pewno nie będę twardym negocjatorem. Kiedy w polskich księgarniach ujrzę wydany wreszcie oficjalnie mój komiks, przetłumaczony na język polski, będzie to na pewno bardzo wzruszające. To będzie piękny dzień. Wierzę, że będzie z tego pożytek dla fanów, bo przecież musimy wierzyć w to co robimy. Artyści są racjonalni, mamy dużo zapału i emocji, nie kalkulujemy wszystkiego na zimno. Oczywiście w Polsce nie ma teraz wielkiego rynku, ale jestem za tym całym sercem i wierzę, że ludzie tego chcą. Jest to piękne marzenie. Wszystko jest w rękach wydawców, którzy muszą dostrzec sens i interes, skierować na to siły i prowadzić mądrą politykę, żeby nie ukręcić głowy młodemu, chwiejnemu jeszcze polskiemu komiksowi.

Zapis dokonany metodą Bayons-Gratzky'ego.
Tomek Krasnowolski, Michał Gałek przy pomocy całego KKK
Jako Gość Honorowy Zbigniew Kasprzak otrzymał nagrodę K'97

KKK - 7 - (1/1999, sierpień)

Okładka: Michał Gałek
Wydawnictwo: Urocza
Rok wydania polskiego: 8/1999
Liczba stron: 48
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: własna, sklepy specjalistyczne
Cena z okładki: 9,50 zł
Materiały powiązane:




blog comments powered by Disqus