Wywiad z Joe Kubertem

Autor: Jacek Drewnowski
15 lutego 2006

Jacek Drewnowski: Kiedy zaczął pan rysować komiksy i dlaczego wybrał pan właśnie to medium?

Joe Kubert: Dlatego, że uwielbiam komiksy i czytam je od dziecka. Czytałem paski komiksowe w gazetach, zanim jeszcze zaczęto publikować wydania zeszytowe, nawet w Stanach Zjednoczonych. Ten styl rysunku stanowił dla mnie inspirację i od małego go naśladowałem, dzięki czemu potem w naturalny sposób przeszedłem do zawodowego rysowania - chociaż jako dziecko nie przypuszczałem oczywiście, że tak będę zarabiał na chleb. Pierwsze zlecenie z branży komiksowej otrzymałem już w wieku dwunastu lat, czyli 65 lat temu.

JD: Jakie tematy w obrębie komiksów najbardziej pana interesują? Rysował pan historie o superbohaterach, ale także komiksy historyczne, takie jak Fax from Sarajevo czy Josel. Czy historia szczególnie pana fascynuje?

JK: Nie mam ulubionej tematyki. Interesuje mnie każde zagadnienie, które inspiruje mnie do rysowania. Najważniejsza jest opowieść. Jeśli mam do czynienia z dobrą historią, to - niezależnie od tematyki - chcę ją zilustrować. Tworząc rysunki do ciekawej opowieści, staram się zaakcentować w nich te elementy scenariusza, które szczególnie mnie fascynują i interesują. Mam nadzieję, że kiedy inni czytają te komiksy, sprawia im to tyle samo satysfakcji, ile ja odczuwałem podczas pracy.

JD: Czytuje pan komiksy innych autorów? Zna pan prace rysowników spoza Stanów Zjednoczonych?

JK: Tak, czytam komiksy, które tworzyli inni. Współpracuję z Marvelem, tym od Supermana. Dostaję wszystkie wydawane tam komiksy i cenię ich autorów. Jest jednak wielu innych twórców, których zawsze podziwiałem, poczynając od Willa Eisnera. Spośród artystów spoza Ameryki moim ulubieńcem był i jest Moebius. Już jakiś czas go nie widziałem, ale znamy się i od dawna cenię jego prace, podobnie jak prace wielu innych twórców z Francji, Anglii, Włoch, Hiszpanii... Jest tam cała grupa rysowników o nieprzeciętnych talentach.

JD: A czy zna pan komiks japoński?

JK: O, tak. Dzisiaj wiele popularnych komiksów pochodzi z Japonii. Mają tam nadzwyczaj kreatywnych rysowników. Niektórzy z nich osiągnęli na swoim rynku taki poziom sprzedaży, o jakim wydawcy amerykańscy mogą tylko pomarzyć.

JD: Wcześniej współpracował pan z wydawnictwem DC Comics. Dlaczego postanowił pan przenieść się do Ibooks? Może ambitne komiksy, takie jak Fax from Sarajevo czy Josel, łatwiej publikować w mniejszych wydawnictwach?

JK: Podstawowy powód był taki, że w Ibooks redaktorem naczelnym był Byron Preiss, który niestety w ubiegłym roku tragicznie zginął. Ten wybitny wydawca i niezwykle miły człowiek był wcześniej moim asystentem, gdy pracowałem jako redaktor w DC Comics. Swoją drogą, z ludźmi z DC nadal łączą mnie bardzo dobre relacje. Paul Levitz, który jest aktualnie prezesem tego wydawnictwa, także był w przeszłości moim asystentem. Jednakże kiedy zabrałem się do pracy nad tymi akurat komiksami, miałem poczucie, że powinno się nimi zająć inne wydawnictwo niż DC. Opowiem wam coś, co być może lepiej naświetli tę kwestię. Otóż nie tak dawno narysowałem komiks pod tytułem Jew Gangster ("Żyd gangster"), który niedługo się ukaże. Miało go wydać DC Comics, z którym podpisałem już kontrakt. Ale redaktorzy z tego wydawnictwa uznali, że tytuł jest zbyt kontrowersyjny i namawiali mnie do jego zmiany. Lubię tych ludzi, lecz nie uważałem, że do tytułu można się przyczepić i nie chciałem go zmieniać. W rezultacie zerwałem kontrakt z DC i zaniosłem komiks do Ibooks, gdzie z radością go przyjęto i wydrukowano.

JD: Pomówmy chwilę o superbohaterach. W czym należy upatrywać fascynację Amerykanów postaciami w kostiumach? W Europie wielu uważa komiksy o nich za infantylne i naiwne. Jak broniłby pan komiksów o superbohaterach przed takimi zarzutami?

JK: Trudno byłoby mi ich bronić, czy przytaczać jakieś argumenty, bo po prostu nie znam odpowiedzi na tak postawione pytanie. Jeśli chodzi o moje osobiste podejście do superbohaterów - nie są raczej moimi ulubieńcami. Rysowałem komiksy o nich po prostu dlatego, że takie dostawałem zlecenia. Temat moich komiksów zależał przede wszystkim od wydawców, dzięki którym zarabiałem na chleb. Jak mówiłem wcześniej, o ile scenariusz jest dobry, nie interesuje mnie, czy chodzi o komiks o superbohaterach, historię fantasy czy western. Ważne, by opowieść była ciekawa. Dopóki mam ochotę ją rysować, dopóty wszystko gra. Zdumiewa mnie natomiast długowieczność i obecna kondycja superbohaterów. W historii komiksu przychodziły i odchodziły mody na różne jego odmiany - raz najchętniej czytano historie kryminalne, innym razem westerny, horrory czy też właśnie komiksy o superbohaterach. Nie pamiętam jednak, by kiedykolwiek wcześniej superbohaterowie cieszyli się tak wielką popularnością przez tak długi czas, jak to się dzieje obecnie. Jednym z powodów tej popularności jest fakt, że po superbohaterów sięgnęły kino i telewizja, a filmy o nich przyniosły wytwórniom duże zyski. I podczas gdy dorośli znali te postaci z komiksów, wielu młodszych odbiorców pierwszy raz zobaczyło je na ekranie. To chyba jest ten impuls, który sprawia, że ukazuje się więcej komiksów o superbohaterach niż kiedykolwiek wcześniej. Każdy wydawca chce mieć postać, która stanie się wystarczająco popularna, by nakręcić o niej film, bo to przekłada się na znacznie większy sukces finansowy.

JD: Powiedział pan jednak, że sam czyta komiksy z uniwersum Marvela.

JK: Raczej nie kupowałbym wszystkich tych komiksów, na szczęście nie muszę, bo przysyła mi je wydawnictwo. Muszę powiedzieć, że znaczna część najbardziej utalentowanych amerykańskich twórców, jakich znam, pracuje właśnie przy komiksach o superbohaterach - takich komiksów jest po prostu najwięcej na rynku amerykańskim. Do tego w dzisiejszych czasach bardzo poprawiła się jakość druku i papieru, a generowane komputerowo rysunki są piękne. Inna sprawa, że poziom tych komiksów jest nierówny i czytanie niektórych przychodzi mi z trudem. Scenariusze bywają pogmatwane i mało przekonujące. To jest moje zdanie, ale może po prostu się starzeję. Z całą pewnością ich lektura nie wciąga mnie już tak bardzo, jak w latach młodości... Trzydzieści, czterdzieści lat temu wiele dzieciaków zaczynało czytać komiksy. Później ci ludzie dorastali, tracili nimi zainteresowanie, pochłaniały ich inne lektury. Ale w ich miejsce ciągle pojawiali się nowi. Nie jestem pewien, czy ten proces nadal zachodzi. Mam wrażenie, że dzisiaj wydaje się za mało komiksów dla najmłodszych i myślę, że to poważny błąd.

JD: W Polsce komiks ma w oczach wielu krytyków opinię medium niepoważnego i niedojrzałego. Myśli pan, że to odpowiednie miejsce dla takich tematów jak holokaust?

JK: Uważam, że komiks może się zajmować każdą tematyką. Często odwołuję się do słów wybitnego twórcy komiksów, Willa Eisnera: możemy wziąć dowolny temat i tak go zilustrować, że stanie się ciekawy i ludzie będą chcieli o tym czytać. Właśnie to nazywamy komiksami. W Stanach Zjednoczonych słowo "komiks" kojarzy się z komizmem, z humorem. Tylko niewielka część wydawanych komiksów jest humorystyczna, ale i tak wszystkie nazywamy "komiksami". Mogą się w nich pojawiać dowolne zagadnienia. Wszystko, co tylko można sobie wyobrazić, można przedstawić w tej formie: holokaust, matematykę, historię, naukę. Dlatego, że połączenie słowa pisanego i ilustracji to najprostszy i najbardziej efektywny sposób przekazu, jaki znam. Kino posługuje się tymi samymi środkami i porusza te same tematy, tyle że tam dochodzą dźwięk i ruch. Komiks ma jednak nad filmami pewną przewagę: większości z nas wciąż trudno jest wziąć film do kieszeni i oglądać go w drodze do pracy, w autobusie czy w pociągu. A komiks na to pozwala i nie sądzę, by cokolwiek miało zająć jego miejsce. W komiksie można zawrzeć dowolne przesłanie. Na przykład gdy w Ameryce wybiera się prezydenta czy gubernatora, kandydaci często wykorzystują komiksy, by dotrzeć do wyborców.

JD: We wstępie do komiksu Josel napisał pan: "Gdyby moi rodzice nie przybyli do Ameryki, zostaliby porwani przez wojenną zawieruchę. Wciągnęłaby nas i pociągnęła za sobą razem z milionami innych, których pochłonęła. (...) Nie mam wątpliwości, że to, co zaraz przeczytacie, mogło się zdarzyć". Czy te słowa tłumaczą powody, dla których stworzył pan swoją autobiografię alternatywną?

JK: Tak. Muszę przyznać, że mam w życiu wielkie szczęście. Dotarłem do takiego etapu, gdy mogę podjąć każdy temat, jaki zechcę, i wiem, że wydawcy chętnie to opublikują. A gdyby nawet tego nie zrobili, publikacją mogę zająć się sam. I na tym etapie czuję, że są rzeczy, które chcę powiedzieć. W tej chwili pracuję nad projektem dla DC Comics - chodzi o bohatera, który nazywa się Sgt. Rock. Rysowałem go już wcześniej, jakieś trzydzieści czy czterdzieści lat temu, a teraz postanowiłem wrócić do tej postaci. Jestem nie tylko rysownikiem, pisuję także scenariusze. Wybieram więc takie tematy, z którymi czuję się osobiście związany, mówię o sprawach, które coś dla mnie znaczą. Kiedy w roku 1926 moi rodzice przyjechali z Polski do Stanów Zjednoczonych, miałem dwa miesiące. Moja starsza siostra była zaledwie dwuletnią dziewczynką. W Polsce wcale nie było im bardzo źle. Rodzice mojego ojca mieli sklep, rodzice matki mieli bydło, a dziadek był lekarzem, więc jakoś im się żyło. Pochodzili jednak z małego miasteczka i ojciec uważał, że przyjazd do Ameryki stworzy jego dzieciom większe możliwości. Mieszkały tu już siostry mojej matki, co ułatwiło decyzję o emigracji. Kiedy już przenieśliśmy się do Stanów, przy stole rodzice często opowiadali o swoim rodzinnym kraju i były to piękne historie... do czasu, gdy wybuchła druga wojna światowa. Zaczęli wtedy otrzymywać wieści od członków rodziny, którzy zostali w Europie. Kiedy dorosłem, dowiedziałem się o tym, co działo się podczas wojny i zrozumiałem, ile miałem szczęścia. Gdyby ojciec nie postanowił wyjechać do Ameryki, cała moja rodzina mogłaby podzielić straszny los wielu krewnych, którzy zostali. Postanowiłem stworzyć opowieść na ten temat. Gdy zaczynałem pracę, nie miałem wydawcy i nikt nie wiedział o moim projekcie. Dopiero mając już w ręku gotowy komiks, pokazałem go innym. Kilka wydawnictw było zainteresowanych jego publikacją.

JD: Chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że Josel jest pańskim alter ego. Jak się pan czuł, opisując własną śmierć i śmierć swojej rodziny?

JK: Już kilka osób zadawało mi to pytanie. Trudno mi na nie odpowiedzieć. Moje imię po hebrajsku brzmi właśnie Josel. Matka i ojciec komiksowego Josela to moi rodzice - oni naprawdę tak wyglądali. Jego siostra to moja siostra. Kiedy zastanawiam się nad tym z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że dokonałem oddzielenia, zerwałem swoją osobistą więź z opisywaną historią. Starałem się myśleć o tym wyłącznie jak o pracy. Skoncentrowałem się na odpowiednim przedstawieniu tej opowieści w formie graficznej. Kiedy zabrałem się do rysowania, skupiłem się przede wszystkim na kompozycji kadrów i przebiegu akcji, zapominając o aspektach osobistych.

JD: A ile czasu zajęła panu praca nad Joselem?

JK: Trwało to mniej więcej rok, może półtora.

JD: Ale domyślam się, że w tym czasie pracował pan też nad innymi projektami.

JK: Tak, zazwyczaj pracuję jednocześnie nad dwoma lub trzema projektami. I lubię taki styl pracy, bo jeśli któryś z komiksów zaczyna mnie nużyć, mogę na parę dni odłożyć go na bok i rysować coś innego, by potem powrócić do niego ze świeżym umysłem i spojrzeniem.

JD: W podręczniku dla przyszłych rysowników komiksowych pod tytułem How to Draw ("Jak rysować") znajduje się rozdział pańskiego autorstwa, poświęcony źródłom wizualnym. Z jakich źródeł korzystał pan podczas pracy nad Joselem? Pytam o to także dlatego, że niektóre kadry tego komiksu przywołują mi na myśl zdjęcia, które znam z książek historycznych.

JK: Słuszne spostrzeżenie. Miałem około dziesięciu książek z fotografiami różnych miejsc i sytuacji. Miałem zdjęcia obozów koncentracyjnych, a także plany, ukazujące rozstawienie budynków. Zresztą pod tym względem Josel nie był żadnym wyjątkiem. Zawsze korzystam ze źródeł i uważam, że jest to bardzo ważny aspekt pracy rysownika, także podczas pracy nad komiksami science fiction czy tymi o superbohaterach. Komiks to sztuka wyobraźni, lecz należy powiązać wymyślone postaci i wydarzenia z rzeczami, które są dla czytelnika rozpoznawalne. Gdyby na przykład superbohater frunął nad Nowym Jorkiem, wyglądającym jak wioska na południu Francji, nie miałoby to większego sensu. Jeśli natomiast Nowy Jork wygląda jak Nowy Jork, stopień komunikacji między twórcą a odbiorcą jest większy, bo opowieść staje się wiarygodna. Ta sama zasada dotyczy komiksów o wojnie czy też o holokauście. Starałem się, by ten album był tak wiarygodny, jak to tylko możliwe. Jeśli bowiem czytelnik pomyśli: "ten budynek nie wygląda tak jak powinien" albo nawet "ta postać powinna mieć inny wyraz twarzy" - to cała historia jest do niczego. Staram się wpoić to swoim uczniom w szkole rysowania komiksów, którą prowadzę. Rysownik powinien uczynić wszystko, by opowieść była wiarygodna. Aby to osiągnąć, trzeba sięgać do jak największej ilości źródeł. Jeśli rysujesz jakieś zwierzę, lwa, tygrysa czy słonia, nie możesz się opierać na swoich wspomnieniach czy wyobrażeniach. Musisz mieć pewność, że pod względem technicznym i anatomicznym twój rysunek jest poprawny.

JD: Czy podczas pracy nad Joselem opierał się pan również na relacjach świadków - swoich krewnych bądź innych ludzi, którzy przeżyli ten koszmar?

JK: Nie miałem zbyt wielu okazji do rozmowy z ludźmi, którzy przeżyli holokaust. Spotkałem kilku świadków, ale nie wykorzystałem ich opowieści przy pracy nad komiksem. Opierałem się na informacjach z książek.

JD: A czy był pan kiedyś w Polsce? Czy widział pan ukazane w komiksie miejsca, Warszawę, teren dawnego getta, hitlerowskie obozy zagłady?

JK: Nie. Dotychczas nie miałem okazji odwiedzić Polski, choć w tym roku chcę tam pojechać. Widziałem natomiast obozy koncentracyjne w Niemczech i było to pamiętne przeżycie. Jeśli przyjadę do Polski, na pewno odwiedzę te miejsca.

JD: Dlaczego w komiksie Josel pośród ofiar obozu w Oświęcimiu nie wymienił pan Polaków, choć było ich więcej niż Cyganów i Rosjan?

JK: Tylko z tego powodu, że jest to opowieść o Żydach. Wiedziałem, że w obozach byli też Polacy, którzy wiele wycierpieli. Zdaję sobie sprawę, że ofiarami obozów byli nie tylko Żydzi, ale także Polacy, Rosjanie, Cyganie, inne narodowości. Moja historia jednak opowiada o Żydach i na nich się skupiłem.

JD: Rozumiem. Ale czułem się w obowiązku zadać to pytanie dlatego, że wspomina pan o Rosjanach i Cyganach, a o Polakach nie.

JK: Z tego punktu widzenia jest to słuszne pytanie. Moi rodzice uważali się za polskich Żydów. Nie po prostu za Żydów - podkreślali fakt, że pochodzą z Polski. Pamiętam, jak matka i ojciec opowiadali mi o dobrych i złych ludziach. Bez wątpienia na całym świecie żyją i jedni, i drudzy. Kiedy jednak wybuchła wojna, do rodziców zaczęły docierać wieści od krewnych z Polski. Opowieści o tym, jak sąsiedzi wyganiali Żydów z domów. Nasi krewni znali tych ludzi od lat i nigdy nie spodziewali się po nich niczego złego. Tymczasem niektórzy sąsiedzi okazali się nie lepsi od hitlerowców. Przyznaję, że w pewnym stopniu wspomnienie tych historii mogło na mnie wpłynąć, kiedy tworzyłem komiks.

JD: Czy Josel ukazał się w Niemczech? Jak został tam przyjęty?

JK: Tak, Josela wydano w Niemczech, a jego odbiór pozytywnie mnie zaskoczył. Komiks spotkał się z dobrym przyjęciem i, o ile mi wiadomo, sprzedał się całkiem dobrze, podobnie zresztą jak w innych krajach europejskich, a ukazał się we Francji, Włoszech, Hiszpanii...

JD: A teraz ukazuje się w Polsce. To pierwsze pańskie dzieło wydane w naszym kraju. Czy ma dla pana szczególne znaczenie fakt, że komiks pańskiego autorstwa wychodzi w kraju, z którego pochodzili pańscy rodzice?

JK: Tak, to dla mnie nadzwyczaj ważne. Od dwóch lat mam kontakt z kimś, kto przygotowuje moją biografię. Ten człowiek bada historię mojej rodziny, moje pochodzenie. Dzięki niemu dowiedziałem się na ten temat więcej, niż mogłem sobie wymarzyć. Na przykład wcześniej sądziłem - bo tak mi mówiono - że rodzime miasteczko moich rodziców zniknęło z mapy, tak jak wiele innych miejscowości w Europie. Ale ten człowiek odkrył, że miasteczko nadal istnieje, dotarł także do miejskich ksiąg. Dzięki niemu historia mojej rodziny nabiera dla mnie nowego znaczenia.

JD: Nad czym pan teraz pracuje? Czy jest to coś równie trudnego jak Josel?

JK: W pewnym stopniu moje aktualne projekty dotykają zagadnień wojny i holokaustu. Jak wspominałem, pracuję nad serią Sgt. Rock. Chciałem wrócić do tej postaci i ogólnie rzecz biorąc do pracy nad tego rodzaju komiksem. Ludzie z DC natychmiast podchwycili mój pomysł. W tej chwili kończę rysować serię sześciu zeszytów, z których pierwszy trafi do sprzedaży już w styczniu. Po wydaniu wszystkich sześciu całość ukaże się jeszcze raz w jednym tomie, w twardej oprawie. Planuję już kolejny projekt i mam nadzieję, że przystąpię do tej pracy jeszcze zanim skończę szósty zeszyt Sgt. Rock. Oprócz tego pracuję dla PS Magazine. Jest to 64-stronicowy miesięcznik, kolportowany wśród żołnierzy armii amerykańskiej. Jego założycielem był sam Will Eisner. Poza tym nie zaniedbuję oczywiście swojej szkoły rysowania. Jestem dosyć zajęty, i chwała Bogu.

JD: Skoro o szkole mowa - czy uważa pan, że dobry twórca komiksów powinien ukończyć kurs rysowania, czy też wystarczą mu talent i intuicja?

JK: Nie trzeba chodzić do szkoły rysowania, by odnieść sukces w tej branży. Ja nie miałem takiego przygotowania. Wielu innych rysowników też nie kończyło żadnego kursu. Myślę, że podstawową zaletą takiej szkoły jest oszczędność czasu. Gdy ja zaczynałem pracę, musiałem dowiedzieć się wszystkich podstawowych rzeczy: jakich używać materiałów, jak właściwie przygotować plansze i tak dalej. Wówczas tych informacji mogli mi dostarczyć tylko ludzie, którzy już pracowali w branży. Bez tego nie sposób rysować i publikować komiksy - i właśnie dlatego założyłem swoją szkołę, gdzie przekazuje się tę wiedzę szybko i w uporządkowany sposób. Zdobywanie jej samemu jest możliwe, ale pochłania więcej czasu i starań. Tak czy owak, wielu rysowników zaczynało właśnie w ten sposób.

JD: Pańscy synowie też rysują komiksy. Czy to pana cieszy? Może wolałby pan, by zostali prawnikami albo lekarzami?

JK: Uważam za jakiś cud to, że moi synowie pracują w tej branży i tak dobrze sobie radzą, a przy tym kochają to zajęcie tak samo jak ja. Zawsze im powtarzałem: róbcie w życiu to, co chcecie robić, to, co was uszczęśliwi. Bądźcie pewni, że lubicie zawód, który wybierzecie, bo będziecie go wykonywali przez resztę życia. Niektórzy wstają rano i myślą: "nie cierpię swojej pracy, ale muszę do niej iść, żeby zarobić na chleb" - to bardzo smutny sposób na życie. Jeśli człowiek lubi swoją pracę, niezależnie od tego, jaka ona jest, to żyje mu się po prostu lepiej, a i efekty tej pracy są lepsze. Jestem zachwycony faktem, że dwaj moi najmłodsi synowie postanowili zostać twórcami komiksów. Pracują teraz w mojej szkole rysowania, którą zresztą wcześniej sami ukończyli. Notabene, było im trudniej niż innym. Jeśli na przykład jakiś inny student mówił mi, że nie przyniósł pracy domowej, bo zjadł mu ją pies - ja mu wierzyłem. Ale od synów wymagałem, by zawsze byli przygotowani, zdarzyło się nawet, że któremuś zagroziłem usunięciem ze szkoły. To wspaniałe chłopaki, a raczej wspaniali mężczyźni. Mają rodziny, dzieci i dzięki Bogu wszystko u nich w porządku. Jestem z nich tak bardzo dumny, że aż nie potrafię tego wyrazić. A kiedy mają jakiś problem, gonią ich terminy czy coś w tym rodzaju, proszą o pomoc tatę. Uwielbiam to.

JD: Czy zna pan jakieś słowa po polsku?

JK: Tak. Moi rodzice przyjechali do Ameryki w czasach Wielkiego Kryzysu i okazało się, że nie tak łatwo zarobić tu na życie. Ojciec był rzeźnikiem, a matka musiała otworzyć małą restauracyjkę. Mieszkaliśmy w kilku pokojach na tyłach tego lokalu. Mama wstawała rano i zaczynała gotować, potrzebowała więc pomocy przy dzieciach. Jako opiekunkę zatrudniła pewną sympatyczną Polkę, którą bardzo miło wspominam. To ona nauczyła mnie kilku słów po polsku. Umiem powiedzieć "chleb z masłem" i "szklanka wody". Miałem wtedy pięć czy sześć lat, ale do dziś to pamiętam.

JD: Bardzo dziękuję za wywiad.

Mistrzowie Komiksu - Exclusive - 5 - Josel, 19 kwietnia 1943

Scenariusz: Joe Kubert
Rysunek: Joe Kubert
Tłumaczenie: Maciej Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 1/2006
Tytuł oryginalny: Yossel
Wydawca oryginalny: ibooks
Rok wydania oryginału: 2003
Liczba stron: 132
Format: 170x260 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: cz.-b.
Dystrybucja: księgarnie
ISBN: 83-237-3151-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 79,90 zł



blog comments powered by Disqus